czwartek, 14 marca 2013

Lubimy to co znamy, czyli jak Filharmonia dba o nasze samopoczucie.



Doprawdy, powinniśmy sie czuć wyjątkowo wyróżnieni i dopieszczeni przez naszą krakowską Filharmonię. Jak często bowiem melomani mają okazję do tak wdzięcznego studium porównawczego jak dwa koncerty skrzypcowe Feliksa Mendelssohna wysłuchane jeden po drugim? Nie wiem czy układ repertuaru był przypadkowy, czy celowy (wolę oczywiście myśleć, że starannie przemyślany pod kątem naszych oczekiwań) – ale jakiekolwiek by nie były tego źródła, korzystajmy! 

Pisałam w zeszłym tygodniu o pierwszym, lekko przykurzonym, wczesnym i kameralnym koncercie skrzypcowym d-moll, wspominając że nie umywa się on popularnością do drugiego, królewskiego i słynnego koncertu e-moll. W tym tygodniu będziemy mogli na własne uszy usłyszeć dlaczego. Ale zanim zaczniemy nasze wnikliwe badania komparytystyczne, powita nas również Mendelssohn: uwerturą Ruy Blas. Ha. Co kryje się pod tym tajemniczym kryptonimem? Otóż, kryje się tytuł sztuki Victora Hugo, do której kompozytor miał napisać muzyczny wstęp. Jako ciekawostkę należy tu wspomnieć, że zamówienie wyszło na początku roku 1839 od Teatralnego Funduszu Emerytalnego w Lipsku, na dobroczynne przedstawienie sztuki. Mendelssohn nie miał na to najmniejszej ochoty, między innymi dlatego, że uważał samą sztukę za „okropną” (sam tytułowy Ruy Blas to poeta, który ośmiela się kochać królową... i tak dalej. Jednak cała sztuka jest przede wszystkim ledwo zawoalowanym wielkim wołaniem o reformy polityczne – może to znudziło kompozytora?). W każdym razie, ociągając się, napisał jedną pieśń do sztuki i... na tym poprzestał, prawdopodobnie licząc na wykpienie się tym drobiazgiem z zobowiązania. Sprytni emeryci nie dali jednak za wygraną i wystosowali piękny list dziękczynny, w którym wyrażali wdzięczność za pieśń i ubolewali, że kompozytor nie zdążył napisać obiecanej uwertury. Może w przyszłym roku, zastanawiali się, jeśli złożą zamówienie z dużo większym wyprzedzeniem, poradzi sobie z tym zadaniem?...
Ambicja jest jednak piękną i ludzką rzeczą, zwłaszcza urażona ambicja twórcy! W ciągu trzech dni Fundusz Emerytów dostał zgrabną uwerturę, pięknie oddającą emocje i nastroje sztuki Victora Hugo.
Mniej więcej w tym samym czasie (w 1838 r.) Mendelssohn rozpoczął pracę na drugim koncertem skrzypcowym. Ukończył go dopiero po sześciu latach (proszę tym bardziej zwrocić uwagę na trzydniowy zryw twórczości po zgrabnym zagraniu seniorów z Lipska) a premierowy koncert odbył się w roku 1845. Utwór napisany był dla przyjaciela, skrzypka Ferdinanda Davida, koncertmistrza lipskiej Gewandhaus Orchestra. Przepięknie romantyczny, o tradycyjnej trzyczęściowej budowie, stanowi dzisiaj trzon repertuaru skrzypcowego każdego koncertującego solisty. Trzy części (szybka-wolna-szybka) splecione są ze sobą attaca – czyli następują jedna po drugiej, bez przerwy, przechodzą płynnie jedna w drugą. Jak znam życie to zasłuchamy się w słodkie melodie i ani się spostrzeżemy, że to już koniec, bez przerw na wykaszlenie i poprawianie w krzesłach. Ta muzyka wciąga jak mało która słodkimi, cudownymi frazami skrzypiec, romantyczną harmonią i kolorową orkiestrą w tle.

Zakończymy koncert – znowu! – najklasyczniejszą klasyką. Doprawdy, brakuje czasem zgrabnych a nieobnoszonych zdań na temat pewnych utworów; Siódma Symfonia A-dur Beethovena na pewno do takich należy. Znamy ją wszyscy, kropka. A nawet jeśli nam się wydaje, że nie znamy – to znamy i tak, tylko może nieświadomie. To jeden z tych właśnie utworów. Oprócz tego, że często (i słusznie!) gości na salach koncertowych, to gości także poza nimi, chociażby w filmach. Przypomnę tu więc jedno z ostatnich „wystąpień” beethovenowskiej „Siódemki” na wielkim ekranie. Pamiętacie Państwo niedawny przepiękny film „Zostać królem”? (w oryginale angielskim: „The King’s Speech”) Film jest znakomity, słusznie obsypany Oscarami, a centralną w nim sceną jest tytułowe publiczne przemowienie króla, tryumfalnie pokonującego słabość wady wymowy. Colin Firth był w tej roli po prostu genialny, ale moim zdaniem całą scenę „ustawiła” muzyka: druga część VII Symfonii Beethovena. Rozwijająca się z pojedynczego tematu, z nałożonym spokojnym kontrapunktem, narastająca do kulminacji wzruszenia. Nie zawsze standardy klasyki sprawdzają się jako „tło muzyczne” w filmach; jednak jeśli są inteligetnie wciągnięte w budowanie obrazu, ujawniają swoją gigantyczną siłę emocji. Moim zdaniem w tym przypadku Beethoven obok króla Anglii tak właśnie się sprawdził. Mnie w każdym razie chwycił za gardło i rozsypał na kawałki, nic na to nie poradzę. Pewnie jestem sentymentalna? – pewnie tak, ale myślę, że nic w tym złego. A „Siódmą” Beethovena uwielbiam, i już.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz