W tym tygodniu nie ma koncertu abonamentowego w
Filharmonii. Ale to nie znaczy, że nie będzie w ogóle koncertu! Będą, nawet dwa – ale ten,
który mnie zainteresował usłyszmy w czwartek, 31 października. W przeddzień
Święta Wszystkich Świętych. I będą na nim dwie missae pro defunctis: wielkie Requiem Mozarta i Piccolo Requiem Salieriego. Zatem kilka słów o tym wieczorze.
Ręka do góry kto zna – kto słyszał kiedyś w życiu, raz bodaj – Requiem Mozarta. Wszyscy. Oczywiście! A
teraz ręka do góry kto słyszał nazwisko Antonio Salieri. Większość, owszem; bo
znamy go chyba najbardziej z oscarowego filmu Miloša Formana Amadeusz. Ale, tu pytanie dodatkowe, podstępne: czy na pewno pamiętamy, że
Salieri był też kompozytorem? Czy ktoś z nas słyszał jakiekolwiek jego dzieła?
Musze przyznać ze wstydem, że ja sama nie miałam do tej pory dość motywacji,
aby poszperać w dostępnych materiałach i odszukać jakiekolwiek kompozycje
Salieriego. Impulsem stał się dopiero nadchodzący koncert i jego repertuar. I...
no cóż, muszę przyznać, że zestawienie jednego wieczoru tych dwóch kompozycji
jest, według mnie, nieco okrutne w stosunku do Salieriego. Mozart był
geniuszem. Naprawdę! To był wyjatkowy człowiek, niesłychany talent, to było
zjawisko w dziejach ludzkości, które pojawiło się na Ziemi na krótkich 35 lat.
Salieri natomiast był bardzo dobrym kompozytorem, w znacznie lepszej sytuacji
materialnej za życia niż jego genialny rywal – ale nie dorownywał Mozartowi talentem
w najmniejszym nawet stopniu. Oczywiście lwia część słynnej rywalizacji między
kompozytorami jest literacką fikcją stworzoną na potrzeby sztuki teatralnej
przez Petera Schaffera i przeniesioną następnie na wielki ekran przez Formana. Niemniej,
sam Salieri jest dla mnie zawsze postacią niezwykle tragiczną właśnie przez to
uwiązanie na wieki w kontekście Mozarta. Niesprawiedliwy to kontekst, bo o ile
słuszny historycznie, o tyle jakże można porównywać kaczkę z orłem? Jak można
przykładać tę samą miarę do Mozarta – i kogokolwiek innego?
Wysłuchałam już, na własną rękę, Piccolo requiem (Requiem Mozarta znam oczywiście niemal na pamięć...).
To jest naprawdę bardzo dobry utwór, napisany w stylu klasycznym przez
znającego się na rzeczy kompozytora. Ale to po prostu nie jest arcydzieło...
Więc w towarzystwie genialnego Mozarta w czwartek wyda się tym bardziej słabe,
mierne, nijakie. To tak jak czasem bierze się specjalnie do odpowiedzi słabego
ucznia, żeby na jego tle ten wyjatkowy zabłysnął za chwilę jeszcze większym
blaskiem. Czy to jest sprawiedliwe? Nie wiem. Ale wiem z drugiej strony, że
wolę mieć możliwość wysłuchania Requiem
Salieriego w tak „niesprawiedliwym” układzie, niż nie mieć jej w ogóle. A
nieszczęsny Antonio na wieczność skazany jest na przeklęty dla niego kontekst Mozarta,
na bycie „tym” Salierim, na porównania i oczywistą porażkę w rywalizacji
przefiltrowanej już przez bezlitosną historię. Dajmy mu szansę, wysłuchajmy go
życzliwie. Świat nie składa się wyłącznie z genialnych Mozartów...
A przy okazji zadumajmy się nad przeszłością, przemijaniem,
czasem. Pamiętam jak kiedyś byliśmy z orkiestrą Filharmonii Krakowskiej na
tournee w Niemczech i graliśmy wieczorny koncert w jakimś wytwornym pałacu (oczywiście
kompletnie nie pamiętam teraz gdzie to było). Po próbie było trochę czasu i
poszwędaliśmy się z kolegami po salach i komnatach, gdzie w pewnym momencie
natrafiliśmy na olbrzymi, gigantyczny zegar, ktory zajmował właściwie cały pokój
(niemały zresztą). Staliśmy w półmroku przed tym zegarem, zaintrygowani, ale
jakoś tak wystraszeni, to był zupełnie niesamowity dźwięk: tykającego miarowo, nieuchronnie,
zegara. Dźwięk czasu. I wieczności. Brrrrr...
![]() |
| Fot. Alvise Valier |

:)
OdpowiedzUsuń