Cisza to też muzyka,
w pewnym sensie. To znaczy, oczywiście cisza w potocznym tego słowa znaczeniu,
bo nie myślę teraz o ciszy bezwzględnej, jaka bywa w tzw. komorach bezechowych,
budowanych dla doświadczeń akustycznych. Mnie interesuje bardziej cisza jako
antyteza świadomego zagospodarowania przestrzeni akustycznej, jako brak hałasu.
Nieustannie zdumiewa mnie potrzeba ludzi do wypełniania uszu szumem, dźwiękami,
tzw. tłem muzycznym. Jakbyśmy chcieli zagłuszyć myśli, zająć umysł na poziomie
podstawowym, żeby nam nie dawał w kość potrzebą właściwej mu pracy: myśleniem.
Telewizja w tle. Radio w tle. Odtwarzacze dowolnej proweniencji z dowolną
muzyką w tle. Ze słuchawkami lub otwarcie, przez głośniki i głośniczki, byle
coś „grało”, byle byśmy nie zostali sami, z męczącą ciszą w mózgu.
Nie lubię
muzyki „w tle” bo coraz trudniej mi jej nie słuchać, nie słyszeć. Siłą rzeczy
kiedy słyszę muzykę to jej słucham, mniej lub bardziej krytycznie, ale skupiam
się jakoś na niej. A jeśli nie, jeśli robię w tym czasie coś innego – zwłaszcza
jeśli jest koło mnie ktoś, z kim rozmawiam – to po co mi muzyka? Rozprasza
wtedy. Bo muszę wybierać czy skupiam się na niej, czy na rozmówcy. Ale
powiedzmy, że jestem jednak nietypowym przykładem, nie każdy musi od razu
podchodzić do muzyki tak analitycznie. A jednak, jak wytłumaczyć odruch
większości (naprawdę przytłaczającej większości!) ludzi wsiadających do
samochodu: włączenie radia. Pół biedy, kiedy to faktycznie jest jakiś niegłośny
„biały szum muzyczny” w tle, ale radio gadające? Radio, w którym prowadzi się
właśnie audycję i z którym muszę się przekrzykiwać, i wytężać wszystkie uszy
żeby usłyszeć kierowcę, który – oczywiście, jak na kulturalnego gospodarza
przystało – zabawia mnie właśnie rozmową? Zdarzyło mi się to nie raz i nie dwa,
zdarzyło mi się to nawet w samochodzie pewnego dyrygenta, który, wydawałoby
się, powinien mieć przecież jakieś minimum świadomości akustycznej... Nie miał.
Nie lubię się
przekrzykiwać z nikim, a już na pewno nie z radiem, nawet z tym muzycznym,
jeśli jest za głośne. Sluchajmy muzyki, oj tak! – ale słuchajmy ciesząc się nią
a nie rywalizując w decybelach. Ja przegram zawsze, natura poskąpiła mi tubalnego
głosu... Może i stąd mój uraz, nie przepcham się.
Z drugiej
strony, ile razy jestem w tzw. plenerze – dowolnym, to się dzieje w różnych
stronach świata, byle poza aglomeracją miejską – zawsze, zawsze zachwyca mnie bogata
„cisza” natury. Szum wiatru, morza, rzeki, pracowite brzęczenie owadów, chór
ptaków – to w lecie; a przecież i w zimie jest czego posłuchać, choćby
mruczenia śniegu pod stopami albo kapania wody. To też dźwięki, na co zresztą
już dawno zwrócili uwagę kompozytorzy. W 1948 r. Francuz Pierre Schaeffer
wprowadził na przykład określenie „muzyka konkretna”, czyli „realna”, muzyka
stworzona z dźwięków już istniejących w rzeczywistości (w przeciwieństwie do
tych generowanych przez instrumenty), nagranych na taśmę (wtedy taśmę magnetyczną)
a następnie zebranych i przetworzonych przez kompozytora. Oczywiście
niekoniecznie były to dźwięki natury per se, Schaeffer nagrywał raczej odgłosy
miasta, rozmowy ludzi, szumy, stukot pociągu etc. Ale było to już otwarcie się
na otoczenie, wsłuchanie w świat realny, jaki by on nie był. Jeszcze dalej
poszedł John Cage w swoim słynnym 4’ 33’’
z 1952 roku. Tajemnicza nazwa to nic innego jak tylko określenie „4 minuty 33
sekundy”, czyli czas przez jaki wykonawca ma siedzieć na scenie i – nie robić
nic. Pozwolić brzmieć „ciszy” na sali, jakkolwiek by ona nie brzmiała. Oczywiście na wykonaniu
premierowym (na fortepian, z pianistą Davidem Tudorem) ta cisza składała się
głównie ze stopniowo narastających dźwięków zaskoczenia i zniecierpliwienia publiczności,
z oklasków, chrząknięć, komentarzy, szurania opuszczanych krzeseł etc. Ale jak
bym chciała, żebyśmy ten właśnie utwór Cage’a zaaplikowali sobie co najmniej
raz dziennie, i to nawet w rozszerzonej i wydłużonej wersji! (ze wszystkimi
powtórkami...) Posłuchali tego, co naokoło nas.
Lubię słuchać
świata, a już szczególnie lubię go słuchać w lecie, chętnie poza miastem. Ale i
miasto ma swoje uroki, których nie muszę koniecznie zagłuszać 24 godziny na
dobę. Oczywiście dominuje ruch uliczny – no trudno, tego nie ominiemy. Ale obok
niego są i ptaki, szczekanie osiedlowych psów, są rozmowy przechodniów, które
gdy nie męczą konkretem tematów są przecież ciekawą mozaiką rozmaitych barw głosów.
Pokrzykiwanie dzieci na podwórku i miarowe odbijanie piłki. Wieczorami ruch się
uspokaja a wtedy odkrywam z przyjemnością, że ktoś z sąsiadów ma stary zegar
wybijający godziny, a że w upale okna są pootwierane, więc i ja słyszę oddalone
miłe staroświeckie bimbania. Ba! Zdarzają się wieczorami wręcz ciepłe kościelne
dzwony, chociaż nie jestem pewna który to z okolicznych kościołów jest za nie
odpowiedzialny. W lecie dźwięk niesie dalej... Bywają też dźwięki imprez i przyjęć
i jeśli nie nadużywane przesadną częstotliwością też kojarzą mi się dobrze: z
radosnymi ludźmi, z wolnym czasem i chwilą rozrywki.
A w tej chwili
nadciąga kolejna z wielu tegorocznych burz i to już w ogóle jest cała symfonia
Mahlerowska, z dramatycznymi pomrukami we wstępie i ostatnimi alarmującymi świergotami
ptaków, a potem całym bogactwem wiatru, deszczu i grzmotów. Uwielbiam lato. Z
całym dobrodziejstwem inwentarza.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz