Jestem po
błyskawicznym wyjeździe do Pragi, na chwil kilka dosłownie, na jeden dzień i
jedną noc. To strasznie mało jeśli chodzi o Pragę, jej obłędny urok i piękno.
Ale jeśli się ma do wyboru: nie jechać wcale albo jechać na półtora dnia, to
nie ma wątpliwości. Jadę!
W Českim muzeum
hudby (muzeum muzyki) załatwiałam głównie sprawy około-klarnetowe i o tym
jeszcze napiszę w najbliższym czasie. Praskie muzeum ma piękną kolekcję wielu
instrumentów i te zbiory to osobny temat na gawędy i westchnienia zachwytu. Napiszę
niebawem. Natomiast tym razem niespodziewanie spotkałam w Pradze... Bacha. Nie
dosłownie, oczywiście, bo genialny Jan Sebastian żył, jak każdy wie, strasznie
dawno temu (1685-1750, to tak dla odkurzenia pamięci...) a jego doczesne
szczątki spoczywają, jak wiadomo, w kościele św. Tomasza w Lipsku. Mnie Bach
wyskoczył z zakurzonych zakamarków historii za pośrednictwem cudownego pana
Petra Šefla z muzeum, specjalisty od konserwacji instrumentów i... ech, naprawdę
specjalisty od wielu rzeczy – w tym historycznych interpretacji dzieł Bacha właśnie.
Piękna postać, fascynujący człowiek i świetny gawędziarz, słuchałam jego
opowieści wachlując po prostu uszami. Oprócz dobrej polszczyzny z uroczym czeskim
akcentem była tam erudycja, kultura, piękna pasja dla swojego zawodu i wielka,
szczera miłość dla Jana Sebastiana.
Wedle pana Petra
cała artystyczna historia ludzkości prowadziła do Bacha przed nim i czerpała z
niego po. To szczyt geniuszu muzyki, połączenie ogromnej pracowitości z
nieludzkim wręcz talentem, który zapiera dech swoją wielkością. Każdy
kompozytor – powiada pan Petr – ma na sumieniu mniej lub więcej chybionych
utworów, fragmentów dzieł, chociażby słabszych taktów. Bach nie ma. Jest genialny
w każdej nucie, kiedy już-już spodziewamy się jakiejś powtórki czy banału – on skręca
nagle w kolejny kosmos tonalny i znowu rwiemy włosy z głowy ze zdumienia. No...
tu muszę się przyznać, że ja sama za mała jestem z moją wiedzą (a nie tak znowu
lichą przecież) na tak ostateczną i jednoznaczną wycenę, ale przyznaję, że nawet
ja czuję, że konstrukcje muzyczne Bacha mają w sobie metafizykę, skomplikowanie
i piękno, których nie sposób nie zauważyć. Można nie wiedzieć, że Bach był w
tym jedyny, ale na pewno usłyszy się, że w tej muzyce obcuje się z Absolutem.
I tu następuje ciekawostka:
usłyszałam śliczną opowieść o jednym z synów pana Petra i jego pierwszym odbiorze
Bacha. Dziecko miało może z roczek, siedziało na kolanach u taty i skubało go
radośnie za rozwichrzoną brodę. Siedzieli przed sprzętem grającym, więc w
pewnym momencie tata pomyślał: „A, sprobuję mu puścić mojego kochanego Bacha,
ciekawe czy zareaguje i rozedrze się w proteście, czy chwilkę wytrzyma”. Zabrzmiał
Bach. Dziecko znieruchomiało, ucichło i najwyraźniej zaczęło słuchać. Tata
wstrzymał oddech i widzi, że synek zwraca łepek w stronę głośnika, gdzie – ot,
przez czysty przypadek oczywiście – wisiały portrety Bacha i Haendla. Dziecko
skupiło oczka na jednym, potem drugim, wróciło do Bacha (no oczywiście...),
cały czas najwyraźniej słuchając. Pan Petr myśli sobie: „No dobrze, na chwilę
się smyk złapał, ale zaraz odpadnie, zaraz się znudzi i zacznie płakać...
hmmmm... jeszcze nie? Jeszcze?...” Podobno wytrzymali tak dobre 15 minut, cały
utwór (nie pamiętam niestety co to było konkretnie), dźwięki umilkły i synek wrócił
spokojnie do bezmyślnego skubania taty za brodę.
Ha. Wniosek oczywiście narzuca
się dyskretnie od razu: kochani, zacznijmy od Bacha! Coś w tym jest, naprawdę.
Rozumiem, że synek pana Šefla był – pewnie nawet niechcący – „wyaudiowany” już od
pierwszych godzin życia i na pewno mniej lub bardziej świadomie „kapał się” w
muzyce klasycznej już przed wspomnianym doświadczeniem. Niemniej,
powiedziałabym, że Mistrz Bach naprawdę ma w sobie taka siłę piękna,
genialności, prostoty i Absolutu, że to musi, po prostu musi „przejść” przez tak
chłonne medium, jakim jest mózg dziecka. Dajmy więc dzieciom Bacha! Nie bójmy
się tego nazwiska, nie bójmy się tej strasznej i skomplikowanej „klasyki”,
która nam się z nim kojarzy, nie uprzedzajmy się zawczasu. Mózg dziecka jest
czystą kartą tak łatwą do zapisania przez pierwsze miesiące i lata jego życia!
Czemu by zatem nie zapisać go muzyką najgenialniejszego z kompozytorów? Jak
mówi pan Petr: „Zainfekujmy dzieci pięknem!”. To im zostanie, nawet jeśli tylko
gdzieś w podświadomości – to jednak się wczyta. I nigdy nie wiadomo, kiedy to
piękno się odezwie w życiu, ale na pewno odezwie się dobrze.
I jeszcze postscriptum.
Oczywiście, że po moich praskich wrażeniach wzięłam ostatnio do biegania w uszy
– Bacha, bo cóż by innego. Akurat u mnie to była Wielka Msza h-moll... I muszę
przyznać, że – och!... – no jednak ten Bach jest genialny, jak mogłam o tym nie
pamiętać? Muszę chyba wydłużyć trasę, bo nagle zrobiła się strasznie krótka! To
moje kolejne odkrycie: do biegania nie muszę już mieć rytmu. Biegam już od
jakiegoś czasu i moje ciało już „wie co ma robić”, rytm łapie się sam. Jak to
mówi moj kuzyn z USA: „you’re in the zone”. Jest się jakby w lekkim transie,
zapomina się o mięśniach tylko wchodzi się w rytm i biegnie. A wtedy właśnie
pięknie sprawdzają się rzeczy, na których mogę skupić umysł, bo to taki trochę czas
medytacji, czas spokoju i oderwania od rzeczywistości. Bach wciągnął mnie w swój
kosmos bez reszty, nawet nie zauważyłam kiedy „obleciałam” stałą trasę i
wylądowałam przed domem, skupiona na muzyce.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz