Tak się składało
ostatnio, że sporo czasu spędzałam w samochodzie, a co za tym idzie – w towarzystwie
radia. I piosenek, tych wakacyjnych, letnich i lekkich. Chociaż nie tylko, bo mam
ten nawyk, że kiedy jakaś piosenka ma w sobie trzy „N”: nudzi, nuży, niecierpliwi,
słowem: drażni, natychmiast skracam jej żywot akustyczny i przełączam się na
kolejną stację. Chwała Niebiosom za programowalne radia w samochodach i
możliwość szybkiego przeskakiwania w znajome miejsca. Jest oczywiście na mojej
liście i radiowa klasyczna Dwójka, ale przyznaję, że nie zawsze w aucie mam
nastrój i warunki dla koneserskiego odbioru niektórych pozycji. Więc mam zaprogramowanych
kilka opcji. I tak sobie pomyślałam ostatnio: co sprawia, że jedne rzeczy słucha
mi się lepiej, a inne gorzej? Dlaczego niektóre obiektywnie proste i banalne
melodie wywołują zrelaksowany uśmiech a inne drażnią już pierwszym akordem?
Poza starą i
jakże mądrą prawdą inzyniera Mamonia, że podoba nam się to co znamy (czyli uśmiechamy
się na piosenki kojarzące się z miłymi momentami w życiu) dla mnie akurat ważna
jest też osobowość wykonawcy. No niestety, nic na to nie poradzę, że słucham w
miarę świadomie i wyłapuję emocje w muzyce. A czy nie o to właśnie chodzi?
Domyślam się, że nawet najprostsze „kawałki”, dla jednych brzmiące jak zbiór
kakofonicznych wrzasków, dla innych jak wyrafinowane nowatorskie brzmienia, w
zamyśle autorów/wykonawców zawsze mają dotrzeć do słuchaczy i wstrząsnąć nimi,
w ten czy inny sposób. Mają porwać publiczność, tłumy, coś nam powiedzieć. Czasami
ten przekaz idzie głównie przez rytm: mocny, pierwotny, sięgający trzewi. Sama
czasem lubię takie „odmóżdżające” zastrzyki organicznego pulsu. Kiedy indziej
przemówi do nas melodia, nawet nie wiemy dlaczego a szarpnie nas coś za serce,
wzruszy kunsztowny zawijas zaśpiewu, nawet nie będziemy wiedzieli – a damy się
zmanipulować (i słusznie!) i poddamy się emocjom. Można też uderzyć harmonią,
wspóbrzmieniami, można przecież także tekstem, tu już najbardziej bezpośrednio.
Ale mnie akurat
ciekawi zawsze ten malutki, zdawałoby się, margines procesu rozmowy wykonawcy z
odbiorcą: interpretacja tego a nie innego człowieka, jego własny wkład. To
dokładnie to samo, co sprawia, że jeden wykonawca muzyki klasycznej jest
genialny, a inny tylko „sprawny”. Niejaki, szaleńczo popularny ostatnio, pianista
Lang Lang jest jak dla mnie niestety w tej drugiej smutnej kategorii:
znakomicie sprawny. I tyle. Ale czy on mi coś mówi? – nie. I mam wrażenie, że on ma
mnie dokładnie w nosie, mnie jako przeciętnego odbiorcę, słuchacza. Kolega Lang
Lang gra głównie dla siebie: żeby pokazać SIĘ, żeby popisać SIĘ, żeby to JEGO
podziwiały tłumy. Publiczność jest kosmetycznym dodatkiem, wisienką na torcie zasłużonej
sławy i popularności (i pieniędzy). A potem człowiek słyszy taką na przykład
Marthę Argerich i otwiera się przed nim kosmos znaczeń, konwersacji, podtekstów,
flirtu, grozy, szaleństw; w jej muzyce jest wszystko. Jest prawda, przede
wszystkim, przekaz skierowany do słuchacza i szczere emocje.
Zawsze mówię, że
my muzycy, musimy być w pewnym stopiu neurotyczni. Żeby dotrzeć do słuchacza jedynie
poprzez dźwięki (ja nie mam do pomocy słów piosenki), muszę dać z siebie
maksimum, wyrzucić z siebie wulkan emocji, bo z nich może 20% spadnie potem gdzieś
na ostatni rząd widowni. Muszę sobie wypruć flaki, mówiąc trywialnie, publicznie
wybebeszyć się emocjonalnie do kości. Oczywiście, można też tego nie zrobić i grać
na pół gwizdka – ale po co? Kiedy gram, chcę poruszyć słuchaczy, przekazać im
te wszystkie obłędne rzeczy, które ja sama odkryłam w utworach pracując nad
nimi przez wiele godzin. Tu mam oczywiście nad słuchaczami przewagę: moje wiele
godzin przekłada się potem na jedno mizerne wykonanie na scenie w danym czasie
i miejscu i pufff! – znika. Ot, urok ulotności muzyki na żywo. Mam jedną szansę
ująć słuchaczy, powiedzieć im coś, potem drzwi się zamykają i koniec. Jeśli nie
dotrę z moją muzyczną rozmową do słuchacza, to przepadłam, szansa minęła a
słuchacz wysiedział z grzeczności czas na koncercie planując w myślach
jutrzejszy obiad i strategię na spotkanie z prezesem.
Ta muzyczna prawda
i rozmowa interesuje mnie, otóż, nie tylko w muzyce klasycznej. Trafiła mnie na
przykład ostatnio w samochodzie nieco już leciwa „Dumka na dwa serca” z Edytą
Górniak i Mietkiem Szcześniakiem. Melodia może nie wstrząsająca, treść słów romantyczna
na granicy banału a jednak... Cokolwiek bym nie myślała o Edycie G., ma
dziewczyna wrażliwość w głosie, być może naturalną, może wykształconą – ale bardzo
dobrze sprawdzającą się w pracy. Mietek Szcześniak to fachowiec, o niego się
nie martwię bo znam jego warsztat i możliwości, lubię kiedy do mnie mówi
piosenkami. Słuchałam tej prostej ballady i poddawałam się jej z przyjemnością,
wierzyłam tym dwojgu, wierzyłam w historię, którą mi opowiadali. Ja WIEM jak
muzycy mną manipulują, słyszę ich warsztat, ale kiedy robią to w sposób fachowy
– uwielbiam to. Bardzo lubię mieć do czynienia z profesjonalistami, na każdym
polu. Jak mawiał Oscar Wilde: „Mam bardzo prosty gust, zadowala mnie tylko to
co najlepsze”. Amen.
Muzyka to rozmowa,
to kontakt z człowiekiem. Nie ma sensu muzyka w samotności, zawsze są co
najmniej dwie osoby (lub nawet trzy): kompozytor/wykonawca i słuchacz. No, chyba,
że kompozytor gra dla siebie, ale co to za przyjemność i jak długo tak można?...
Ludzie, lubię ludzi.
![]() |
| fot: Alvise Valier |
I jeszcze
postscriptum do tych muzycznych rozmów. Na fali „Dumki” przypomniał mi się
jakoś filmowy Bohun i wywiad z nim, który gdzieś ostatnio czytałam, chociaż za
diabły nie pamiętam gdzie. Dowiedziałam się tam ze zdziwieniem (chyba mnie jednak
dawno nie było w Polsce...), że Aleksander Domogarow również śpiewa, i to nie
tylko hobbystycznie, w łazience, ale publicznie. Oczywista to rzecz, że
sprawdziłam sobie zaraz w sieci co też sobie śpiewa pan Domogarow i z
przyjemnością stwierdzam, że – no właśnie – to jest człowiek, który ma mi coś
do powiedzenia. Na pewno ma to związek z jego aktorskim zapleczem, ale w
połączeniu z dobrym głosem i tą właśnie prawdą interpretacji dało mi sporo
przyjemności w słuchaniu. Ha, i kto by pomyślał?! Rosyjskie piosenki?... Apage
satanes! Z językiem już dawno nie mam wiele wspólnego, z krajem bardzo też. A
jednak. Polecam, do sprawdzenia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz