czwartek, 7 marca 2013

Marzec to Mozart i Mendelssohn



Pisałam niedawno o dwóch Panach B. – dzisiaj napiszę o dwóch Panach M. W tym tygodniu Filharmonia serwuje nam tryptyk „okołoklasyczny”: Mozart – Mendelssohn – Mozart. Żeby wytwornie powitać pojawiającą się już pomalutku wiosnę, żeby jej nie społoszyć zbyt ciężkimi fanfarami. Ot, delikatne koronkowe utwory, z wiosennej kolekcji tych trochę mniej znanych, a przez to przyjemnie świeżych dla ucha. Wiosenne nowalijki. 

Wszystkie bowiem pozycje w programie zaliczają się do mniej popularnych – z różnych powodów – dzieł Mozarta i Mendelssohna. W przypadku Mozarta wydaje się, że problem tkwi w ilości muzyki, jaką pozostawił po sobie ten istny karabin maszynowy kompozycji. Często przytacza się czyjeś obliczenia, że kopista, który chciałby przepisać wszystkie jego utwory, musiałby żyć dłużej niż sam Mozart! (a wliczamy w to przecież także pierwsze dwa lata, kiedy dzieciak Wolfi raczej nie był w stanie unieść ołówka w łapce...) Pisał błyskawicznie, niedbale pod względem kaligraficznym ale – jakże to się dobrze składa – od razu świetnie, nie musiał niczego poprawiać. Po prostu najszybciej jak się da przerzucał muzykę z głowy na papier, żeby iść dalej, myśleć o kolejnych utworach, komponować następne. Stąd olbrzymia ilość arcydzieł, stąd też trudny wybór w układaniu programów, sprowadzający się zazwyczaj do prezentacji tych najbardziej znanych, najcudowniejszych, których ciągle nam mało i chcemy je słyszeć po raz kolejny.
Ale w tym tygodniu usłyszymy dwie kompozycje z tych „przykurzonych”, wiosna to dobry czas na porządkowe wietrzenie lekko zapomnianego repertuaru.

Divertimento KV 136 to przykład takiej mozartowskiej ślicznej, prawie kameralnej drobnostki. Przeznaczone na orkiestrę smyczkową, nie upiera się jednak przy orkiestrowych honorach i równie wdzięcznie prezentuje sie w mini-spódniczce kwartetu smyczkowego, delikatniejsze wtedy w dźwięku i intymniejsze w wyrazie. Ułożone w wytworny tryptyk części wedle starych, dobrych wzorów włoskiej sinfonii (czyli po prostu części: szybka-wolna-szybka), wita nas klasycznym allegrem sonatowym, kołysze następnie uroczym Andante i wybiega ze sceny błyskotliwym Presto. Taki muzyczny podlotek. 

Serenada KV 204 zamykająca koncert jest nieco większa w rozmiarze, składa się na nią kalejdoskop siedmiu części. Powstała w sierpniu 1775 roku, badacze podejrzewają zatem, że przenaczona była na ceremonię zakończenia roku na Uniwersytecie w Salzburgu. W owym czasie, co ciekawe, symfonie uważane były za drugorzędną atrakcję wieczoru teatralnego lub koncertu, natomiast serenady – ho ho! – to one miały status głównej atrakcji wieczoru. Pisane najczęściej „z okazji”, na zamówienie, ku czci i dla uhonorowania. Gwoździe programu. Mozart często przy tym pisał dyplomatycznie i myślał perspektywicznie: dlaczego pisać jedynie Serenadę per se, jeśli można ją napisać tak aby potem cztery z jej części wykorzystać (i sprzedać) zgrabnie jako symfonię? Tak też zrobił z tą Serenadą i jej czterema częściami: pierwszą, piątą, szóstą i siódmą. Czysty zysk! – chociaż drobny, dodajmy. Mówimy bowiem o czasach, kiedy nie znano tantiem, a kompozytor zarabiał głównie pisząc na zamówienie (czyli sprzedając jednorazowo utwór). Nawet jeśli następnie autor osiągał fantastyczną popularność („Wesele Figara”, „Don Juan”, Czarodziejski flet” to były przecież kolosalne sukcesy!) – to jeśli nie pisał, dużo, szybko i dla hojnych mecenasów – biedował. Tak też było z Mozartem. Nie miał pieniędzy, zwłaszcza pod koniec życia, wszyscy wiemy jak bardzo ich nie miał, do bólu, do choroby i do wspólnego grobu dla biedaków. Nic dziwnego, że pisał ile tylko mógł, dla wszystkich i na wszystkie okazje. Stąd między innymi teraz nasze bogactwo utworów Wolfganga Amadeusza. I to akurat na całe szczęście...

Koncert d-moll Feliksa Mendelssohna także należy do grupy tych “nieobnoszonych”. Wszyscy, absolutnie wszyscy znają jego drugi, cudownie romantyczny koncert skrzypcowy e-moll. Zdecydowanie rzadziej grywany jest „ten drugi”, de facto pierwszy młodzieńczy koncert, napisany przez trzynastoletniego wówczas chłopca. Trzeba tu bowiem przypomnieć, że słuchamy w tym tygodniu utworów dwóch „cudownych dzieci”: zarówno Mozart (co każdy wie) jak i Mendelssohn (już może mniej) zaczęli karierę muzyczną bardzo wcześnie, jako małe berbecie właściwie. Mozart co prawda wygrywa ze wszystkimi z wynikiem 4 lat jako wiek debiutu kompozytorskiego, ale Felix depcze mu po piętach rozpoczynając publiczne życie muzyka około 9 roku życia. Pomiędzy 12 a 14 rokiem życia (lata 1821-1823) napisał dwanaście symfonii na orkiestrę smyczkową i o ile nie są one zbyt często grywane, to jednak – są. W tym samym czasie powstał koncert skrzypcowy, skomponowany dla przyjaciela (i nauczyciela) Eduarda Rietza. Zapomniany przez lata, został odnaleziony na wiosnę (aha! I znowu wiosna...) 1951 roku przez Yehudi Menuhina i przywrócony światu na koncercie w Carnegie Hall w lutym 1952. Nie patrzmy na niego przez pryzmat wieku autora, pryszczatego prawdopodobnie nastolatka. Posłuchajmy utworu kompozytora, który ponad dwadzieścia lat później podjął zaczęty temat koncertu skrzypcowego i „dopowiedział go” słynnym, przepięknym koncertem e-moll. Ten pierwszy bardzo wyraźnie go zapowiada.


Na jutrzejszy, piątkowy koncert, proszę także nie zapomnieć goździka w butonierce i tulipanów w ręku. Koniecznie. 8 marca, Dzień Kobiet! Święto niestety zdewaluowane w smutnych czasach komunizmu, ja osobiście z przyjemnością propaguję i obchodzę. Święto kobiet wspaniale pasuje mi do początku wiosny, kiedy pojawiają się pierwsze kwiaty i wychodzi słońce. Wróćmy do hasła „kwiatek dla Ewy” i dajmy naszym Paniom chocby po tulipanie. Na Kleparzu są po złotówce! Tak niewiele, a już jest kawałek słońca w wazoniku.

Pięknych kwiatów wszystkim Paniom życzę!


fot. Ryszard Marczak


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz