poniedziałek, 25 czerwca 2012

Po malutkim rozrywkowym koncercie


Wieczór sobótkowy, a raczej świętojański (jako się rzekło wcześniej – to mogą być dwie różne noce, kto je tam wie...) spędziłam w towarzystwie przyjaciółek na niezobowiązującym koncercie plenerowym. Koncercik był bardzo kameralny, zorganizowany w uroczym miejscu: w Forcie „49” Krzesławice, na Wzgórzach Krzesławickich. Swoją drogą piękne to miejsce, przywracane do życia z godnym podziwu zapałem. Chwała pasjonatom poświęcającym czas i energię walce o wyszarpanie ze śmietników takich – malutkich w końcu w porównaniu z gigantami Wawelu czy Skałki - perełek architektury krakowskiej. Miejsce to nadaje się wprost idealnie na letnie koncerty plenerowe i tak też, jak widzę, jest często wykorzystywane, za co znowu należą się wyrazy uznania oraz przyklaski dla zwierzchników rezydującego tam Młodzieżowego Domu Kultury. Tym razem, jak wspomniałam, koncercik był lekko rozrywkowy, czyli w programie miał występ lokalnego „zespołu muzyki celtyckiej”. Sama muzyka była... no cóż, jak dla mnie bardzo miła, ale jednak nie bardzo ambitna, ale też chyba nie miała takiego zamiaru. Tego typu muzykowanie najlepiej sprawdza się, co tu dużo mówić, w środowisku radosnego pubu z Wysp, przy akompaniamencie beztroskich brzęków kufli pienistego piwa lub szklaneczek whisky, z niedużym miejscem na spontaniczny taniec z przytupami. Tutaj, ze względów oczywistych (dom kultury! Młodzieżowy!) – tego być nie mogło. Był więc wieczór uroczy, ale na dłuższą metę mnie i przyjaciółki jednak trochę nużący monotonią repertuaru, toteż nie doczekałyśmy do końca występu tylko wyszłyśmy dyskretnie i bez żalu (oraz, mam nadzieję, bez rozczarowania ze strony artystów). 

Zanim jednak wyszłyśmy, spędziłyśmy tam ładnych kilka chwil i znowu były to dla mnie fascynujące chwile obserwacji i spostrzeżeń zawodowych. Impreza była bardzo rodzinna, czemu sprzyjało i miejsce (na obrzeżach przyjemnego zielonego osiedla), i pora (cóż piękniejszego nad ciepły czerwcowy wieczór, jeden z najdłuższych w roku?), i typ muzyki w końcu. Było więc miłe zagęszczenie rodzin z dziećmi, co oczywiście natychmiast zapaliło mi na czole czerwoną lampkę obserwacyjną. Ach, bo też te dzieci, jakie one są fantastyczne! Mieliśmy tam szeroki wachlarz wieku i temperamentów, ale jedno było wspólne: otóż nie sposób być dzieckiem i wysiedzieć spokojnie na koncercie muzyki „celtyckiej”. Nie da się. Wszechobecny rytm, pulsowanie i żywiołowość w połączeniu z nieagresywnym brzmieniem i przyjemnymi, łatwymi w odbiorze melodiami dają sto procent oddziaływania na małe nogi. Oczywiście interpretacje ruchowe były różne i tu miałam swoje smaczne momenty obserwacyjne.

 Była na przykład jedna gwiazda estrady, tak na oko może około ośmioletnia, ewidentna solistka wieczoru. Przez dobre 40 minut po prostu szalała tanecznie, prezentując większość profesjonalnych gestów i ruchów z „Tańca z gwiazdami” czy t.p. produkcji komercyjnych, niezmordowana i najwyraźniej zachwycona sobą. Obłędna. Ma przed sobą świetlaną estradową przyszłość, bo ma wszystko co trzeba na scenę: dobre poczucie rytmu, pasję i niezachwiane przekonanie o własnej wyjątkowości. Obok niej pojawiali się też inni tancerze, i ci interesowali mnie bodaj czy nie bardziej. Dzieci w granicach 3-6 lat, cudownie i żywiołowo reagujące na muzykę spadającą beztroskimi zawijaskami ze sceny. Te dzieci jeszcze nie miały wczytanych konwencji ruchowych, jeszcze nie wyginały się kapiąc podpatrzoną zmysłowością jak wspomniana profesjonalistka. Brały ten rytm po prostu, naturalnie i żywiołowo, kręciły młynki, tupały, skakały, machały rękami i biegały tam i z powrotem fantastycznie oddając tempo i nastroje dźwięków. A przecież nikt im tego nie podpowiadał, nikt nie kierował ich zachowaniem! Ot – słyszą dźwięki, słyszą porywający rytm i poddają się mu, nieskrępowane konwenansami, wstydem czy samokontrolą. Założe się, że niejeden dorosły z widowni zerkał z zadrością na małych tancerzy! Czy nie tak właśnie zachowujemy się – z drobną pomocą „płynnej osobowości”, jak dyplomatycznie nazywa się napoje wyskokowe – wyluzowani, w knajpach, na zakrapianych imprezach, na weselach? Tyle, że dorosłym brak wtedy dziecięcego wdzięku i naturalności, przechodzimy raczej szybko w etap szarży kawaleryjskiej i cały potencjalny urok diabli biorą... A wystarczyłoby po prostu, jak te dzieci, poddać się rytmowi i cieszyć się zabawą i ruchem. To takie naturalne dla człowieka! Jak to mówią mądrzy ludzie: „Tańcz jak gdyby nikt nie patrzył”. Tańczmy, proszę państwa, w zaciszu domu na początek, kiedy faktycznie nikt nie patrzy, w łazience wręcz, jeśli nam tak spokojniej, na działce ze słuchwakami w uszach... A potem może nawet - ho ho! - odważnie i z humorem, na ulicy?... Uczmy się od tych naszych dzieci.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz