piątek, 18 października 2013

Święto waltornistów?



Tak, wiem, tytuł wpisu jest dosyć przewrotny, bo jeśli już mówimy o świętowaniu – to będzie to na pewno Jubileusz Krzysztofa Pendereckiego, który w tym roku obchodzi 80 urodziny. Z tej okazji odbyło się już wiele koncertów i wydarzeń artystycznych na całym świecie, rodzimy Kraków nie pozostaje także w tyle. I to, możemy powiedzieć, dosyć blisko samej daty jubileuszowej, jako że Profesor urodził się 23 listopada. Wszystkiego najlepszego, Profesorze! 

Dlaczego wspominam zatem o waltornistach? Ponieważ koncert dedykowany Krzysztofowi Pendereckiemu krakowska Filharmonia zdecydowała się uświetnić blaskiem tego przepięknego instrumentu. W programie znajdzie się jeden z najnowszych utworów Profesora: Koncert na róg i orkiestrę (róg, czyli waltornia – to ten sam instrument nazywany dwojako, dla wytworności). W drugiej części zaś usłyszymy najsłynniejsze arcydzieło Antonina Dvořaka, czyli Symfonię nr 9 Z Nowego Świata i... no, myślę, że waltorniści orkiestrowi już zacierają ręce z radości: nareszcie, hura! Będzie co pograć, popisać się, zabłysnąć. Proszę na nich tam zwrócić uwagę, będą mieli w końcu swoje przysłowiowe pięć minut, warto to zauważyć i docenić!
Wieczór rozpoczniemy jednak bardzo tradycyjnie: uwerturą. Tym razem będzie to Leonora III op. 72b Ludwiga van Beethovena z 1806 roku. Co się kryje za tymi pogmatwanymi nazwami? I dlaczego Leonora III (czyżby chodziło o dynastię?) Otóż, po pierwsze – uwertura to wstęp. Zazwyczaj wstęp do opery, czyli muzyczne wprowadzenie w nastrój spektaklu, w tematy, motywy, koloryt. Zazwyczaj kompozytorzy oper pisywali te wstępy właśnie z przeznaczeniem do wykonania przed podniesieniem kurtyny, pisywali jednak przeważnie JEDNĄ uwerturę to jednej opery... Ale nie Beethoven, ba! On nie trzymał się zasad, a że był do tego perfekcjonistą, więc do swojej – jedynej zresztą – opery Fidelio napisał... trzy uwertury. Szaleć to szaleć. Na pierwszą z nich skrzywił arystokratyczny nos książę Lichnowski, patron (i sponsor) Beethovena. Przepadła. Druga okazała się zbyt nowoczesna i skomplikowana jak na gusta i świadomość ówczesnych słuchaczy i dopiero trzecia wersja (Leonora III) zyskała należyte uznanie i okazała się scenicznym i koncertowym sukcesem. 

Po Uwerturze pora na gwóźdź programu: najnowszy Koncert waltorniowy Krzysztofa Pendereckiego. I znowu, podobnie jak niedawno temu pisząc o Lutosławskim, powtórzę tutaj: proszę się nie obawiać! Krzysztof Penderecki jest, owszem, naszym najsłynniejszym kompozytorem WSPÓŁCZESNYM, ale współczesny język muzyczny – a szczególnie język Profesora – jest już dalece bardziej zrozumiały dla szerokich rzesz melomanów niż wściekła awangarda lat powojennych. Koncert ten powstał w 2008 roku i nosi jakże miły o tej porze roku podtytuł „Winterreise”, czyli „Podróż zimowa”. Znawcy i erudyci natychmiast wybiegną bystrą myślą w skojarzenie ze słynnym cyklem pieśni Franciszka Schuberta o tym samym tytule ale uwaga! – hamujemy. Tym razem nie chodzi o asocjacje z Schubertem i jego zawiedzioną miłością. Nie jeden Schubert podróżował w zimie! Podobno, podobno chodziło to bardziej o podróże Pendereckiego w 2007 roku do Chin i Ameryki Południowej. Są też inne teorie – że zimowa wyprawa odnosi się do wspomnień z dzieciństwa, kiedy to kompozytor chodził do lasu na polowania z wujkiem... Jakakolwiek by jednak nie była geneza tytułu, faktem jest, że mamy tu do czynienia z kolejnym kapitalnym, wirtuozowskim, rozmigotanym barwami utworem Mistrza. To pierwszy w jego karierze koncert na instrument dęty blaszany, do tej pory serce kompozytora oddane było instrumentom smyczkowym. Wydaje się jednak, że warto było czekać tyle lat na tak piękny popis waltorni. Róg jest w ogóle instrumentem tyleż prześlicznym co wyjątkowo niewdzięcznym. Uznawany jest za jeden z najtrudniejszych instrumentów, między innymi ze względu na dysproporcję wielkości ustnika (podobny w rozmiarze do tego od trąbki) do długości instrumentu (po „rozwinięciu” waltornia miałaby ok. 6 metrów!), na konieczność doskonałego słuchu do strojenia dźwięków, na fakt wydobywania dźwięków głównie za pomocą mikro-zmian w układzie warg. To jest także przekleństwo sceniczne waltorni: podczas gdy patrząc na wirtuoza skrzypka czy pianistę możemy wsłuchiwać się w kaskady dźwięków a jednocześnie podziwiać z zachwytem pioruny palców śmigające po instrumencie, w przypadku waltornisty... nie mamy nic. Stoi przed nami na scenie człowiek, trzyma spokojnie instrument, wygląda czasem jakby wręcz nie grał; i tylko z czary instrumentu wypływają – równie fascynujące co u pianisty, lecz zupełnie tu nie „zwizualizowane” – kaskady dźwięków. A dźwięk waltornia ma po prostu cudowny: ciepły, miękki, a jednocześnie pełen blasku; potrafi być majestatyczna w grupie, kapryśna w staccatach, szepcząca ciepło do ucha w piano. Mistrz Penderecki znakomicie zna waltornię i napisał dla niej utwór, w którym ta Królowa Orkiestr w końcu ma szansę pokazać się w pełnej krasie. Koncert jest szalenie wirtuozowski (ale tego Państwo nie zobaczą! Cóż – trzeba słuchać...), niezwykle bogaty barwowo, jednoczęściowy i budujący napięcie ku efektownemu końcowi. Trwa około 20 minut. Tak w sam raz na pokazanie kapitalnej palety barw i możliwości instrumentu i nie popadnięcie w przesyt.
W koncercie premierowym tego utworu solistą był Radovan Vlatković, jeden z najsłynniejszych żyjących waltornistów. W sobotni wieczór usłyszymy naszego rodaka, Jacka Muzyka, od lat mieszkającego w Stanach Zjednoczonych, koncertującego także na całym świecie. Muzyk jest, nomen omen, rewelacyjnym muzykiem i dawno już wkroczył na salony elity waltorniowej świata. Posłuchajmy go w tym popisowym utworze. Na pewno powie nam coś pięknego.


Jacek Muzyk. Fot.: Anna Dzięgiel


Zamykającej ten wieczor Symfonii Z Nowego Świata wręcz nie wypada przedstawiać. To prawdopodobnie jeden z ulubionych utworów inżyniera Mamonia: chyba każdy go zna! Symfonia wypełniona jest po prostu cudownymi, słynnymi tematami, melodiami, motywami. Powstała w 1893 roku, gdy Dvořak stał na czele National Conservatory od Music w Nowym Yorku. Powszechnie wychwala się jej „amerykańskość”, chociaż trudno tak naprawde uchwycić fenomen tego połączenia dwóch światów: muzycznej Ameryki i muzycznej Europy (a ściślej Czech, ojczyzny Dvořaka). Faktem jest jednak, że IX Symfonia jest niesłychanie plastyczna, „widać” w niej po prostu rozmach przestrzeni kontynentu amerykańskiego (każdy kto kiedykolwiek był na słynnej amerykańskiej prerii zna to uczucie przytłoczenia ogromem horyzontu, a jednocześnie niesłychanego poczucia wolności, aż do zaparcia tchu), słychać korzenie afroamerykańskie, indiańskie i plemienne... Ale słychać i słowiańską duszę kompozytora; co jakiś czas pojawiają się jakby echa ludowych tańców, przyśpiewek, dumek. Moim zdaniem „amerykańskość” Symfonii Dvořaka ma dla nas – współczesnych – także i podwójne źródło. Proszę sobie otóż przypomnieć większość najlepszych hollywoodzkich ścieżek dźwiękowych, czyli po prostu muzykę fimową w najlepszym gatunku. Ta orkiestracja! Te motywy, genialne tematy, to opanowanie orkiestry! Przecież to najlepsza spuścizna Dvořaka, który tym samym biorąc inspiracje z Ameryki, zostawił jej po sobie również rewelacyjny warsztat gotowy wprost do wykorzystania w produkcjach filmowych. To, że w Symfonii Z Nowego Świata słyszymy muzykę filmową – to znaczy po prostu, że historia zatoczyła koło, a film zaczerpnął z Symfonii pełnymi garściami. I dobrze! Jak czerpać to od najlepszych, jak uczyć się to od mistrzów. 

A o popularności „Dziewiątki” niech świadczy także fakt, że jej nagranie wziął ze sobą na księżyc Neil Armstrong podczas słynnego lotu Apollo 11 w 1969 roku. I czy można mu się dziwić?...

Na koniec polecam Państwu jeszcze ciekawostkę: podaję poniżej link do nagrania piosenki „Goin' Home”. To prześliczna pieśń wykorzystująca słynny temat rożka angielskiego z drugiej części IX Symfonii, do którego słowa dopisał uczeń Dvořaka, William Arms Fisher. Nostalgiczna opowieść o powrocie do domu, do bliskich, przyjaciół, o tęsknocie za ojczyzną. Zupełnie tak jak czuł się Dvořak w Ameryce... 
 






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz