niedziela, 15 lipca 2012

Słucham, bo lubię. Tylko co i dlaczego?


Tak się składało ostatnio, że sporo czasu spędzałam w samochodzie, a co za tym idzie – w towarzystwie radia. I piosenek, tych wakacyjnych, letnich i lekkich. Chociaż nie tylko, bo mam ten nawyk, że kiedy jakaś piosenka ma w sobie trzy „N”: nudzi, nuży, niecierpliwi, słowem: drażni, natychmiast skracam jej żywot akustyczny i przełączam się na kolejną stację. Chwała Niebiosom za programowalne radia w samochodach i możliwość szybkiego przeskakiwania w znajome miejsca. Jest oczywiście na mojej liście i radiowa klasyczna Dwójka, ale przyznaję, że nie zawsze w aucie mam nastrój i warunki dla koneserskiego odbioru niektórych pozycji. Więc mam zaprogramowanych kilka opcji. I tak sobie pomyślałam ostatnio: co sprawia, że jedne rzeczy słucha mi się lepiej, a inne gorzej? Dlaczego niektóre obiektywnie proste i banalne melodie wywołują zrelaksowany uśmiech a inne drażnią już pierwszym akordem?

Poza starą i jakże mądrą prawdą inzyniera Mamonia, że podoba nam się to co znamy (czyli uśmiechamy się na piosenki kojarzące się z miłymi momentami w życiu) dla mnie akurat ważna jest też osobowość wykonawcy. No niestety, nic na to nie poradzę, że słucham w miarę świadomie i wyłapuję emocje w muzyce. A czy nie o to właśnie chodzi? Domyślam się, że nawet najprostsze „kawałki”, dla jednych brzmiące jak zbiór kakofonicznych wrzasków, dla innych jak wyrafinowane nowatorskie brzmienia, w zamyśle autorów/wykonawców zawsze mają dotrzeć do słuchaczy i wstrząsnąć nimi, w ten czy inny sposób. Mają porwać publiczność, tłumy, coś nam powiedzieć. Czasami ten przekaz idzie głównie przez rytm: mocny, pierwotny, sięgający trzewi. Sama czasem lubię takie „odmóżdżające” zastrzyki organicznego pulsu. Kiedy indziej przemówi do nas melodia, nawet nie wiemy dlaczego a szarpnie nas coś za serce, wzruszy kunsztowny zawijas zaśpiewu, nawet nie będziemy wiedzieli – a damy się zmanipulować (i słusznie!) i poddamy się emocjom. Można też uderzyć harmonią, wspóbrzmieniami, można przecież także tekstem, tu już najbardziej bezpośrednio. 

Ale mnie akurat ciekawi zawsze ten malutki, zdawałoby się, margines procesu rozmowy wykonawcy z odbiorcą: interpretacja tego a nie innego człowieka, jego własny wkład. To dokładnie to samo, co sprawia, że jeden wykonawca muzyki klasycznej jest genialny, a inny tylko „sprawny”. Niejaki, szaleńczo popularny ostatnio, pianista Lang Lang jest jak dla mnie niestety w tej drugiej smutnej kategorii: znakomicie sprawny. I tyle. Ale czy on mi coś mówi? – nie. I mam wrażenie, że on ma mnie dokładnie w nosie, mnie jako przeciętnego odbiorcę, słuchacza. Kolega Lang Lang gra głównie dla siebie: żeby pokazać SIĘ, żeby popisać SIĘ, żeby to JEGO podziwiały tłumy. Publiczność jest kosmetycznym dodatkiem, wisienką na torcie zasłużonej sławy i popularności (i pieniędzy). A potem człowiek słyszy taką na przykład Marthę Argerich i otwiera się przed nim kosmos znaczeń, konwersacji, podtekstów, flirtu, grozy, szaleństw; w jej muzyce jest wszystko. Jest prawda, przede wszystkim, przekaz skierowany do słuchacza i szczere emocje. 

Zawsze mówię, że my muzycy, musimy być w pewnym stopiu neurotyczni. Żeby dotrzeć do słuchacza jedynie poprzez dźwięki (ja nie mam do pomocy słów piosenki), muszę dać z siebie maksimum, wyrzucić z siebie wulkan emocji, bo z nich może 20% spadnie potem gdzieś na ostatni rząd widowni. Muszę sobie wypruć flaki, mówiąc trywialnie, publicznie wybebeszyć się emocjonalnie do kości. Oczywiście, można też tego nie zrobić i grać na pół gwizdka – ale po co? Kiedy gram, chcę poruszyć słuchaczy, przekazać im te wszystkie obłędne rzeczy, które ja sama odkryłam w utworach pracując nad nimi przez wiele godzin. Tu mam oczywiście nad słuchaczami przewagę: moje wiele godzin przekłada się potem na jedno mizerne wykonanie na scenie w danym czasie i miejscu i pufff! – znika. Ot, urok ulotności muzyki na żywo. Mam jedną szansę ująć słuchaczy, powiedzieć im coś, potem drzwi się zamykają i koniec. Jeśli nie dotrę z moją muzyczną rozmową do słuchacza, to przepadłam, szansa minęła a słuchacz wysiedział z grzeczności czas na koncercie planując w myślach jutrzejszy obiad i strategię na spotkanie z prezesem. 

Ta muzyczna prawda i rozmowa interesuje mnie, otóż, nie tylko w muzyce klasycznej. Trafiła mnie na przykład ostatnio w samochodzie nieco już leciwa „Dumka na dwa serca” z Edytą Górniak i Mietkiem Szcześniakiem. Melodia może nie wstrząsająca, treść słów romantyczna na granicy banału a jednak... Cokolwiek bym nie myślała o Edycie G., ma dziewczyna wrażliwość w głosie, być może naturalną, może wykształconą – ale bardzo dobrze sprawdzającą się w pracy. Mietek Szcześniak to fachowiec, o niego się nie martwię bo znam jego warsztat i możliwości, lubię kiedy do mnie mówi piosenkami. Słuchałam tej prostej ballady i poddawałam się jej z przyjemnością, wierzyłam tym dwojgu, wierzyłam w historię, którą mi opowiadali. Ja WIEM jak muzycy mną manipulują, słyszę ich warsztat, ale kiedy robią to w sposób fachowy – uwielbiam to. Bardzo lubię mieć do czynienia z profesjonalistami, na każdym polu. Jak mawiał Oscar Wilde: „Mam bardzo prosty gust, zadowala mnie tylko to co najlepsze”. Amen. 

Muzyka to rozmowa, to kontakt z człowiekiem. Nie ma sensu muzyka w samotności, zawsze są co najmniej dwie osoby (lub nawet trzy): kompozytor/wykonawca i słuchacz. No, chyba, że kompozytor gra dla siebie, ale co to za przyjemność i jak długo tak można?... Ludzie, lubię ludzi. 

fot: Alvise Valier
 
I jeszcze postscriptum do tych muzycznych rozmów. Na fali „Dumki” przypomniał mi się jakoś filmowy Bohun i wywiad z nim, który gdzieś ostatnio czytałam, chociaż za diabły nie pamiętam gdzie. Dowiedziałam się tam ze zdziwieniem (chyba mnie jednak dawno nie było w Polsce...), że Aleksander Domogarow również śpiewa, i to nie tylko hobbystycznie, w łazience, ale publicznie. Oczywista to rzecz, że sprawdziłam sobie zaraz w sieci co też sobie śpiewa pan Domogarow i z przyjemnością stwierdzam, że – no właśnie – to jest człowiek, który ma mi coś do powiedzenia. Na pewno ma to związek z jego aktorskim zapleczem, ale w połączeniu z dobrym głosem i tą właśnie prawdą interpretacji dało mi sporo przyjemności w słuchaniu. Ha, i kto by pomyślał?! Rosyjskie piosenki?... Apage satanes! Z językiem już dawno nie mam wiele wspólnego, z krajem bardzo też. A jednak. Polecam, do sprawdzenia. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz