Melancholijnie nam się zrobiło. W Krakowie, w Polsce, na
świecie – październik niesie w sobie jakąś pierwszą nutkę zadumy, jeszcze nie
tak wyraźnie listopadowej, ale przecież już jesiennej, smętnej. Tym milej myśli
się teraz o ciepłym kącie w domu z filiżanką pachnącej herbaty czy kawy, o
jasnej sali koncertowej z piękną, aksamitną muzyką otulającą nas jak ciepły
szal. I tak właśnie będzie w tym tygodniu, ponieważ mamy tym razem program
wprost wymarzony na październikowy chłodny już wieczór, na jesienny spleen.
Rozpoczniemy znowu uwerturą – ale za to jaką! Uwertura Manfred to jedno z najsłynniejszych
symfonicznych dzieł Roberta Schumanna. Powstała w 1849 roku, faktycznie jako pierwsze
ogniwo wiekszej całości, czyli „Dramatu poetyckiego z muzyką w trzech częściach”,
do tekstu Lorda Byrona. Schumann, wrażliwiec i intelektualista, zawsze chętnie
sięgał po arcydzieła literatury światowej, nic dziwnego zatem, że poddał się
bez reszty czarowi Byronowskiego poematu. Pierwszy raz kompozytor zetknął się zresztą
z tekstem 20 lat wcześniej, w 1829 roku, kiedy to notował: „Szalenie wzburzony –
czytałem do snu Manfreda Byrona –
okropna noc”. Musiało upłynąć wiele lat, zanim zdecydował się podjąć muzycznie ten
temat, jednak wówczas praca poszła mu już niezwykle szybko i pisał do
przyjaciela: „Jeszcze nigdy nie poświęciłem się żadnej mojej kompozycji z taką
pasją i miłością jak Manfredowi”.
Byronowskie quasi-autobiograficzne dzieło opowiada o rozterkach tytułowego
bohatera, który targany emocjami po śmierci ukochanej Astarte (no oczywiście, cóż
by to był za romantyzm bez tragicznej miłości do pięknej Ukochanej?), prowadzi
filozoficzne dysputy z ponadnaturalnymi siłami, duchami, postaciami spoza tego
świata. Tragedia, rozdarcie wewnętrzne, niespełniona miłość – wszystko to szalenie
mocno oddziaływało na bogatą wyobraźnię Schumanna. Muzykolog Peter Oswald twierdzi,
że podczas pisania tej Uwertury Schumann doświadczał już intensywnie słuchowych
halucynacji i „słyszał głosy” (co zresztą miało później swoje tragiczne
konswekwencje w postaci choroby i śmierci artysty w przytułku dla umysłowo
niezrównoważonych). Czy faktycznie wspaniały Manfred Schumanna jest już odbiciem jego późniejszego stanu umysłu
i ducha, czy jedynie – „jedynie”! – wytworem genialnej wyobraźni, jest dla nas w
tej chwili bez znaczenia. Każde arcydzieło jest błyskiem Geniuszu, każde ma w
sobie nutę szaleństwa i wybicia się ponad normę. A Manfred jest arcydziełem. Mówi dźwiękami o najgłębszych emocjach
ludzkich, o miłości, śmierci, tęsknocie, nadziei, rozpaczy. To nie może być „normalny”
stan...
Warto tu także jako ciekawostkę przypomnieć, że również
Piotr Czajkowski nie pozostał obojetny na magiczny urok byronowskiego Manfreda i w 1885 roku skomponował
symfonię programową pod tym właśnie tytułem. Symfonia ta jest, można powiedzieć, niecodzienna
nawet w numeracji: można ją nazwać "IV ½" , powstała bowiem między Czwartą i Piątą, nigdy
nie została ponumerowana w tradycyjny sposób i mimo tradycyjnego układu
czterech części pozostała – podobnie jak jej kuzyn, poemat symfoniczny –
utworem z poetyckim tytułem i literackim programem.
Zaczynając z tak wysokiej półki, nie możemy już zejść niżej.
I tak będzie, zostaniemy w Panteonie sław, w blasku arcydzieł. Kolejne dwa
klejnoty to utwory Gustava Mahlera, dwa fragmenty jego dwóch Symfonii. O ile
jednak Adagietto jest po prostu faktycznie
czwartą częścią V Symfonii i bywa wykonywane równie często w całym cyklu co
osobno – z uwagi na wyjątkową urodę i nasycenie emocjami; o tyle Blumine (i do tego piękny tytuł! – to część
„Kwietna”, czy tez „Ukwiecona”) pierwotnie było drugą częścią I Symfonii, lecz po
kilku pierwszych wykonaniach kompozytor zdecydował się na zupełne usunięcie tej
części z całości dzieła. Szczęśliwie utwór nie zaginął w czeluściach historii,
ale przetrwał i w 1967 roku miał swoją „drugą światową premierę” pod batutą
Benjamina Brittena. Wraz z tymi dwoma utworami pozostajemy w kręgu
romantycznym, miłosnym, lirycznym. Blumine
powstało pierwsze, jego szkice i fragmenty pochodzą wręcz sprzed czasów I Symfonii,
a zatem sprzed 1887 roku; mówi się także, że cudowne, śpiewne solo trąbki z tej
części to liryczna pieśń Mahlera zauroczonego w owym czasie śpiewaczką Joanną
Richter. Z kolei późniejsze Adagietto
z V Symfonii (lata 1901-1902) jest już pięknym i otwartym wyznaniem miłosnym do
żony kompozytora, Almy, z którą w owym czasie się poznał – i ożenił. Adagietto „wycisza” całą wielką
orkiestrę, skupia kolor jedynie na smyczkach i harfie, jakby Mahler chciał
jeszcze bardziej miękko, intymnie otulić swoją wybrankę szeptem i miękkim dźwiękiem
współbrzmień. Łagodne, powolne frazy smyczków rozwijają się w prześliczne fale,
podkreślane głębią niskich rejestrów harfy. Ta część – podobnie jak Manfred dla Schumanna – stała się
znakiem rozpoznawczym Mahlera, jego piękną wizytówką i zarazem wyznaniem
miłosnym. Słynne są słowa, które kompozytor dopisał żonie przy tej części: „Wie
ich dich liebe, Du meine Sonne, ich kann mit Worten Dir's nicht sagen. Nur meine Sehnsucht kann ich Dir
klagen und meine Liebe.” (Jakże cię kocham, słońce moje, słowami tego
nie wypowiem. Mogę jedynie złożyć ci w ofierze mą tęsknotę i miłość)
Wzruszenia, uczucia, romantyzm w czystej ideologicznie
postaci. Czyż można się dziwić, że uzupełnieniem tak bogatego w emocje wieczoru
będzie jedna z symfonii wielkiego Johannesa Brahmsa? To po prostu złota kropka
nad „i” programu.
Zazwyczaj pierwsze symfonie kompozytorów nie są dziełami
powszechnie uznawanymi za wstrząsające arcydzieła, patrzy się na nie z lekką
pobłażliwością („Młody jeszcze twórca próbował swoich sił...” „Pierwsze
podejście do gatunku symfonii nastręczało niejakie trudności...”), z zaciekawieniem
nawet, lecz jakby głównie w perpektywie następnych dzieł, już dojrzalszych,
przemyślanych, odpowiedzialnych. W przypadku Brahmsa rzecz nie jest jednak tak
prosta. Po pierwsze, Brahms w zasadzie od początku swojej kariery uznawany był przez
przyjaciół i krytyków za „artystycznego spadkobiercę Beethovena”, co już od
razu nakładało na niego ciężar niezwykłej odpowiedzialności, zwłaszcza jeśli
chodzi o gatunek symfonii. Nie mógł więc sobie po prostu napisać ot tak,
pierwszej niedużej symfonii, tak na próbę, dla wprawy; musiał od razu stanąć na
palcach i sięgnąć wielkiego spiżowego pomnika samego Beethovena. Oczywiście również
fakt, że Brahms już jako młodzieniec był szalenie krytyczny wobec swojej
twórczości (i wiele utworów niezadowalających go po prostu na wszelki wypadek zniszczył)
także nie sprzyjał publicznym „próbom kompozycji”. Kiedy zatem świat otrzymał w
końcu I Symfonię c-moll op. 68 – było to już dzieło właśnie dojrzałe, przemyślane
i odpowiedzialne. Artystyczny testament Beethovena znalazł się co
prawda w tej Symfonii, ale nie w postaci banalnych cytatów, lecz jako inteligentne,
cudowne nawiązania, muzyczny hołd złożony wielkiemu poprzednikowi. Znajdziemy
tu zatem na przykład słynny beethovenowski „motyw losu” w pierwszej i trzeciej części,
znajdziemy kapitalne nawiązanie do chorałowej „Ody do radości” z IX Symfonii w części
ostatniej... Asocjacje te tak cieszyły współczesnych Brahmsowi, że szybko
zaczęto nazywać jego Pierwszą Symfonię „Dziesiątą Symfonią Beethovena”.
Intencje może i dobre, ale rezultat co najmniej mierny, jako że Brahms bardzo
się obruszał na tę terminologię. „Nikogo nie kopiuję!” – zżymał się – „nie
dokonałem plagiatów! Oczywiście, że każdy głupi zauważy nawiązanie do Beethovena”
– ale przecież jego Symfonia była odrębna, inna, oryginalna! Była hołdem
złożonym geniuszowi, ale jest też niezaprzeczalnym dziełem kolejnego genialnego
talentu.
Zawsze myślę sobie, że muzyka Brahmsa jest jak miękki, pyszny,
bogaty we wzory, faktury i głębię dywan perski. Jest w niej rewelacyjna głębia nasyconej
harmonii, jest zapierające dech w piersiach bogactwo zdarzeń, motywów, fraz,
splątanych ze sobą i jednocześnie tworzących piękną, spójną całość. Można się
pochylać nad detalami pojedynczych wzorów, ale można też odejść dalej i
podziwiać orgię barw mieniących się odcieniami. Jest taki moment w drugiej
części... jakże charakterystyczny dla Brahmsa – kiedy cudowną śpiewną melodię
podają sobie kolejno „do rąk” obój, klarnet, waltornia, flet; jak kryształową
kulę odbijającą coraz to nowe kolory, a przecież ciągle tę samą. Barwy
instrumentów przenikają się, stapiają ze sobą, czasami trudno jest uchwycić
moment, kiedy melodia przechodzi z jednej ręki do drugiej, płynie miękko i
gładko przez orkiestrę, mówi kolejnymi głosami, a jednak zawsze tym samym –
głosem genialnego kompozytora.
Słuchałam dziś tego arcydzieła w jakże prozaicznych
warunkach: w samochodzie, w drodze z pracy... Można by westchnąć: o tempora, o
mores! To omal profanacja przecież. Cóż, możemy się zżymać na technologię
odzierającą świat z urody, ale możemy także z tego skorzystać. Mogłam jechać w
ciszy, albo z przypadkowym radiem gadającym o stanie gospodarki rybnej. Mogłam
też świadomie zaprosić do samochodu Brahmsa, żeby mi opowiedział do ucha swoją
piękną historię. Więc wybrałam to ostatnie. I tak się jakoś stało, że z
pierwszymi dźwiękami Symfonii wjechałam wprost na obłędny po prostu zachód
słońca, z płonącą kulą ognia nad horyzontem, z niebem malowanym w błękitne,
pomarańczowe i różowe wstęgi (to kicz, wiem... ale tylko na piśmie! Natura była
zwyczajnie przepiękna), z jesienną mgłą rozsnutą jak puchata kołderka w każdym
zagłębieniu i dolince. I to były, proszę Państwa, także idealne warunki do
słuchania Brahmsa. Kto by pomyślał?
![]() |
| Fotografia nie z dzisiejszego wieczoru - ale kolory dokładnie te same! Fot. Alvise Valier |

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz