czwartek, 24 października 2013

Już październik i ta jesień...



Melancholijnie nam się zrobiło. W Krakowie, w Polsce, na świecie – październik niesie w sobie jakąś pierwszą nutkę zadumy, jeszcze nie tak wyraźnie listopadowej, ale przecież już jesiennej, smętnej. Tym milej myśli się teraz o ciepłym kącie w domu z filiżanką pachnącej herbaty czy kawy, o jasnej sali koncertowej z piękną, aksamitną muzyką otulającą nas jak ciepły szal. I tak właśnie będzie w tym tygodniu, ponieważ mamy tym razem program wprost wymarzony na październikowy chłodny już wieczór, na jesienny spleen. 

Rozpoczniemy znowu uwerturą – ale za to jaką! Uwertura Manfred to jedno z najsłynniejszych symfonicznych dzieł Roberta Schumanna. Powstała w 1849 roku, faktycznie jako pierwsze ogniwo wiekszej całości, czyli „Dramatu poetyckiego z muzyką w trzech częściach”, do tekstu Lorda Byrona. Schumann, wrażliwiec i intelektualista, zawsze chętnie sięgał po arcydzieła literatury światowej, nic dziwnego zatem, że poddał się bez reszty czarowi Byronowskiego poematu. Pierwszy raz kompozytor zetknął się zresztą z tekstem 20 lat wcześniej, w 1829 roku, kiedy to notował: „Szalenie wzburzony – czytałem do snu Manfreda Byrona – okropna noc”. Musiało upłynąć wiele lat, zanim zdecydował się podjąć muzycznie ten temat, jednak wówczas praca poszła mu już niezwykle szybko i pisał do przyjaciela: „Jeszcze nigdy nie poświęciłem się żadnej mojej kompozycji z taką pasją i miłością jak Manfredowi”. Byronowskie quasi-autobiograficzne dzieło opowiada o rozterkach tytułowego bohatera, który targany emocjami po śmierci ukochanej Astarte (no oczywiście, cóż by to był za romantyzm bez tragicznej miłości do pięknej Ukochanej?), prowadzi filozoficzne dysputy z ponadnaturalnymi siłami, duchami, postaciami spoza tego świata. Tragedia, rozdarcie wewnętrzne, niespełniona miłość – wszystko to szalenie mocno oddziaływało na bogatą wyobraźnię Schumanna. Muzykolog Peter Oswald twierdzi, że podczas pisania tej Uwertury Schumann doświadczał już intensywnie słuchowych halucynacji i „słyszał głosy” (co zresztą miało później swoje tragiczne konswekwencje w postaci choroby i śmierci artysty w przytułku dla umysłowo niezrównoważonych). Czy faktycznie wspaniały Manfred Schumanna jest już odbiciem jego późniejszego stanu umysłu i ducha, czy jedynie – „jedynie”! – wytworem genialnej wyobraźni, jest dla nas w tej chwili bez znaczenia. Każde arcydzieło jest błyskiem Geniuszu, każde ma w sobie nutę szaleństwa i wybicia się ponad normę. A Manfred jest arcydziełem. Mówi dźwiękami o najgłębszych emocjach ludzkich, o miłości, śmierci, tęsknocie, nadziei, rozpaczy. To nie może być „normalny” stan... 

Warto tu także jako ciekawostkę przypomnieć, że również Piotr Czajkowski nie pozostał obojetny na magiczny urok byronowskiego Manfreda i w 1885 roku skomponował symfonię programową pod tym właśnie tytułem. Symfonia ta jest, można powiedzieć, niecodzienna nawet w numeracji: można ją nazwać "IV ½" , powstała bowiem między Czwartą i Piątą, nigdy nie została ponumerowana w tradycyjny sposób i mimo tradycyjnego układu czterech części pozostała – podobnie jak jej kuzyn, poemat symfoniczny – utworem z poetyckim tytułem i literackim programem.

Zaczynając z tak wysokiej półki, nie możemy już zejść niżej. I tak będzie, zostaniemy w Panteonie sław, w blasku arcydzieł. Kolejne dwa klejnoty to utwory Gustava Mahlera, dwa fragmenty jego dwóch Symfonii. O ile jednak Adagietto jest po prostu faktycznie czwartą częścią V Symfonii i bywa wykonywane równie często w całym cyklu co osobno – z uwagi na wyjątkową urodę i nasycenie emocjami; o tyle Blumine (i do tego piękny tytuł! – to część „Kwietna”, czy tez „Ukwiecona”) pierwotnie było drugą częścią I Symfonii, lecz po kilku pierwszych wykonaniach kompozytor zdecydował się na zupełne usunięcie tej części z całości dzieła. Szczęśliwie utwór nie zaginął w czeluściach historii, ale przetrwał i w 1967 roku miał swoją „drugą światową premierę” pod batutą Benjamina Brittena. Wraz z tymi dwoma utworami pozostajemy w kręgu romantycznym, miłosnym, lirycznym. Blumine powstało pierwsze, jego szkice i fragmenty pochodzą wręcz sprzed czasów I Symfonii, a zatem sprzed 1887 roku; mówi się także, że cudowne, śpiewne solo trąbki z tej części to liryczna pieśń Mahlera zauroczonego w owym czasie śpiewaczką Joanną Richter. Z kolei późniejsze Adagietto z V Symfonii (lata 1901-1902) jest już pięknym i otwartym wyznaniem miłosnym do żony kompozytora, Almy, z którą w owym czasie się poznał – i ożenił. Adagietto „wycisza” całą wielką orkiestrę, skupia kolor jedynie na smyczkach i harfie, jakby Mahler chciał jeszcze bardziej miękko, intymnie otulić swoją wybrankę szeptem i miękkim dźwiękiem współbrzmień. Łagodne, powolne frazy smyczków rozwijają się w prześliczne fale, podkreślane głębią niskich rejestrów harfy. Ta część – podobnie jak Manfred dla Schumanna – stała się znakiem rozpoznawczym Mahlera, jego piękną wizytówką i zarazem wyznaniem miłosnym. Słynne są słowa, które kompozytor dopisał żonie przy tej części: „Wie ich dich liebe, Du meine Sonne, ich kann mit Worten Dir's nicht sagen. Nur meine Sehnsucht kann ich Dir klagen und meine Liebe.” (Jakże cię kocham, słońce moje, słowami tego nie wypowiem. Mogę jedynie złożyć ci w ofierze mą tęsknotę i miłość)

Wzruszenia, uczucia, romantyzm w czystej ideologicznie postaci. Czyż można się dziwić, że uzupełnieniem tak bogatego w emocje wieczoru będzie jedna z symfonii wielkiego Johannesa Brahmsa? To po prostu złota kropka nad „i” programu.  

Zazwyczaj pierwsze symfonie kompozytorów nie są dziełami powszechnie uznawanymi za wstrząsające arcydzieła, patrzy się na nie z lekką pobłażliwością („Młody jeszcze twórca próbował swoich sił...” „Pierwsze podejście do gatunku symfonii nastręczało niejakie trudności...”), z zaciekawieniem nawet, lecz jakby głównie w perpektywie następnych dzieł, już dojrzalszych, przemyślanych, odpowiedzialnych. W przypadku Brahmsa rzecz nie jest jednak tak prosta. Po pierwsze, Brahms w zasadzie od początku swojej kariery uznawany był przez przyjaciół i krytyków za „artystycznego spadkobiercę Beethovena”, co już od razu nakładało na niego ciężar niezwykłej odpowiedzialności, zwłaszcza jeśli chodzi o gatunek symfonii. Nie mógł więc sobie po prostu napisać ot tak, pierwszej niedużej symfonii, tak na próbę, dla wprawy; musiał od razu stanąć na palcach i sięgnąć wielkiego spiżowego pomnika samego Beethovena. Oczywiście również fakt, że Brahms już jako młodzieniec był szalenie krytyczny wobec swojej twórczości (i wiele utworów niezadowalających go po prostu na wszelki wypadek zniszczył) także nie sprzyjał publicznym „próbom kompozycji”. Kiedy zatem świat otrzymał w końcu I Symfonię c-moll op. 68 – było to już dzieło właśnie dojrzałe, przemyślane i odpowiedzialne. Artystyczny testament Beethovena znalazł się co prawda w tej Symfonii, ale nie w postaci banalnych cytatów, lecz jako inteligentne, cudowne nawiązania, muzyczny hołd złożony wielkiemu poprzednikowi. Znajdziemy tu zatem na przykład słynny beethovenowski „motyw losu” w pierwszej i trzeciej części, znajdziemy kapitalne nawiązanie do chorałowej „Ody do radości” z IX Symfonii w części ostatniej... Asocjacje te tak cieszyły współczesnych Brahmsowi, że szybko zaczęto nazywać jego Pierwszą Symfonię „Dziesiątą Symfonią Beethovena”. Intencje może i dobre, ale rezultat co najmniej mierny, jako że Brahms bardzo się obruszał na tę terminologię. „Nikogo nie kopiuję!” – zżymał się – „nie dokonałem plagiatów! Oczywiście, że każdy głupi zauważy nawiązanie do Beethovena” – ale przecież jego Symfonia była odrębna, inna, oryginalna! Była hołdem złożonym geniuszowi, ale jest też niezaprzeczalnym dziełem kolejnego genialnego talentu. 

Zawsze myślę sobie, że muzyka Brahmsa jest jak miękki, pyszny, bogaty we wzory, faktury i głębię dywan perski. Jest w niej rewelacyjna głębia nasyconej harmonii, jest zapierające dech w piersiach bogactwo zdarzeń, motywów, fraz, splątanych ze sobą i jednocześnie tworzących piękną, spójną całość. Można się pochylać nad detalami pojedynczych wzorów, ale można też odejść dalej i podziwiać orgię barw mieniących się odcieniami. Jest taki moment w drugiej części... jakże charakterystyczny dla Brahmsa – kiedy cudowną śpiewną melodię podają sobie kolejno „do rąk” obój, klarnet, waltornia, flet; jak kryształową kulę odbijającą coraz to nowe kolory, a przecież ciągle tę samą. Barwy instrumentów przenikają się, stapiają ze sobą, czasami trudno jest uchwycić moment, kiedy melodia przechodzi z jednej ręki do drugiej, płynie miękko i gładko przez orkiestrę, mówi kolejnymi głosami, a jednak zawsze tym samym – głosem genialnego kompozytora. 

Słuchałam dziś tego arcydzieła w jakże prozaicznych warunkach: w samochodzie, w drodze z pracy... Można by westchnąć: o tempora, o mores! To omal profanacja przecież. Cóż, możemy się zżymać na technologię odzierającą świat z urody, ale możemy także z tego skorzystać. Mogłam jechać w ciszy, albo z przypadkowym radiem gadającym o stanie gospodarki rybnej. Mogłam też świadomie zaprosić do samochodu Brahmsa, żeby mi opowiedział do ucha swoją piękną historię. Więc wybrałam to ostatnie. I tak się jakoś stało, że z pierwszymi dźwiękami Symfonii wjechałam wprost na obłędny po prostu zachód słońca, z płonącą kulą ognia nad horyzontem, z niebem malowanym w błękitne, pomarańczowe i różowe wstęgi (to kicz, wiem... ale tylko na piśmie! Natura była zwyczajnie przepiękna), z jesienną mgłą rozsnutą jak puchata kołderka w każdym zagłębieniu i dolince. I to były, proszę Państwa, także idealne warunki do słuchania Brahmsa. Kto by pomyślał?


Fotografia nie z dzisiejszego wieczoru - ale kolory dokładnie te same! Fot. Alvise Valier

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz