Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Euro 2012. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Euro 2012. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 czerwca 2012

Garść refleksji po zajęciach, czyli jaką mam piękną pracę



Gorączka Euro, ciężko się skupić na czymś innym niż stres mundialowy kiedy naokoło wuwuzele, powiewające szatndary na autach i rozgorączkowani sąsiedzi. Ale jednak, na dowód że istnieje życie, nawet takie malutkie, pozamundialowe – kilka słów o naszych zajęciach, bo one zawsze mi dostarczają mnóstwa tematów do przemyśleń i radosnej motywacji do dalszej pracy. Jest coś tak pięknego w pracy z dziećmi! – a u nas szczególnie, kiedy niby zawsze mówimy, że efekty naszej pracy dzisiaj będzie można prawdopodobnie zauważyć dopiero za kilka, kilkanaście lat. Tymczasem zdarzają się, i to omal na każdych zajęciach, momenty, kiedy niemalże widzę na własne oczy jak się czysty twardy dysk mózgu dziecka zapisuje tym, co do niego „mówię” muzyką, kiedy maluch, ledwo stojący na nóżkach już reaguje, tańczy, słucha ze zrozumieniem mojego klarnetu, włącza się w nasze piosenki i zabawy. A przecież całościowo, w większej perspektywie, efektów wczesnego umuzykalniania dzieci można tak naprawdę nawet NIE zauważyć, bo ten mały dzisiaj człowiek wyrośnie sobie kiedyś po prostu – po prostu! – na pięknego dorosłego człowieka, wrażliwego i inteligentnego. A czy to nasza zasługa? Ja oczywiście powiem, że naturalnie tak, ale przecież składa się na to takie mnóstwo rzeczy i codziennej pracy, głównie rodziców, że ciężko przypisywać sobie jakiś konkretny procent. 

Piękną mam pracę także dlatego, że wymaga ona na przykład przygotowywania się do każdych zajęć, co z kolei oznacza spotkanie („operatywkę”) nas dwóch pań instruktorek i obmyślanie najpierw tematu zajęć. Staramy się na każdych zajęciach mieć COŚ łączącego poszczególne elementy i zabawy. Czasem jest to faktycznie temat, na przykład „wiosna”, albo „woda”, „ptaszki”, „samochody” – a czasem po prostu kierujemy się w stronę jakiejś kultury, kontynentu, tradycji... To jest bardziej gest w kierunku rodziców i nas samych, żeby nam się lepiej słuchało i śpiewało, bo dla dzieci na tym etapie to jest jeszcze wszystko jedno, czy są w Polsce, czy w Rosji, czy na antypodach. Ale dla nas, starszych, to duża frajda, a także lekkie rozszerzanie wiedzy o innych kulturach przy okazji. My w każdym razie mamy mnóstwo przyjemności w wynajdywaniu repertuaru, każdy taniec na otwarcie zajęć jest przez nas starannie testowany organoleptycznie (dawno już się tyle nie wytańczyłam w życiu co ostatnio! Na zajęciach i na operatywkach, u ha ha), spędzamy miłe godziny w sieci buszując wśród przepięknych nagrań, o których istnieniu nie miałam pojęcia, odkurzamy własne zasoby CD, tłumaczymy słowa kołysanek i wymyślamy własne. I zawsze, zawsze filtrujemy każdą melodię pod kątem małych uszu: czy będzie wystarczająco prosta, a nie banalna, czy da się zaśpiewać na dwa głosy i czy ma przyjemny rytm. Czy taniec się nie zacina, czy nie jest za wolny albo za szybki oraz czy muzyka na zakończenie nie zaserwuje nam dramatycznych niespodzianek i zawałów serca. Bo małe uszy wprawdzie chłoną i przyjmą wszystko i nie mają uprzedzeń, ale jednak trzeba uważać. Co dla dorosłego będzie pięknym popisem możliwości wokalnych śpiewaka – dla dziecka będzie głosem pana, który nagle krzyczy. Czemu on krzyczy?? Co się dzieje? No chyba jakaś krzywda... Dla nas „Bolero” Ravela rozwija się w genialnej spirali napięcia, osiągając piękną, logiczną i satysfakcjonującą kulminację – ale już dziecko może nie unieść dzikości zakończenia, zwłaszcza w oryginalnym natężeniu dynamiki (czyli jeśli nie będziemy podbiegać co chwilę do sprzętu i  ściszać wolumenu w miarę rozwoju utworu). Słowem: muzyka klasyczna jest naprawdę cudowna dla dzieci. Każdy rodzaj muzyki jest cudowny dla dzieci. Ale jednak trzeba troszkę uważać, żeby nie manipulować przy emocjach za dużo i za szybko. Pomalutku i ze znajomością rzeczy. Inna rzecz, że nawet kulminacją Ravela trudno tak naprawdę zrobić dziecku krzywdę, ale po co mu fundować stres, nawet relatywnie niewielki? Lepiej to wprowadzać stopniowo, pokazywać łagodnie i wyostrzać apetyt na więcej. Wtedy się łatwiej przyjmuje potem to „więcej” i łapczywie, ze zrozumieniem odkrywa kolejne muzyczne cuda. 

A my w miedzyczasie, jak pisałam, podróżujemy sobie muzycznie to tu, to tam. Ostatnio nawet coraz śmielej, bo też grzech zmarnować takie piękne tematy: była najpierw Afryka, była też Rosja, za rogiem czeka – och! – stara, tradycyjno-indiańska Ameryka. Ileż można znaleźć przepięknych melodii do śpiewania i tańczenia, jakie śliczne kołysanki! Postanowiłam, że będę wstawiała linki do oryginalnych wykonań z youtube (hmmm... zestawienie słów „oryginalny” i „youtube” to czysty oksymoron, ale niechta!) u nas na stronie Gai, w „bibliotece” (click!), razem z naszymi polskimi tekstami do ściągnięcia i wydrukowania w formacie pdf. Naprawdę nam zależy na wzbogaceniu repertuaru kołysankowego naszych słuchaczy, a w ten sposob będzie najłatwiej: wszyscy będą mieli tekst dostępny w sieci, razem z muzyką do przypomnienia z youtube. Co prawda zazwyczaj – z przyczyn obiektywnych – musimy lekko zmodyfikować i uprościć melodię youtube’owych piosenek, bo te najpiękniejsze wykonania są po prostu kreatywne i bardzo bogate, ale mam nadzieję, że rodzice którzy byli na naszych zajęciach będą już znali „naszą” polską wersję, której się razem uczymy, a linki będą pomocą do przypomnienia i wczucia się w oryginalne klimaty. 

Na zakończenie podaję zatem link do naszej afrykańskiej kołysanki, jest prześliczna i kiedy człowiek się jej podda, to potrafi się snuć miękko w tyle głowy przez cały dzień. I dobrze! 
 

sobota, 9 czerwca 2012

Zaparkowane Euro

Krótka migawka z porannej "przebieżki" w parku.

Miło mi donieść, że rośnie nam nowa kadra piłkarska! - oto siła inspiracji igrzyskowej.

Widziałam dziś na własne oczy bodaj trzyosobową mini-drużynę przyszłych pierwszoligowych zawodników, ledwo odstawali od ziemi (tak na moje wprawne oko mieli mniej więcej po 2-3 lata, słabo to jeszcze chodziło...), ale już odziani fachowo w biel i czerwień - obłędnie wyglądały te krasnalki! - i trenowali ostro od rana! Mieli profesjonalną mundialową piłkę (tę uroczą, z kolorami Polski i Ukrainy) i wkładali wiele zapału w ideę trafienia nóżką w podstępnie uciekającą piłę. Obok trenował starszy rzut kadry: dwóch młodzianów tak mniej więcej ok. 5-6-letnich. Jeden owszem, ojczysty, ten drugi - niespodzianka! nosił dumnie koszulkę z napisem PORTUGALIA. Ale czyje nazwisko na plecach - tego już nie zdążyłam dopatrzeć, bo biegłam...
Trenują też sędziowie, proszę państwa! Serce rośnie kiedy się to widzi. Dwóch panów w wieku trochę bardziej dorosłym, tym razem odzianych w wytworną czerń, biegało szlachetnym truchtem mijając mnie na alejkach. Miło wdzieć aktywność narodu na świeżym - ekhem!... - powietrzu w sobotni poranek.

Ale tu wracam do meritum moich zapisków. Czy wiecie, że człowiek i ptak to jedyne zwierzęta (excusez le mot), które reagują na rytm? Czyli słyszymy, odbieramy i - mimowolnie najczęściej dostosowujemy się do niego, zwłaszcza kiedy jest jednostajny i miarowy. Idea tańca, dyskotek, pogowania na koncertach - to wszystko bierze się stąd. Że jesteśmy w stanie odbierać rytm i lubimy się z nim "zestrajać". A praca fizyczna przy śpiewie? Shanty na morzu i murzyńskie pieśni pracy? To samo. Każdy naród zresztą miał takie monotonne, rytmiczne zaśpiewy, pomagające przy pracy. Proszę sobie kiedyś posłuchać na przykład paru utworów gruzińskiego chóru Rustavi, polecam gorąco! Cudo. 

To kolejny temat-rzeka, dziś chciałam tylko go zacząć. Bo zawsze rano zastanawiam się przed bieganiem: czego by tu posłuchać? I jednak zazwyczaj wygrywa coś w miarę rytmicznego, ale nie monotonnego (Steve Reich tutaj jak dla mnie odpada...), w miarę angażującego myśli, chętnie z minimalnie przyjaznym tekstem (obojętne czy po polsku czy angielsku), coś do mnie mówiące ale nie wymagające zbytniego wysiłku intelektualnego. Dużo wymagań, prawda? Ale jest kilka opcji i jestem pewna, że każdy ma swoich faworytów. Jak dla mnie dziś na przykład wygrał Rod Steward z jedną ze swoich płyt "The Great American Songbook", spełnia wszystkie moje wymagania. No, poza tym, że jednak muszę stosować płodozmian, bo dosyć szybko znam go na pamięć i wtedy się nudzi. A wtedy i bieganie bardziej męczy...
To jest jest nasza specyfika fizjoligiczna: najczęściej podświadomie dostosowujemy tempo ćwiczeń (biegu, skłonów, wymachów, cokolwiek tam trenujemy) do tempa muzyki słyszanej w danym momencie. I na tym bazują wszelakie zajęcia fitnessu, aerobiki, stepy etc. etc. I słusznie! - to łatwa i przyjemna metoda regulacji tempa zajęć.
Muszę kiedyś sprawdzić Mozarta i Beethovena. Chłopaki pisali mnóstwo rytmicznych rzeczy; problem dla mnie tylko w tym, że słucham ich zawsze o wiele zbyt świadomie i cokolwiek będę miała w uszach z "klasyki" to może mnie zająć na tylu poziomach, że zapomnę w ogóle ruszać nogami... Albo zasłucham się tak dogłębnie, że zaliczę bliskie spotkanie z drzewem albo ławeczką. Już mi się zdarzały taie rzeczy, kiedy nie obudziłam się wystarczającą ilością kaw przed startem... Ale kto wie, może kiedyś spróbuję?




czwartek, 7 czerwca 2012

Euro 2012, jakże by inaczej


Kiedy się mieszka w Krakowie przed Euro 2012 nie sposób zignorować tego jakże ogólnopolskiego wydarzenia. Może nie jest to stricte wydarzenie muzyczne, ani nawet – ufff –  kulturalne, ale przecież dotyczy tak wielkiej części społeczeństwa, że każdy mimo woli jakoś to zauważa. Daleka jestem od entuzjazmu mundialowego, piłka nożna nie jest raczej moją życiową fascynacją, ale też nie chcę bynajmniej psioczyć na igrzyska a raczej docenić ich dobre strony. Czemu nie? 

W kontekście muzyki... No cóż, narażę się pewnie części społeczeństwa kompletnym brakiem sentymentu dla piosenki z kurzym odgłosem w tytule. To niewypał. Strasznie męczący do tego. Ale ta część społeczeństwa, która głosowała „za” wspomnianą produkcją akustyczną nie czyta na pewno mojego bloga, więc i tak nie ma strachu. Natomiast jakoś jednak rozczulają mnie emocje kibiców, cóż z tego że wyrażane na różnym poziomie obycia cywilizacyjnego? Człowiek potrzebuje emocji! – a że wrócę na moje poletko, czymże jest ostatecznie muzyka, jeśli nie wyzwalaniem tychże, za pomocą sprawnego i inteligentnego manipulowania dźwiękami? Ludzie mnie interesują, tak w ogóle, więc zjawisko tłumu, a zwłaszcza radosnego tłumu (miejmy nadzieję...) nie jest mi tak całkiem niemiłe. (Chociaż sam tłum per se to zupełnie nie moje środowisko, oj... ) 

Ciekawi mnie osobiście zapowiadany dwunastominutowy spektakl na rozpoczęcie Euro na stadionie w Warszawie. Główną gwiazdą muzyczną ma być... ha, Chopin, jak wiadomo. Nnnno, ciekawe jak sobie Marco Balich poradzi z takim wyzwaniem! Chopin w kontekście piłki nożnej, to pomysł tyleż odważny co z drugiej strony banalny w kraju takim jak Polska – bo jak nie Chopin to kto, właściwie?... Sama jestem ciekawa jak Fryderyk obroni się przed masowym nabuzowanym odbiorcą...  Hmmm. 

A jako ilustracja „muzyczno-socjologiczna” dzisiaj, obrazek z ul. Floriańskiej. Życie ulicy, proza życia. Zawsze mi jakoś tak melancholijnie kiedy patrzę na ulicznych muzyków. Nie wiem jakie za nimi stoją historie życia, jakie okoliczności doprowadziły ich w to akurat miejsce; bywają banalne, bywają dramatyczne, czasem to nawet wynik sezonowego i wyrachowanego lekkiego spędzania czasu, ale częściej jednak jakiś stopień desperacji. Mało kto ucząc się muzyki marzy o karierze ulicznego grajka... A ten człowiek akurat – naprawdę! – ma piękny głos. Słyszałam, wiem. Posłuchajcie go kiedyś. Ciekawe kto to jest.

Pojawię się tutaj znowu niebawem, jest trochę lepiej jeśli chodzi o czas, więc i pisanie kusi, kusi...