niedziela, 22 lipca 2012

Praga! I Jan Sebastian Bach.


Jestem po błyskawicznym wyjeździe do Pragi, na chwil kilka dosłownie, na jeden dzień i jedną noc. To strasznie mało jeśli chodzi o Pragę, jej obłędny urok i piękno. Ale jeśli się ma do wyboru: nie jechać wcale albo jechać na półtora dnia, to nie ma wątpliwości. Jadę!


W Českim muzeum hudby (muzeum muzyki) załatwiałam głównie sprawy około-klarnetowe i o tym jeszcze napiszę w najbliższym czasie. Praskie muzeum ma piękną kolekcję wielu instrumentów i te zbiory to osobny temat na gawędy i westchnienia zachwytu. Napiszę niebawem. Natomiast tym razem niespodziewanie spotkałam w Pradze... Bacha. Nie dosłownie, oczywiście, bo genialny Jan Sebastian żył, jak każdy wie, strasznie dawno temu (1685-1750, to tak dla odkurzenia pamięci...) a jego doczesne szczątki spoczywają, jak wiadomo, w kościele św. Tomasza w Lipsku. Mnie Bach wyskoczył z zakurzonych zakamarków historii za pośrednictwem cudownego pana Petra Šefla z muzeum, specjalisty od konserwacji instrumentów i... ech, naprawdę specjalisty od wielu rzeczy – w tym historycznych interpretacji dzieł Bacha właśnie. Piękna postać, fascynujący człowiek i świetny gawędziarz, słuchałam jego opowieści wachlując po prostu uszami. Oprócz dobrej polszczyzny z uroczym czeskim akcentem była tam erudycja, kultura, piękna pasja dla swojego zawodu i wielka, szczera miłość dla Jana Sebastiana.
Wedle pana Petra cała artystyczna historia ludzkości prowadziła do Bacha przed nim i czerpała z niego po. To szczyt geniuszu muzyki, połączenie ogromnej pracowitości z nieludzkim wręcz talentem, który zapiera dech swoją wielkością. Każdy kompozytor – powiada pan Petr – ma na sumieniu mniej lub więcej chybionych utworów, fragmentów dzieł, chociażby słabszych taktów. Bach nie ma. Jest genialny w każdej nucie, kiedy już-już spodziewamy się jakiejś powtórki czy banału – on skręca nagle w kolejny kosmos tonalny i znowu rwiemy włosy z głowy ze zdumienia. No... tu muszę się przyznać, że ja sama za mała jestem z moją wiedzą (a nie tak znowu lichą przecież) na tak ostateczną i jednoznaczną wycenę, ale przyznaję, że nawet ja czuję, że konstrukcje muzyczne Bacha mają w sobie metafizykę, skomplikowanie i piękno, których nie sposób nie zauważyć. Można nie wiedzieć, że Bach był w tym jedyny, ale na pewno usłyszy się, że w tej muzyce obcuje się z Absolutem. 

I tu następuje ciekawostka: usłyszałam śliczną opowieść o jednym z synów pana Petra i jego pierwszym odbiorze Bacha. Dziecko miało może z roczek, siedziało na kolanach u taty i skubało go radośnie za rozwichrzoną brodę. Siedzieli przed sprzętem grającym, więc w pewnym momencie tata pomyślał: „A, sprobuję mu puścić mojego kochanego Bacha, ciekawe czy zareaguje i rozedrze się w proteście, czy chwilkę wytrzyma”. Zabrzmiał Bach. Dziecko znieruchomiało, ucichło i najwyraźniej zaczęło słuchać. Tata wstrzymał oddech i widzi, że synek zwraca łepek w stronę głośnika, gdzie – ot, przez czysty przypadek oczywiście – wisiały portrety Bacha i Haendla. Dziecko skupiło oczka na jednym, potem drugim, wróciło do Bacha (no oczywiście...), cały czas najwyraźniej słuchając. Pan Petr myśli sobie: „No dobrze, na chwilę się smyk złapał, ale zaraz odpadnie, zaraz się znudzi i zacznie płakać... hmmmm... jeszcze nie? Jeszcze?...” Podobno wytrzymali tak dobre 15 minut, cały utwór (nie pamiętam niestety co to było konkretnie), dźwięki umilkły i synek wrócił spokojnie do bezmyślnego skubania taty za brodę. 
Ha. Wniosek oczywiście narzuca się dyskretnie od razu: kochani, zacznijmy od Bacha! Coś w tym jest, naprawdę. Rozumiem, że synek pana Šefla był – pewnie nawet niechcący – „wyaudiowany” już od pierwszych godzin życia i na pewno mniej lub bardziej świadomie „kapał się” w muzyce klasycznej już przed wspomnianym doświadczeniem. Niemniej, powiedziałabym, że Mistrz Bach naprawdę ma w sobie taka siłę piękna, genialności, prostoty i Absolutu, że to musi, po prostu musi „przejść” przez tak chłonne medium, jakim jest mózg dziecka. Dajmy więc dzieciom Bacha! Nie bójmy się tego nazwiska, nie bójmy się tej strasznej i skomplikowanej „klasyki”, która nam się z nim kojarzy, nie uprzedzajmy się zawczasu. Mózg dziecka jest czystą kartą tak łatwą do zapisania przez pierwsze miesiące i lata jego życia! Czemu by zatem nie zapisać go muzyką najgenialniejszego z kompozytorów? Jak mówi pan Petr: „Zainfekujmy dzieci pięknem!”. To im zostanie, nawet jeśli tylko gdzieś w podświadomości – to jednak się wczyta. I nigdy nie wiadomo, kiedy to piękno się odezwie w życiu, ale na pewno odezwie się dobrze.



I jeszcze postscriptum. Oczywiście, że po moich praskich wrażeniach wzięłam ostatnio do biegania w uszy – Bacha, bo cóż by innego. Akurat u mnie to była Wielka Msza h-moll... I muszę przyznać, że – och!... – no jednak ten Bach jest genialny, jak mogłam o tym nie pamiętać? Muszę chyba wydłużyć trasę, bo nagle zrobiła się strasznie krótka! To moje kolejne odkrycie: do biegania nie muszę już mieć rytmu. Biegam już od jakiegoś czasu i moje ciało już „wie co ma robić”, rytm łapie się sam. Jak to mówi moj kuzyn z USA: „you’re in the zone”. Jest się jakby w lekkim transie, zapomina się o mięśniach tylko wchodzi się w rytm i biegnie. A wtedy właśnie pięknie sprawdzają się rzeczy, na których mogę skupić umysł, bo to taki trochę czas medytacji, czas spokoju i oderwania od rzeczywistości. Bach wciągnął mnie w swój kosmos bez reszty, nawet nie zauważyłam kiedy „obleciałam” stałą trasę i wylądowałam przed domem, skupiona na muzyce.  


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz