A zatem obiecane
krótkie sprawozdanie z naszego majówkowego święta. Zdjęcia po prostu pojawią
się troszkę później, w tej chwili sypnę tylko słowami, trudno, verba et
voces...
Pogoda dopisała,
bogowie pogody nam ewidentnie sprzyjają i jako honorowi sponsorzy dostarczyli
śliczne słońce z lekkim wietrzykiem i bez upału, pogodę wymarzoną na niedzielne
kulturalne wyjście rodzinne. Reszta sponsorów zadbała natomiast o to, żeby
naszym gościom buzie się usmiechaly na widok pyszności do wcinania i nagród
(czyli strawy dla ducha i ciała), a my zrobiłyśmy co mogłyśmy, żeby im pokazać
muzykę w formie przyjaznej i rozwijającej dla maluchów.
Muszę powiedzieć,
że idea pracy z dziećmi – zwłaszcza takimi niedużymi i chłonnymi jak jamochłony!
– jest świetna i niesłychanie wdzięczna. Kilka razy miałam momenty spadku
profesjonalizmu, bo i jak tu utrzymać fachowy obiektywizm, kiedy naprzeciwko
mnie (grającej w danym momencie na klarnecie) stoi ledwo trzymając się na
nóżkach cudny obywatel, wpatrzony we mnie jak w obrazek, z białym plastikowym
patyczkiem od balonika ciamkanym w skupieniu w buzi i przebierający paluszkami
po tym patyczku? Oraz kiwający się leciutko w rytm mojej melodii. Można było
doprawdy stracić dech z wrażenia!
Albo kolejna
obłędna malutka słuchaczka, która stała także przede mną jak zaczarowana,
słuchając tego co gram Z PEŁNYM zrozumieniem, kiwając głową jakby mi
przytakiwała w pewnych momentach, po prostu rozumiejąc dokładnie co ja do niej
mówię tym co gram! Na żadnej sali koncertowej nie miałam takiej otwartej i rozumnej
widowni, to coś przepięknego.
Taka też była
między innymi nasza idea przy organizowaniu Dnia Otwartego: po pierwsze dać
możliwość dzieciom posłuchania troszkę muzyki na żywo, ale nie muzyki
przypadkowej – tylko takiej skierowanej konkretnie do nich, granej i śpiewanej
właśnie dla nich. To wielka róznica! A po drugie, chciałyśmy też pokazać
rodzicom, jak bardzo mają zdolne dzieci. Bo wszystkie dzieci są niesłychanie
wrażliwe, a wiele z nich ma wręcz spore zdolności muzyczne, tylko trzeba im dać
możliwości wykorzystania tego potencjału. Na naszych zajęciach tę wrażliwość
widać od razu, kiedy dzieci same, bez uprzedzeń łapią muzykę jak
najnaturalniejszy środek przekazu. I wlepiają oczy jak spodeczki w źródło
dźwięku, i tańczą do melodii, i buzie się śmieją od ucha do ucha przy osobistej
powitalnej piosence, kiedy każde imię zostaje wyśpiewane osobno i nagrodzone
brawami. Imię zaśpiewane to już przecież o wiele więcej niż tylko powiedziane!
Najładniejsze
jest to, że KAŻDE dziecko jest inne, inaczej reaguje i inaczej odbiera tę samą melodię
i rytm. A obserwacja naszych „sluchaczy” i praca z nimi to także zwyczajnie duża
frajda dla nas, prowadzących. Co zwłaszcza miałyśmy okazję doświadczyć w
ostatnią niedzielę na spotkaniu z naszymi małymi (i większymi) gośćmi.
Dziękujemy Wam, kochani!
A zdjęcia już
niebawem, niebawem... Będą i tu!