sobota, 30 czerwca 2012

Eine Kleine Musik CD


Mam zadanie przed sobą: przygotować CD z repertuarem na klarnet dla dziewczynki w wieku ok. dziesięciu lat, na wakacje. Dziewczynka chce się zacząć uczyć grać na klarnecie i jest bardzo fajnie do instrumentu nastawiona, ale sama przyznała, że wprawdzie wie jak klarnet wygląda, ale jego dźwięk zna no, tak mniej więcej. Aaaaaa – mnie tylko tak powiedzieć! Zakasuję od razu rękawy i ruszam w stronę mojej zasobnej półki z klarnetowymi skarbami. Mam w czym wybierać, więc siedzę też sobie miło w wieczornym zaciszu domowym i serwuję sąsiadom (upał! Otwarte okna zapewniają doskonały kontakt akustyczny z otoczeniem...) śliczności repertuarowe. Bo też, proszę państwa, klarnet klarnetowi nierówny! Po pierwsze, zacznijmy od tego, że repertuar jest bardzo zróżnicowany i nie wszystko nadaje się dla młodych i nieosłuchanych uszu. Niektóre – nawet obiektywnie przepiękne rzeczy – po prostu wymagają dojrzałości muzycznej, jakiegoś doświadczenia, nawet i po prostu wieku. Zdarzają się, rzecz jasna, małe talenty (na przykład te osłuchane już wcześniej na naszych zajęciach...), które bezbłędnie odbiorą najbardziej wymagające style, ale na początek bezpiecznie jest jednak poruszać się w sprawdzonych ramach. Jako muzyk ja z kolei niekoniecznie zgadzam się z niektórymi wykonaniami więc też selekcjonuję dobór utworów subiektywnie i tendencyjnie, cóż, prawo selekcjonera! 

Lista mi się pomału zawęża. Ech, jakie smaczności, sama sobie zrobię kopię tego CD do miłego słuchania dla przyjemności, w upalne letnie wieczory. Ciekawe dlaczego nie wpadamy na tak proste pomysły sami z siebie, tylko trzeba dydaktycznego zamówienia, żeby człowiek zrobił sobie także taki mały muzyczny prezent? 

A zatem, na płycie znajdą się na pewno: 
  • prześliczne nagranie Scaramouche Dariusa Milhaud’a z orkiestrą, to rewelacyjny energetyczny utwór, tętniący kolorami brazylijskiej samby i lekko jazzujących melodii. W sam raz na otwarcie lata i płyty.
  • coś z żelaznej klasyki, może niekoniecznie Mozart, jako że dziewczynka ma już w domu – wiem –słynny Koncert A-dur, zna, słucha, więc nie ma potrzeby powtarzać. Ale może Brahms? Coś z boskiego Kwintetu, chyba się nie powstrzymam, ech... Pewnie druga część, chociaż właściwie każda nuta Brahmsa jest obłędna. Tylko, że na „składankowe” CD nie zmieści mi się całość.
  • prawdopodobnie przemycę także coś błyskotliwo-popisowego, jakieś fajerwerki fantazji na włoskie tematy operowe: wdzięk melodyjności Włochów z szaleństwami wariacyjnymi instrumentu. Taka na przykład La Sonnambula  Vincenzo Belliniego w opracowaniu L. Bassiego na dwa klarnety, w tym jeden piccolo. Musujące kaskady dźwięków. Urocze. Daję.
  • nie ma klarnetu bez klezmerów! Wstawiam zatem Hassidic Dance Abrahama Ellsteina z bardzo interesującej płyty „Klezmer Concertos and Encores” z Davidem Krakauerem, orkiestrową fantazję z solowym klarnetem na tematy klezmerskie.
  • a jeśli klezmerzy to musi, po prostu musi także być chociaż jedna część z Dream and Prayers of Issac the Blind na klarnet z kwartetem smyczkowym Osvaldo Golijova. Grałam to na jednym z dyplomów w Kanadzie i uwielbiam, zawsze mnie jeszcze łapie za serce.
  • na pewno wejdzie także coś klasyczno-jazzowego, w końcu nie może być płyty klarnetowej bez Benny’ego Goodmana.  Air Mail Special, specjalnie dla młodej klarnecistki. Zrobione.
  • jeśli już jesteśmy przy jazzie to na zakończenie zabawny drobiazg na 5 klarnetów z blyskotliwej płyty „Blues for Sabine”, z Sabine Mayer i Eddie Danielsem. A Little History Steve Gray’a, to będzie świetne zakończenie tej klarnetowej mini-podróży, z humorem i fantastyczną energią. 
Klarnet na lato. To dobry pomysł. Powinnam na zakończenie wstawić Polkę Dziadek z „Lata z radiem”, ale wobec oczywistego sezonu na popularność tejże pozycji myślę, że mogę ją pominąć. I tak będzie ją wszędzie słychać! 

Posłuchajcie sobie dobrego klarnetu w najbliższych dniach. Na upalne dni jak znalazł.


fot. Alvise Valier


środa, 27 czerwca 2012

Wakacje z Gaią

Uwaga, uwaga, teraz małe ogłoszenie: na lipcowy czas wakacji zmieniamy harmonogram zajęć w Gai i zbieramy wszystkich słuchaczy na jedną wspólną grupę: w poniedziałki o godz. 17.30. Szczęśliwie "Kwadrat" odblokował sobie także teraz trochę godzin popołudniowych, więc skwapliwie z tego korzystamy i zapraszamy wszystkich chętnych rodziców z głodnymi dźwięków maluchami do nas w poniedziałki! Będziemy się dalej bawić muzyką; mamy coraz więcej pomysłów i propozycji piosenkowych do śpiewania, zabawy, tańca i mini-gimnastyki. 

A tymczasem planujemy także nieco wrzesień; wiem już na przykład, że 1 września odwiedzimy z naszymi zabawami dla dzieci Galerię Krakowską, gdzie zorganizowane będą eko-atrakcje dla rodzin. Będziemy się bawić z publicznością i opowiadać o naszej idei muzycznych kąpieli dla maluchów; zapowiada się bardzo ciekawie, ale ogłoszę to dokładnie dopiero za jakiś czas, kiedy będę znała więcej szczegółów. Lubię świat "eko", tak jak lubię świat kreatywności i piękna, w każdym wydaniu. Stąd też moja słabość do pięknej fotografii i niniejsza zapowiedź: uwaga, oprócz moich potoków słów na tematy muzyczne będzie tu można spotkać także trochę ciekawych - moim zdaniem - zdjęć. Czasem moich, czasem dużo lepszych ode mnie autorów, przyjaciół i znajomych. Na przykład takich, jak ten żarcik mojego znajomego włoskiego fotografa, Alvise Valier (o bogowie, czy on się deklinuje?! Nie mam pojęcia...). Mała rzecz - a cieszy.


fot: Alvise Valier

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Po malutkim rozrywkowym koncercie


Wieczór sobótkowy, a raczej świętojański (jako się rzekło wcześniej – to mogą być dwie różne noce, kto je tam wie...) spędziłam w towarzystwie przyjaciółek na niezobowiązującym koncercie plenerowym. Koncercik był bardzo kameralny, zorganizowany w uroczym miejscu: w Forcie „49” Krzesławice, na Wzgórzach Krzesławickich. Swoją drogą piękne to miejsce, przywracane do życia z godnym podziwu zapałem. Chwała pasjonatom poświęcającym czas i energię walce o wyszarpanie ze śmietników takich – malutkich w końcu w porównaniu z gigantami Wawelu czy Skałki - perełek architektury krakowskiej. Miejsce to nadaje się wprost idealnie na letnie koncerty plenerowe i tak też, jak widzę, jest często wykorzystywane, za co znowu należą się wyrazy uznania oraz przyklaski dla zwierzchników rezydującego tam Młodzieżowego Domu Kultury. Tym razem, jak wspomniałam, koncercik był lekko rozrywkowy, czyli w programie miał występ lokalnego „zespołu muzyki celtyckiej”. Sama muzyka była... no cóż, jak dla mnie bardzo miła, ale jednak nie bardzo ambitna, ale też chyba nie miała takiego zamiaru. Tego typu muzykowanie najlepiej sprawdza się, co tu dużo mówić, w środowisku radosnego pubu z Wysp, przy akompaniamencie beztroskich brzęków kufli pienistego piwa lub szklaneczek whisky, z niedużym miejscem na spontaniczny taniec z przytupami. Tutaj, ze względów oczywistych (dom kultury! Młodzieżowy!) – tego być nie mogło. Był więc wieczór uroczy, ale na dłuższą metę mnie i przyjaciółki jednak trochę nużący monotonią repertuaru, toteż nie doczekałyśmy do końca występu tylko wyszłyśmy dyskretnie i bez żalu (oraz, mam nadzieję, bez rozczarowania ze strony artystów). 

Zanim jednak wyszłyśmy, spędziłyśmy tam ładnych kilka chwil i znowu były to dla mnie fascynujące chwile obserwacji i spostrzeżeń zawodowych. Impreza była bardzo rodzinna, czemu sprzyjało i miejsce (na obrzeżach przyjemnego zielonego osiedla), i pora (cóż piękniejszego nad ciepły czerwcowy wieczór, jeden z najdłuższych w roku?), i typ muzyki w końcu. Było więc miłe zagęszczenie rodzin z dziećmi, co oczywiście natychmiast zapaliło mi na czole czerwoną lampkę obserwacyjną. Ach, bo też te dzieci, jakie one są fantastyczne! Mieliśmy tam szeroki wachlarz wieku i temperamentów, ale jedno było wspólne: otóż nie sposób być dzieckiem i wysiedzieć spokojnie na koncercie muzyki „celtyckiej”. Nie da się. Wszechobecny rytm, pulsowanie i żywiołowość w połączeniu z nieagresywnym brzmieniem i przyjemnymi, łatwymi w odbiorze melodiami dają sto procent oddziaływania na małe nogi. Oczywiście interpretacje ruchowe były różne i tu miałam swoje smaczne momenty obserwacyjne.

 Była na przykład jedna gwiazda estrady, tak na oko może około ośmioletnia, ewidentna solistka wieczoru. Przez dobre 40 minut po prostu szalała tanecznie, prezentując większość profesjonalnych gestów i ruchów z „Tańca z gwiazdami” czy t.p. produkcji komercyjnych, niezmordowana i najwyraźniej zachwycona sobą. Obłędna. Ma przed sobą świetlaną estradową przyszłość, bo ma wszystko co trzeba na scenę: dobre poczucie rytmu, pasję i niezachwiane przekonanie o własnej wyjątkowości. Obok niej pojawiali się też inni tancerze, i ci interesowali mnie bodaj czy nie bardziej. Dzieci w granicach 3-6 lat, cudownie i żywiołowo reagujące na muzykę spadającą beztroskimi zawijaskami ze sceny. Te dzieci jeszcze nie miały wczytanych konwencji ruchowych, jeszcze nie wyginały się kapiąc podpatrzoną zmysłowością jak wspomniana profesjonalistka. Brały ten rytm po prostu, naturalnie i żywiołowo, kręciły młynki, tupały, skakały, machały rękami i biegały tam i z powrotem fantastycznie oddając tempo i nastroje dźwięków. A przecież nikt im tego nie podpowiadał, nikt nie kierował ich zachowaniem! Ot – słyszą dźwięki, słyszą porywający rytm i poddają się mu, nieskrępowane konwenansami, wstydem czy samokontrolą. Założe się, że niejeden dorosły z widowni zerkał z zadrością na małych tancerzy! Czy nie tak właśnie zachowujemy się – z drobną pomocą „płynnej osobowości”, jak dyplomatycznie nazywa się napoje wyskokowe – wyluzowani, w knajpach, na zakrapianych imprezach, na weselach? Tyle, że dorosłym brak wtedy dziecięcego wdzięku i naturalności, przechodzimy raczej szybko w etap szarży kawaleryjskiej i cały potencjalny urok diabli biorą... A wystarczyłoby po prostu, jak te dzieci, poddać się rytmowi i cieszyć się zabawą i ruchem. To takie naturalne dla człowieka! Jak to mówią mądrzy ludzie: „Tańcz jak gdyby nikt nie patrzył”. Tańczmy, proszę państwa, w zaciszu domu na początek, kiedy faktycznie nikt nie patrzy, w łazience wręcz, jeśli nam tak spokojniej, na działce ze słuchwakami w uszach... A potem może nawet - ho ho! - odważnie i z humorem, na ulicy?... Uczmy się od tych naszych dzieci.


piątek, 22 czerwca 2012

Kupała, sobótka, noc świętojańska


Muzyka to specyficzna dziedzina życia. Niby wiadomo, że towarzyszyła człowiekowi w zasadzie od zawsze, od kiedy wydał z siebie głos (krzyk, skrzek, huknięcie), uderzył patykiem o patyk, świstnął w wydrążoną kość mamuta, szarpnął podsuszone jelito tegoż. Dźwięk pojawił się w życiu człowieka od razu, bo mamy słuch i reagujemy na dźwięk. W którym momencie nazwiemy to muzyką to już oczywiście inna rzecz, ale ostatecznie historia się co jakiś czas zatacza kołami – i wraca „odkrywczą” czkawką, jak chociażby muzyką konkretną Pierre’a Schaeffera z lat 40’ i 50’ XX wieku, czy słynnym 4’33 Johna Cage’a. Ale to kolejny wielki temat, kiedyś do niego wrocę...

Teraz za to idę do początków: zawsze zastanawiam się jak brzmiała ta muzyka naprawdę dawna. Pieśni rytualne i wojenne, pierwotne pogańskie śpiewy. 

Nie bez powodu chodzą mi po głowie te tematy, to czas sobótkowy, noc Kupały w starosłowiańskich obrzędach. Oczywiście, jak zawsze w przypadku prób łączenia tradycji z kalendarzem, daty do świętowania są dość elastyczne. Pogańska słowiańska noc Kupały przypadała na najkrótszą noc w roku, noc przesilenia, czyli z 21 na 22 czerwca. Potem jednak przyszło chrześcijaństwo i przytuliło sobie to śliczne święto (grzech zmarnować taką okazję!), popychając je leciutko do przodu, aż spadło na wigilię św. Jana. Stąd noc święto-jańska (i robaczki świętojanskie! Ciekawe jak się nazywały u starożytnych Słowian... Może kupne robaczki?) i oficjalna kościelna dyspenza do grupowych uciech. Sobótki to trzecia opcja nazwy, lekko ironiczne i protekcjonalne nawiązanie do sabatu czarownic; u nas to był taki sobie mały sabacik, sobótka. Może i nasze słowiańskie czarownice były mniej dramatyczne od tych zachodnich? Może to bardziej nimfy rzeczne, blond rusałki z kwietnymi wiankami we włosach? Takie ja ta na przykład...


 
Faktem jest, że letnie przesilenie niesie w sobie całą masę czarów, wierzeń, magii, przesądów i wróżb. Co za piękny czas! Święto Słońca i Księżyca, święto miłości, płodności, ognia i wody. Stąd pochodnie i ogniska (skoki przez ogień miały moc oczyszczającą), stąd wianki z ziół na wodzie i kąpiele, pierwsze w roku – bo wcześniej grasowały chytre chochliki, wciągające śmiałków w wodę. No i kwiat paproci oczywiście! Naprawdę, anglosaskie Walentynki niech się schowają przy naszych bogatych tradycjach, jest w czym wybierać i czym się bawić. Kwiat paproci zakwitający w ciepłą czerwcową noc jak dla mnie jest czymś niezwykle kuszącym i chętnie zawsze się włóczę nocami około sobótki. A nuż. 

I znowu, wracając do meritum moich „zawieszeń”: co się wtedy śpiewało, w tych najdawniejszych czasach? Ciekawe, czy mieli jakieś zespoły wioskowe, ćwiczące repertuar przed kupalnocką, czy też każdy to znał, no bo po prostu znał i już? Ciekawe też, czy to były jednogłosowe zaśpiewy monodyczne (czyli wszyscy wespół ciągniemy tę samą melodię), czy rozszczepiali się harmonicznie na kilka głosów – a mogli, bo w końcu śpiew na głosy istnieje i dziś w wielu prymitywnych kulturach, więc nie jest wcale niczym specjalnie odkrywczym. Dziś, niestety, noc świętojańska pod względem muzyczno-artystycznym kojarzy nam się głównie z ogólnie organizowaną imprezą miejską (jak słynne krakowskie Wianki – a podobno ich nie ma w tym roku, olaboga, przegrały z Euro 2012...), olbrzymią sceną, na której aktualnie popularny wykonawca rozrywkowy prezentuje swoje sprawdzone hity. Niestety, bo chociaż nie mam nic przeciwko masowym imprezom (chleba i igrzysk! – jak świat światem człowiek tego przecież potrzebował), to jednak chciałabym w okolicach letniego przesilenia usłyszeć i zobaczyć coś więcej ze starej tradycji. Wiem, że takie rzeczy się dzieją w Polsce i organizuje się też i takie stylowe noce świętojańskie, ale... no właśnie, ciężko mi dogodzić. Nie po drodze mi także z ortodoksyjnymi „współczesnymi Słowianami”, nie muszę koniecznie odziewać się w poszarpane giezło i na bosaka pląsać z rozpuszczonym (koniecznie potarganym) włosem w plenerze. Wolałabym, żeby mi ktoś częściej przypomniał w ładnej aranżacji stare ludowe zaśpiewy (tu ukłon dla świetnej pracy Ani Jopek w odświeżaniu polskiej literatury ludowej), żeby więcej było mowy o starych zwyczajach z lekkim i pastelowym historycznym tłem. Ot, tak żebyśmy na przykład wiedzieli skąd się wzięła ta Kupała (a wzięła się prawdopodobnie z indoeuropejskiego słowa „kump” – co oznaczało gromadę, zbiorowość, grupę i przeszło potem w „kupa, skupić” w sensie grupowym; a może się wzięła z rzymskiego Amora - Cupido?... Fonetycznie bliziutko przecież! ), żebyśmy sobie wspólnie przypomnieli szekspirowski „Sen nocy letniej” i jego muzyczne adaptacje, czyli na przykład tę słynną spod pióra Felixa Mendelssohna oraz mniej znane, jak np. operę Henry’ego Purcella „Fairy Queen”. Mendelssohn był tu, można powiedzieć, prekursorem kompozytora filmowego, bo poza wcześniejszą (z 1826 r.) „Uwerturą do Snu Nocy Letniej” op. 21, napisał później (w 1842 r.) kilka dodatkowych fragmentów (op. 61), w tym ten najsłynniejszy i szeroko wykorzystywany „Marsz weselny”. I czy nie piękne byłoby twórcze wracanie do tych – już istniejących – genialnych utworów przy okazji Sobótki? I tworzenie nowych, szturchanie rozleniwionych artystów świętojańską inspiracją?... Magia nocy letniej, sen nocy letniej. Kopalnia dla sztuki.






sobota, 16 czerwca 2012

Garść refleksji po zajęciach, czyli jaką mam piękną pracę



Gorączka Euro, ciężko się skupić na czymś innym niż stres mundialowy kiedy naokoło wuwuzele, powiewające szatndary na autach i rozgorączkowani sąsiedzi. Ale jednak, na dowód że istnieje życie, nawet takie malutkie, pozamundialowe – kilka słów o naszych zajęciach, bo one zawsze mi dostarczają mnóstwa tematów do przemyśleń i radosnej motywacji do dalszej pracy. Jest coś tak pięknego w pracy z dziećmi! – a u nas szczególnie, kiedy niby zawsze mówimy, że efekty naszej pracy dzisiaj będzie można prawdopodobnie zauważyć dopiero za kilka, kilkanaście lat. Tymczasem zdarzają się, i to omal na każdych zajęciach, momenty, kiedy niemalże widzę na własne oczy jak się czysty twardy dysk mózgu dziecka zapisuje tym, co do niego „mówię” muzyką, kiedy maluch, ledwo stojący na nóżkach już reaguje, tańczy, słucha ze zrozumieniem mojego klarnetu, włącza się w nasze piosenki i zabawy. A przecież całościowo, w większej perspektywie, efektów wczesnego umuzykalniania dzieci można tak naprawdę nawet NIE zauważyć, bo ten mały dzisiaj człowiek wyrośnie sobie kiedyś po prostu – po prostu! – na pięknego dorosłego człowieka, wrażliwego i inteligentnego. A czy to nasza zasługa? Ja oczywiście powiem, że naturalnie tak, ale przecież składa się na to takie mnóstwo rzeczy i codziennej pracy, głównie rodziców, że ciężko przypisywać sobie jakiś konkretny procent. 

Piękną mam pracę także dlatego, że wymaga ona na przykład przygotowywania się do każdych zajęć, co z kolei oznacza spotkanie („operatywkę”) nas dwóch pań instruktorek i obmyślanie najpierw tematu zajęć. Staramy się na każdych zajęciach mieć COŚ łączącego poszczególne elementy i zabawy. Czasem jest to faktycznie temat, na przykład „wiosna”, albo „woda”, „ptaszki”, „samochody” – a czasem po prostu kierujemy się w stronę jakiejś kultury, kontynentu, tradycji... To jest bardziej gest w kierunku rodziców i nas samych, żeby nam się lepiej słuchało i śpiewało, bo dla dzieci na tym etapie to jest jeszcze wszystko jedno, czy są w Polsce, czy w Rosji, czy na antypodach. Ale dla nas, starszych, to duża frajda, a także lekkie rozszerzanie wiedzy o innych kulturach przy okazji. My w każdym razie mamy mnóstwo przyjemności w wynajdywaniu repertuaru, każdy taniec na otwarcie zajęć jest przez nas starannie testowany organoleptycznie (dawno już się tyle nie wytańczyłam w życiu co ostatnio! Na zajęciach i na operatywkach, u ha ha), spędzamy miłe godziny w sieci buszując wśród przepięknych nagrań, o których istnieniu nie miałam pojęcia, odkurzamy własne zasoby CD, tłumaczymy słowa kołysanek i wymyślamy własne. I zawsze, zawsze filtrujemy każdą melodię pod kątem małych uszu: czy będzie wystarczająco prosta, a nie banalna, czy da się zaśpiewać na dwa głosy i czy ma przyjemny rytm. Czy taniec się nie zacina, czy nie jest za wolny albo za szybki oraz czy muzyka na zakończenie nie zaserwuje nam dramatycznych niespodzianek i zawałów serca. Bo małe uszy wprawdzie chłoną i przyjmą wszystko i nie mają uprzedzeń, ale jednak trzeba uważać. Co dla dorosłego będzie pięknym popisem możliwości wokalnych śpiewaka – dla dziecka będzie głosem pana, który nagle krzyczy. Czemu on krzyczy?? Co się dzieje? No chyba jakaś krzywda... Dla nas „Bolero” Ravela rozwija się w genialnej spirali napięcia, osiągając piękną, logiczną i satysfakcjonującą kulminację – ale już dziecko może nie unieść dzikości zakończenia, zwłaszcza w oryginalnym natężeniu dynamiki (czyli jeśli nie będziemy podbiegać co chwilę do sprzętu i  ściszać wolumenu w miarę rozwoju utworu). Słowem: muzyka klasyczna jest naprawdę cudowna dla dzieci. Każdy rodzaj muzyki jest cudowny dla dzieci. Ale jednak trzeba troszkę uważać, żeby nie manipulować przy emocjach za dużo i za szybko. Pomalutku i ze znajomością rzeczy. Inna rzecz, że nawet kulminacją Ravela trudno tak naprawdę zrobić dziecku krzywdę, ale po co mu fundować stres, nawet relatywnie niewielki? Lepiej to wprowadzać stopniowo, pokazywać łagodnie i wyostrzać apetyt na więcej. Wtedy się łatwiej przyjmuje potem to „więcej” i łapczywie, ze zrozumieniem odkrywa kolejne muzyczne cuda. 

A my w miedzyczasie, jak pisałam, podróżujemy sobie muzycznie to tu, to tam. Ostatnio nawet coraz śmielej, bo też grzech zmarnować takie piękne tematy: była najpierw Afryka, była też Rosja, za rogiem czeka – och! – stara, tradycyjno-indiańska Ameryka. Ileż można znaleźć przepięknych melodii do śpiewania i tańczenia, jakie śliczne kołysanki! Postanowiłam, że będę wstawiała linki do oryginalnych wykonań z youtube (hmmm... zestawienie słów „oryginalny” i „youtube” to czysty oksymoron, ale niechta!) u nas na stronie Gai, w „bibliotece” (click!), razem z naszymi polskimi tekstami do ściągnięcia i wydrukowania w formacie pdf. Naprawdę nam zależy na wzbogaceniu repertuaru kołysankowego naszych słuchaczy, a w ten sposob będzie najłatwiej: wszyscy będą mieli tekst dostępny w sieci, razem z muzyką do przypomnienia z youtube. Co prawda zazwyczaj – z przyczyn obiektywnych – musimy lekko zmodyfikować i uprościć melodię youtube’owych piosenek, bo te najpiękniejsze wykonania są po prostu kreatywne i bardzo bogate, ale mam nadzieję, że rodzice którzy byli na naszych zajęciach będą już znali „naszą” polską wersję, której się razem uczymy, a linki będą pomocą do przypomnienia i wczucia się w oryginalne klimaty. 

Na zakończenie podaję zatem link do naszej afrykańskiej kołysanki, jest prześliczna i kiedy człowiek się jej podda, to potrafi się snuć miękko w tyle głowy przez cały dzień. I dobrze!