Muzyka to
specyficzna dziedzina życia. Niby wiadomo, że towarzyszyła człowiekowi w
zasadzie od zawsze, od kiedy wydał z siebie głos (krzyk, skrzek, huknięcie),
uderzył patykiem o patyk, świstnął w wydrążoną kość mamuta, szarpnął podsuszone
jelito tegoż. Dźwięk pojawił się w życiu człowieka od razu, bo mamy słuch i
reagujemy na dźwięk. W którym momencie nazwiemy to muzyką to już oczywiście inna
rzecz, ale ostatecznie historia się co jakiś czas zatacza kołami – i wraca „odkrywczą”
czkawką, jak chociażby muzyką konkretną Pierre’a Schaeffera z lat 40’ i 50’ XX
wieku, czy słynnym 4’33 Johna Cage’a. Ale to kolejny wielki temat, kiedyś do
niego wrocę...
Teraz za to idę
do początków: zawsze zastanawiam się jak brzmiała ta muzyka naprawdę dawna.
Pieśni rytualne i wojenne, pierwotne pogańskie śpiewy.
Nie bez powodu chodzą
mi po głowie te tematy, to czas sobótkowy, noc Kupały w starosłowiańskich
obrzędach. Oczywiście, jak zawsze w przypadku prób łączenia tradycji z
kalendarzem, daty do świętowania są dość elastyczne. Pogańska słowiańska noc
Kupały przypadała na najkrótszą noc w roku, noc przesilenia, czyli z 21 na 22
czerwca. Potem jednak przyszło chrześcijaństwo i przytuliło sobie to śliczne
święto (grzech zmarnować taką okazję!), popychając je leciutko do przodu, aż
spadło na wigilię św. Jana. Stąd noc święto-jańska (i robaczki świętojanskie!
Ciekawe jak się nazywały u starożytnych Słowian... Może kupne robaczki?) i
oficjalna kościelna dyspenza do grupowych uciech. Sobótki to trzecia opcja
nazwy, lekko ironiczne i protekcjonalne nawiązanie do sabatu czarownic; u nas
to był taki sobie mały sabacik, sobótka. Może i nasze słowiańskie czarownice
były mniej dramatyczne od tych zachodnich? Może to bardziej nimfy rzeczne,
blond rusałki z kwietnymi wiankami we włosach? Takie ja ta na przykład...
Faktem jest, że
letnie przesilenie niesie w sobie całą masę czarów, wierzeń, magii, przesądów i
wróżb. Co za piękny czas! Święto Słońca i Księżyca, święto miłości, płodności,
ognia i wody. Stąd pochodnie i ogniska (skoki przez ogień miały moc
oczyszczającą), stąd wianki z ziół na wodzie i kąpiele, pierwsze w roku – bo wcześniej
grasowały chytre chochliki, wciągające śmiałków w wodę. No i kwiat paproci oczywiście!
Naprawdę, anglosaskie Walentynki niech się schowają przy naszych bogatych
tradycjach, jest w czym wybierać i czym się bawić. Kwiat paproci zakwitający w
ciepłą czerwcową noc jak dla mnie jest czymś niezwykle kuszącym i chętnie
zawsze się włóczę nocami około sobótki. A nuż.
I znowu,
wracając do meritum moich „zawieszeń”: co się wtedy śpiewało, w tych
najdawniejszych czasach? Ciekawe, czy mieli jakieś zespoły wioskowe, ćwiczące
repertuar przed kupalnocką, czy też każdy to znał, no bo po prostu znał i już?
Ciekawe też, czy to były jednogłosowe zaśpiewy monodyczne (czyli wszyscy wespół
ciągniemy tę samą melodię), czy rozszczepiali się harmonicznie na kilka głosów –
a mogli, bo w końcu śpiew na głosy istnieje i dziś w wielu prymitywnych
kulturach, więc nie jest wcale niczym specjalnie odkrywczym. Dziś, niestety,
noc świętojańska pod względem muzyczno-artystycznym kojarzy nam się głównie z
ogólnie organizowaną imprezą miejską (jak słynne krakowskie Wianki – a podobno ich
nie ma w tym roku, olaboga, przegrały z Euro 2012...), olbrzymią sceną, na
której aktualnie popularny wykonawca rozrywkowy prezentuje swoje sprawdzone hity.
Niestety, bo chociaż nie mam nic przeciwko masowym imprezom (chleba i igrzysk! –
jak świat światem człowiek tego przecież potrzebował), to jednak chciałabym w
okolicach letniego przesilenia usłyszeć i zobaczyć coś więcej ze starej tradycji.
Wiem, że takie rzeczy się dzieją w Polsce i organizuje się też i takie stylowe noce
świętojańskie, ale... no właśnie, ciężko mi dogodzić. Nie po drodze mi także z
ortodoksyjnymi „współczesnymi Słowianami”, nie muszę koniecznie odziewać się w poszarpane
giezło i na bosaka pląsać z rozpuszczonym (koniecznie potarganym) włosem w
plenerze. Wolałabym, żeby mi ktoś częściej przypomniał w ładnej aranżacji stare
ludowe zaśpiewy (tu ukłon dla świetnej pracy Ani Jopek w odświeżaniu polskiej
literatury ludowej), żeby więcej było mowy o starych zwyczajach z lekkim i
pastelowym historycznym tłem. Ot, tak żebyśmy na przykład wiedzieli skąd się
wzięła ta Kupała (a wzięła się prawdopodobnie z indoeuropejskiego słowa „kump” –
co oznaczało gromadę, zbiorowość, grupę i przeszło potem w „kupa, skupić” w
sensie grupowym; a może się wzięła z rzymskiego Amora - Cupido?... Fonetycznie
bliziutko przecież! ), żebyśmy sobie wspólnie przypomnieli szekspirowski „Sen
nocy letniej” i jego muzyczne adaptacje, czyli na przykład tę słynną spod pióra
Felixa Mendelssohna oraz mniej znane, jak np. operę Henry’ego Purcella „Fairy
Queen”. Mendelssohn był tu, można powiedzieć, prekursorem kompozytora
filmowego, bo poza wcześniejszą (z 1826 r.) „Uwerturą do Snu Nocy Letniej” op.
21, napisał później (w 1842 r.) kilka dodatkowych fragmentów (op. 61), w tym
ten najsłynniejszy i szeroko wykorzystywany „Marsz weselny”. I czy nie piękne
byłoby twórcze wracanie do tych – już istniejących – genialnych utworów przy
okazji Sobótki? I tworzenie nowych, szturchanie rozleniwionych artystów świętojańską inspiracją?...
Magia nocy letniej, sen nocy letniej. Kopalnia dla sztuki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz