niedziela, 8 lipca 2012

Słów kilka o ciszy


Cisza to też muzyka, w pewnym sensie. To znaczy, oczywiście cisza w potocznym tego słowa znaczeniu, bo nie myślę teraz o ciszy bezwzględnej, jaka bywa w tzw. komorach bezechowych, budowanych dla doświadczeń akustycznych. Mnie interesuje bardziej cisza jako antyteza świadomego zagospodarowania przestrzeni akustycznej, jako brak hałasu. Nieustannie zdumiewa mnie potrzeba ludzi do wypełniania uszu szumem, dźwiękami, tzw. tłem muzycznym. Jakbyśmy chcieli zagłuszyć myśli, zająć umysł na poziomie podstawowym, żeby nam nie dawał w kość potrzebą właściwej mu pracy: myśleniem. Telewizja w tle. Radio w tle. Odtwarzacze dowolnej proweniencji z dowolną muzyką w tle. Ze słuchawkami lub otwarcie, przez głośniki i głośniczki, byle coś „grało”, byle byśmy nie zostali sami, z męczącą ciszą w mózgu. 

Nie lubię muzyki „w tle” bo coraz trudniej mi jej nie słuchać, nie słyszeć. Siłą rzeczy kiedy słyszę muzykę to jej słucham, mniej lub bardziej krytycznie, ale skupiam się jakoś na niej. A jeśli nie, jeśli robię w tym czasie coś innego – zwłaszcza jeśli jest koło mnie ktoś, z kim rozmawiam – to po co mi muzyka? Rozprasza wtedy. Bo muszę wybierać czy skupiam się na niej, czy na rozmówcy. Ale powiedzmy, że jestem jednak nietypowym przykładem, nie każdy musi od razu podchodzić do muzyki tak analitycznie. A jednak, jak wytłumaczyć odruch większości (naprawdę przytłaczającej większości!) ludzi wsiadających do samochodu: włączenie radia. Pół biedy, kiedy to faktycznie jest jakiś niegłośny „biały szum muzyczny” w tle, ale radio gadające? Radio, w którym prowadzi się właśnie audycję i z którym muszę się przekrzykiwać, i wytężać wszystkie uszy żeby usłyszeć kierowcę, który – oczywiście, jak na kulturalnego gospodarza przystało – zabawia mnie właśnie rozmową? Zdarzyło mi się to nie raz i nie dwa, zdarzyło mi się to nawet w samochodzie pewnego dyrygenta, który, wydawałoby się, powinien mieć przecież jakieś minimum świadomości akustycznej... Nie miał. 

Nie lubię się przekrzykiwać z nikim, a już na pewno nie z radiem, nawet z tym muzycznym, jeśli jest za głośne. Sluchajmy muzyki, oj tak! – ale słuchajmy ciesząc się nią a nie rywalizując w decybelach. Ja przegram zawsze, natura poskąpiła mi tubalnego głosu... Może i stąd mój uraz, nie przepcham się. 

Z drugiej strony, ile razy jestem w tzw. plenerze – dowolnym, to się dzieje w różnych stronach świata, byle poza aglomeracją miejską – zawsze, zawsze zachwyca mnie bogata „cisza” natury. Szum wiatru, morza, rzeki, pracowite brzęczenie owadów, chór ptaków – to w lecie; a przecież i w zimie jest czego posłuchać, choćby mruczenia śniegu pod stopami albo kapania wody. To też dźwięki, na co zresztą już dawno zwrócili uwagę kompozytorzy. W 1948 r. Francuz Pierre Schaeffer wprowadził na przykład określenie „muzyka konkretna”, czyli „realna”, muzyka stworzona z dźwięków już istniejących w rzeczywistości (w przeciwieństwie do tych generowanych przez instrumenty), nagranych na taśmę (wtedy taśmę magnetyczną) a następnie zebranych i przetworzonych przez kompozytora. Oczywiście niekoniecznie były to dźwięki natury per se, Schaeffer nagrywał raczej odgłosy miasta, rozmowy ludzi, szumy, stukot pociągu etc. Ale było to już otwarcie się na otoczenie, wsłuchanie w świat realny, jaki by on nie był. Jeszcze dalej poszedł John Cage w swoim słynnym 4’ 33’’ z 1952 roku. Tajemnicza nazwa to nic innego jak tylko określenie „4 minuty 33 sekundy”, czyli czas przez jaki wykonawca ma siedzieć na scenie i – nie robić nic. Pozwolić brzmieć „ciszy” na sali, jakkolwiek  by ona nie brzmiała. Oczywiście na wykonaniu premierowym (na fortepian, z pianistą Davidem Tudorem) ta cisza składała się głównie ze stopniowo narastających dźwięków zaskoczenia i zniecierpliwienia publiczności, z oklasków, chrząknięć, komentarzy, szurania opuszczanych krzeseł etc. Ale jak bym chciała, żebyśmy ten właśnie utwór Cage’a zaaplikowali sobie co najmniej raz dziennie, i to nawet w rozszerzonej i wydłużonej wersji! (ze wszystkimi powtórkami...) Posłuchali tego, co naokoło nas. 

Lubię słuchać świata, a już szczególnie lubię go słuchać w lecie, chętnie poza miastem. Ale i miasto ma swoje uroki, których nie muszę koniecznie zagłuszać 24 godziny na dobę. Oczywiście dominuje ruch uliczny – no trudno, tego nie ominiemy. Ale obok niego są i ptaki, szczekanie osiedlowych psów, są rozmowy przechodniów, które gdy nie męczą konkretem tematów są przecież ciekawą mozaiką rozmaitych barw głosów. Pokrzykiwanie dzieci na podwórku i miarowe odbijanie piłki. Wieczorami ruch się uspokaja a wtedy odkrywam z przyjemnością, że ktoś z sąsiadów ma stary zegar wybijający godziny, a że w upale okna są pootwierane, więc i ja słyszę oddalone miłe staroświeckie bimbania. Ba! Zdarzają się wieczorami wręcz ciepłe kościelne dzwony, chociaż nie jestem pewna który to z okolicznych kościołów jest za nie odpowiedzialny. W lecie dźwięk niesie dalej... Bywają też dźwięki imprez i przyjęć i jeśli nie nadużywane przesadną częstotliwością też kojarzą mi się dobrze: z radosnymi ludźmi, z wolnym czasem i chwilą rozrywki.

A w tej chwili nadciąga kolejna z wielu tegorocznych burz i to już w ogóle jest cała symfonia Mahlerowska, z dramatycznymi pomrukami we wstępie i ostatnimi alarmującymi świergotami ptaków, a potem całym bogactwem wiatru, deszczu i grzmotów. Uwielbiam lato. Z całym dobrodziejstwem inwentarza.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz