Tak, wiem, tytuł wpisu jest dosyć przewrotny, bo jeśli już
mówimy o świętowaniu – to będzie to na pewno Jubileusz Krzysztofa
Pendereckiego, który w tym roku obchodzi 80 urodziny. Z tej okazji odbyło się
już wiele koncertów i wydarzeń artystycznych na całym świecie, rodzimy Kraków
nie pozostaje także w tyle. I to, możemy powiedzieć, dosyć blisko samej daty jubileuszowej,
jako że Profesor urodził się 23 listopada. Wszystkiego najlepszego, Profesorze!
Dlaczego wspominam zatem o waltornistach? Ponieważ koncert
dedykowany Krzysztofowi Pendereckiemu krakowska Filharmonia zdecydowała się
uświetnić blaskiem tego przepięknego instrumentu. W programie znajdzie się
jeden z najnowszych utworów Profesora: Koncert
na róg i orkiestrę (róg, czyli waltornia – to ten sam instrument nazywany
dwojako, dla wytworności). W drugiej części zaś usłyszymy najsłynniejsze arcydzieło
Antonina Dvořaka, czyli Symfonię nr 9 Z
Nowego Świata i... no, myślę, że waltorniści orkiestrowi już zacierają ręce
z radości: nareszcie, hura! Będzie co pograć, popisać się, zabłysnąć. Proszę na
nich tam zwrócić uwagę, będą mieli w końcu swoje przysłowiowe pięć minut, warto
to zauważyć i docenić!
Wieczór rozpoczniemy jednak bardzo tradycyjnie: uwerturą. Tym
razem będzie to Leonora III op. 72b Ludwiga
van Beethovena z 1806 roku. Co się kryje za tymi pogmatwanymi nazwami? I
dlaczego Leonora III (czyżby chodziło o dynastię?) Otóż, po pierwsze – uwertura
to wstęp. Zazwyczaj wstęp do opery, czyli muzyczne wprowadzenie w nastrój spektaklu,
w tematy, motywy, koloryt. Zazwyczaj kompozytorzy oper pisywali te wstępy
właśnie z przeznaczeniem do wykonania przed podniesieniem kurtyny, pisywali
jednak przeważnie JEDNĄ uwerturę to jednej opery... Ale nie Beethoven, ba! On
nie trzymał się zasad, a że był do tego perfekcjonistą, więc do swojej – jedynej
zresztą – opery Fidelio napisał...
trzy uwertury. Szaleć to szaleć. Na pierwszą z nich skrzywił arystokratyczny
nos książę Lichnowski, patron (i sponsor) Beethovena. Przepadła. Druga okazała
się zbyt nowoczesna i skomplikowana jak na gusta i świadomość ówczesnych
słuchaczy i dopiero trzecia wersja (Leonora
III) zyskała należyte uznanie i okazała się scenicznym i koncertowym sukcesem.
Po Uwerturze pora na gwóźdź programu: najnowszy Koncert waltorniowy Krzysztofa
Pendereckiego. I znowu, podobnie jak niedawno temu pisząc o Lutosławskim,
powtórzę tutaj: proszę się nie obawiać! Krzysztof Penderecki jest, owszem,
naszym najsłynniejszym kompozytorem WSPÓŁCZESNYM, ale współczesny język
muzyczny – a szczególnie język Profesora – jest już dalece bardziej zrozumiały
dla szerokich rzesz melomanów niż wściekła awangarda lat powojennych. Koncert ten
powstał w 2008 roku i nosi jakże miły o tej porze roku podtytuł „Winterreise”,
czyli „Podróż zimowa”. Znawcy i erudyci natychmiast wybiegną bystrą myślą w
skojarzenie ze słynnym cyklem pieśni Franciszka Schuberta o tym samym tytule
ale uwaga! – hamujemy. Tym razem nie chodzi o asocjacje z Schubertem i jego
zawiedzioną miłością. Nie jeden Schubert podróżował w zimie! Podobno, podobno
chodziło to bardziej o podróże Pendereckiego w 2007 roku do Chin i Ameryki
Południowej. Są też inne teorie – że zimowa wyprawa odnosi się do wspomnień z
dzieciństwa, kiedy to kompozytor chodził do lasu na polowania z wujkiem... Jakakolwiek
by jednak nie była geneza tytułu, faktem jest, że mamy tu do czynienia z
kolejnym kapitalnym, wirtuozowskim, rozmigotanym barwami utworem Mistrza. To
pierwszy w jego karierze koncert na instrument dęty blaszany, do tej pory serce
kompozytora oddane było instrumentom smyczkowym. Wydaje się jednak, że warto
było czekać tyle lat na tak piękny popis waltorni. Róg jest w ogóle instrumentem
tyleż prześlicznym co wyjątkowo niewdzięcznym. Uznawany jest za jeden z
najtrudniejszych instrumentów, między innymi ze względu na dysproporcję
wielkości ustnika (podobny w rozmiarze do tego od trąbki) do długości
instrumentu (po „rozwinięciu” waltornia miałaby ok. 6 metrów!), na konieczność
doskonałego słuchu do strojenia dźwięków, na fakt wydobywania dźwięków głównie
za pomocą mikro-zmian w układzie warg. To jest także przekleństwo sceniczne
waltorni: podczas gdy patrząc na wirtuoza skrzypka czy pianistę możemy wsłuchiwać
się w kaskady dźwięków a jednocześnie podziwiać z zachwytem pioruny palców
śmigające po instrumencie, w przypadku waltornisty... nie mamy nic. Stoi przed
nami na scenie człowiek, trzyma spokojnie instrument, wygląda czasem jakby
wręcz nie grał; i tylko z czary instrumentu wypływają – równie fascynujące co u
pianisty, lecz zupełnie tu nie „zwizualizowane” – kaskady dźwięków. A dźwięk
waltornia ma po prostu cudowny: ciepły, miękki, a jednocześnie pełen blasku;
potrafi być majestatyczna w grupie, kapryśna w staccatach, szepcząca ciepło do
ucha w piano. Mistrz Penderecki znakomicie zna waltornię i napisał dla niej
utwór, w którym ta Królowa Orkiestr w końcu ma szansę pokazać się w pełnej
krasie. Koncert jest szalenie wirtuozowski (ale tego Państwo nie zobaczą! Cóż –
trzeba słuchać...), niezwykle bogaty barwowo, jednoczęściowy i budujący
napięcie ku efektownemu końcowi. Trwa około 20 minut. Tak w sam raz na
pokazanie kapitalnej palety barw i możliwości instrumentu i nie popadnięcie w
przesyt.
W koncercie premierowym tego utworu solistą był Radovan
Vlatković, jeden z najsłynniejszych żyjących waltornistów. W sobotni wieczór usłyszymy
naszego rodaka, Jacka Muzyka, od lat mieszkającego w Stanach Zjednoczonych,
koncertującego także na całym świecie. Muzyk jest, nomen omen, rewelacyjnym
muzykiem i dawno już wkroczył na salony elity waltorniowej świata. Posłuchajmy go
w tym popisowym utworze. Na pewno powie nam coś pięknego.
| Jacek Muzyk. Fot.: Anna Dzięgiel |
Zamykającej ten wieczor Symfonii Z Nowego Świata wręcz nie
wypada przedstawiać. To prawdopodobnie jeden z ulubionych utworów inżyniera Mamonia: chyba
każdy go zna! Symfonia wypełniona jest po prostu cudownymi, słynnymi tematami,
melodiami, motywami. Powstała w 1893 roku, gdy Dvořak stał na czele National
Conservatory od Music w Nowym Yorku. Powszechnie wychwala się jej „amerykańskość”,
chociaż trudno tak naprawde uchwycić fenomen tego połączenia dwóch światów:
muzycznej Ameryki i muzycznej Europy (a ściślej Czech, ojczyzny Dvořaka). Faktem
jest jednak, że IX Symfonia jest niesłychanie plastyczna, „widać” w niej po
prostu rozmach przestrzeni kontynentu amerykańskiego (każdy kto kiedykolwiek
był na słynnej amerykańskiej prerii zna to uczucie przytłoczenia ogromem horyzontu,
a jednocześnie niesłychanego poczucia wolności, aż do zaparcia tchu), słychać korzenie
afroamerykańskie, indiańskie i plemienne... Ale słychać i słowiańską duszę
kompozytora; co jakiś czas pojawiają się jakby echa ludowych tańców,
przyśpiewek, dumek. Moim zdaniem „amerykańskość” Symfonii Dvořaka ma dla nas –
współczesnych – także i podwójne źródło. Proszę sobie otóż przypomnieć
większość najlepszych hollywoodzkich ścieżek dźwiękowych, czyli po prostu
muzykę fimową w najlepszym gatunku. Ta orkiestracja! Te motywy, genialne tematy,
to opanowanie orkiestry! Przecież to najlepsza spuścizna Dvořaka, który tym
samym biorąc inspiracje z Ameryki, zostawił jej po sobie również rewelacyjny
warsztat gotowy wprost do wykorzystania w produkcjach filmowych. To, że w
Symfonii Z Nowego Świata słyszymy muzykę filmową – to znaczy po prostu, że historia
zatoczyła koło, a film zaczerpnął z Symfonii pełnymi garściami. I dobrze! Jak czerpać
to od najlepszych, jak uczyć się to od mistrzów.
A o popularności „Dziewiątki” niech świadczy także fakt, że jej
nagranie wziął ze sobą na księżyc Neil Armstrong podczas słynnego lotu Apollo
11 w 1969 roku. I czy można mu się dziwić?...
Na koniec polecam Państwu jeszcze ciekawostkę: podaję
poniżej link do nagrania piosenki „Goin' Home”. To prześliczna pieśń
wykorzystująca słynny temat rożka angielskiego z drugiej części IX Symfonii, do
którego słowa dopisał uczeń Dvořaka, William Arms Fisher. Nostalgiczna opowieść
o powrocie do domu, do bliskich, przyjaciół, o tęsknocie za ojczyzną. Zupełnie
tak jak czuł się Dvořak w Ameryce...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz