Doprawdy,
powinniśmy sie czuć wyjątkowo wyróżnieni i dopieszczeni przez naszą krakowską
Filharmonię. Jak często bowiem melomani mają okazję do tak wdzięcznego studium
porównawczego jak dwa koncerty skrzypcowe Feliksa Mendelssohna wysłuchane jeden
po drugim? Nie wiem czy układ repertuaru był przypadkowy, czy celowy (wolę oczywiście
myśleć, że starannie przemyślany pod kątem naszych oczekiwań) – ale jakiekolwiek
by nie były tego źródła, korzystajmy!
Pisałam w
zeszłym tygodniu o pierwszym, lekko przykurzonym, wczesnym i kameralnym
koncercie skrzypcowym d-moll, wspominając że nie umywa się on popularnością do
drugiego, królewskiego i słynnego koncertu e-moll. W tym tygodniu będziemy
mogli na własne uszy usłyszeć dlaczego. Ale zanim zaczniemy nasze wnikliwe badania
komparytystyczne, powita nas również Mendelssohn: uwerturą Ruy Blas. Ha. Co kryje się pod tym tajemniczym kryptonimem? Otóż, kryje
się tytuł sztuki Victora Hugo, do której kompozytor miał napisać muzyczny
wstęp. Jako ciekawostkę należy tu wspomnieć, że zamówienie wyszło na początku
roku 1839 od Teatralnego Funduszu Emerytalnego w Lipsku, na dobroczynne
przedstawienie sztuki. Mendelssohn nie miał na to najmniejszej ochoty, między
innymi dlatego, że uważał samą sztukę za „okropną” (sam tytułowy Ruy Blas to
poeta, który ośmiela się kochać królową... i tak dalej. Jednak cała sztuka jest
przede wszystkim ledwo zawoalowanym wielkim wołaniem o reformy polityczne –
może to znudziło kompozytora?). W każdym razie, ociągając się, napisał jedną pieśń
do sztuki i... na tym poprzestał, prawdopodobnie licząc na wykpienie się tym
drobiazgiem z zobowiązania. Sprytni emeryci nie dali jednak za wygraną i
wystosowali piękny list dziękczynny, w którym wyrażali wdzięczność za pieśń i
ubolewali, że kompozytor nie zdążył napisać obiecanej uwertury. Może w
przyszłym roku, zastanawiali się, jeśli złożą zamówienie z dużo większym
wyprzedzeniem, poradzi sobie z tym zadaniem?...
Ambicja jest
jednak piękną i ludzką rzeczą, zwłaszcza urażona ambicja twórcy! W ciągu trzech
dni Fundusz Emerytów dostał zgrabną uwerturę, pięknie oddającą emocje i
nastroje sztuki Victora Hugo.
Mniej więcej
w tym samym czasie (w 1838 r.) Mendelssohn rozpoczął pracę na drugim koncertem
skrzypcowym. Ukończył go dopiero po sześciu latach (proszę tym bardziej zwrocić
uwagę na trzydniowy zryw twórczości po zgrabnym zagraniu seniorów z Lipska) a
premierowy koncert odbył się w roku 1845. Utwór napisany był dla przyjaciela,
skrzypka Ferdinanda Davida, koncertmistrza lipskiej Gewandhaus Orchestra.
Przepięknie romantyczny, o tradycyjnej trzyczęściowej budowie, stanowi dzisiaj
trzon repertuaru skrzypcowego każdego koncertującego solisty. Trzy części (szybka-wolna-szybka)
splecione są ze sobą attaca – czyli następują
jedna po drugiej, bez przerwy, przechodzą płynnie jedna w drugą. Jak znam życie
to zasłuchamy się w słodkie melodie i ani się spostrzeżemy, że to już koniec,
bez przerw na wykaszlenie i poprawianie w krzesłach. Ta muzyka wciąga jak mało
która słodkimi, cudownymi frazami skrzypiec, romantyczną harmonią i kolorową
orkiestrą w tle.
Zakończymy
koncert – znowu! – najklasyczniejszą klasyką. Doprawdy, brakuje czasem
zgrabnych a nieobnoszonych zdań na temat pewnych utworów; Siódma Symfonia
A-dur Beethovena na pewno do takich należy. Znamy ją wszyscy, kropka. A nawet jeśli
nam się wydaje, że nie znamy – to znamy i tak, tylko może nieświadomie. To
jeden z tych właśnie utworów. Oprócz tego, że często (i słusznie!) gości na
salach koncertowych, to gości także poza nimi, chociażby w filmach. Przypomnę
tu więc jedno z ostatnich „wystąpień” beethovenowskiej „Siódemki” na wielkim
ekranie. Pamiętacie Państwo niedawny przepiękny film „Zostać królem”? (w
oryginale angielskim: „The King’s Speech”) Film jest znakomity, słusznie
obsypany Oscarami, a centralną w nim sceną jest tytułowe publiczne przemowienie
króla, tryumfalnie pokonującego słabość wady wymowy. Colin Firth był w tej roli
po prostu genialny, ale moim zdaniem całą scenę „ustawiła” muzyka: druga część
VII Symfonii Beethovena. Rozwijająca się z pojedynczego tematu, z nałożonym spokojnym
kontrapunktem, narastająca do kulminacji wzruszenia. Nie zawsze standardy
klasyki sprawdzają się jako „tło muzyczne” w filmach; jednak jeśli są inteligetnie
wciągnięte w budowanie obrazu, ujawniają swoją gigantyczną siłę emocji. Moim
zdaniem w tym przypadku Beethoven obok króla Anglii tak właśnie się sprawdził.
Mnie w każdym razie chwycił za gardło i rozsypał na kawałki, nic na to nie
poradzę. Pewnie jestem sentymentalna? – pewnie tak, ale myślę, że nic w tym
złego. A „Siódmą” Beethovena uwielbiam, i już.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz