środa, 3 kwietnia 2013

Osobowości i orkiestra



Beethoven i Prokofiew. Nawet jeśli nie kojarzą nam się stylistycznie przesadnie blisko siebie, to jedno możemy na pewno założyć: w obu przypadkach mamy do czynienia z fantastycznymi fachowcami, zwłaszcza jeśli chodzi o orkiestrę. Każdy opanował ją w swoim czasie, w swoim języku i estetyce, ale z naszej odległej już perspektywy historycznej możemy wyraźnie zauważyć olbrzymią swobodę obu kompozytorów w poruszaniu się w tym niebezpiecznym środowisku, jakim czasami bywa zespół kilkudziesięciu instrumentów zebranych naraz. Potencjał wielości barw, masy i splątanych linii, który potrafi zarówno olśnić w ręku fachowca, jak i wierzgnąć jak narowisty koń przy nieostrożnym prowadzeniu czy też prychnąć mało wytwornym rżeniem (by pozostać przy hippicznych asocjacjach). Ale nie bójmy się – w tym tygodniu kompozytorzy zabłysną klasą, cokolwiek nas wytrąci z słusznego poczucia satysfakcji muzycznej, będziemy mogli lekką ręką zrzucić na wykonawców...

Zastanawiam się czasami, na ile nasze wyobrażenia o kompozytorach oparte są na utartych powierzchownych stereotypach, na ile oceniamy twórców wedle kilku zaledwie, najsłynniejszych dzieł, podpartych jedną może mizerną reprodukcją portretu? Myślę tu oczywiście głównie o Beethovenie, który w świadomości wielu melomanów utkwił jako diaboliczny starszawy mężczyzna z rozwichrzonymi siwymi włosami (ze słynnego obrazu Josepha Karla Stielera, powielanego w tysiącach kopii) – a przecież na obrazie tym jest on zaledwie 50-letni, a ileż swoich arcydzieł napisał wcześniej! Wcześniej – czyli także przed słynną IX Symfonią, z którą przeciętny zjadacz chleba Beethovena skojarzy. Ludwig van Beethoven z czasów powstania II Koncertu fortepianowego to trzydziestoletni człowiek w sile wieku i pełen młodzieńczej wiary w ideały – oraz we własną muzykę. Zaczyna już, niestety, zauważać pierwsze symptomy diabelskiej choroby uszu, która z czasem pozbawiła go słuchu. Na razie jednak jeszcze słyszy, chociaż troszkę gorzej, lecz w dalszym ciągu daje koncerty jako pianista i dyrygent, próbuje prowadzić normalne życie. Idealista zaczytany w poezji i filozofii (lubił wypisywać sobie cytaty z utworów, które szczególnie go poruszyły), z czupryną czarnych włosów i ciemnymi, świdrującymi oczami. Zdolny do napadów furii i grubiańskich awantur, wygłaszający swoje zdanie bez ogródek i bez względu na pozycję społeczną interlokutora (ach, ach! – bo przecież mówimy o Wiedniu początku XIX wieku), lecz z drugiej strony niesłychanie wrażliwy, hojny, przyciągający jak magnes młodych ludzi, których fascynowała jego twórczość i nowoczesność. Uwielbiał rubaszne żarty, zbywało mu za to na lekkości dowcipów. Śmiech miał huczny i tubalny, drżały od niego szyby w oknach. Lubił też dobre wino (chociaż nie znajdziemy tu sensacyjek o ukrytych nałogach) i dobrą kawę. Szalenie dumny i szlachetny, i zawsze bewzględnie pewny wartości swojej muzyki i swojego talentu. 

Im głębiej sięgamy w biografię kompozytora (polecam tu zwłaszcza znakomitą książkę George’a R. Marka, zatytułowaną po prostu Beethoven) tym bardziej fascynujący portret wyłania nam się spod banalnych stereotypów. Zaczął głuchnąć, prawda, ale poza tym – przynajmniej w okresie powstania II Koncertu, czyli około roku 1801 – cieszył się raczej dobrym zdrowiem. Wiemy, że był niezgrabny: kieliszki, talerze i dzbany leciały mu z rąk, woda i wino chlustały swoim własnym życiem, a poranna toaleta była wyzwaniem, z którego często wychodził z bliznami po goleniu. Część tych katastrof miała jednak źródło w roztargnieniu: zamyślony, mruczący do siebie pod nosem, zdarzało się, że po posiłku w karczmie wychodził nie uregulowawszy rachunku; ale zdarzało się i tak, że prosił o rachunek zapominając „za niego” zjeść. Nigdy nie nauczył się tańczyć, ale lubił towarzystwo młodych i ulubioną rozrywką były dla niego rozmowy o... polityce i filozofii. Nie zapominajmy także, że miał powodzenie u kobiet! Beethoven i kobiety to temat wielu tomów spisanych przez stulecia, ale faktem jest, że chociaż nigdy nie założył własnej rodziny, to wywierał ponoć ogromne wrażenie na płci niewieściej i w jego życiorysie znajdziemy niejedną wzmiankę o uczuciowych perturbacjach. Ja myślę! – fascynująca osobowość (nawet z dziwactwami, one tylko bardziej intrygują!) w połączeniu z szorstką powierzchwnością, płonącymi oczami i genialną twórczością. Myślę, że dziś miałby status i powodzenie Rolling Stones’ów. Czasy po prostu były inne, inne układy towarzyskie, inne możliwości...

Po co to wszystko piszę? Bo myślę, że czasem warto też, zamiast katalogować kolejne tematy i frazy w utworze, wyobrazić sobie samego kompozytora, autora danego dzieła. II Koncert fortepianowy Beethovena jest w miarę wczesnym utworem, co stylistycznie plasuje go wśród kompozycji dosyć „typowych” w swoim czasie i gatunku. Trzyczęściowa budowa, jeszcze dosyć klasyczne brzmienia, koncertujący fortepian – to się obroni samo, można powiedzieć. A ja lubię się zastanowić wtedy KTO to napisał, jaki on był? O czym myślał, co planował, jak żył? Nie sposób znaleźć odpowiedzi na te pytania, ale miło próbować je sobie wyobrazić. Pomyślmy życzliwie o pięknym, zwariowanym Beethovenie, o fascynującym człowieku z krwi i kości.

No, a Prokofiew? Co myślimy, kiedy slyszymy to nazwisko? Sergiusz Prokofiew, jak ktoś powiedział, jest bodaj najczęściej grywanym kompozytorem dwudziestowiecznym. Może i tak – ale, co ciekawe, nie przekłada się to wcale na jego popularność w tzw. masowej świadomości. Z czym go bowiem kojarzymy? Prawdopodobnie z koncertami fortepianowymi (słusznie: napisał trzy), może z symfoniami (znowu zgoda: było ich siedem), z „jakimiś baletami” (brawo! – a najsłynniejszy z nich to Romeo i Julia, i to suity z tego właśnie dzieła cieszą się niesłabnącą popularnością), może jeszcze z uroczą „bajką muzyczną” Piotruś i wilk. Śmiem jednak twierdzić, że rzadko bylibyśmy w stanie zanucić tematy z symfonii czy baletów, o Piotrusiu już nie wspominając. A niesłusznie! – bo geniusz Prokofiewa polegał między innymi na fenomenalnej umiejętności splatania współczesności z tradycją, prostoty z wyrafinowaniem, cudownych rześkich tematów z gęstymi harmoniami. I to wszystko zachwyca, urzeka, niepokoi – ale tym kapitalnym niepokojem z rodziny: „i co dalej??”  

Piąta Symfonia należy raczej do kręgu często grywanych kompozycji rosyjskiego kompozytora. Trudno się dziwić, sami Państwo zobaczycie na najbliższym koncercie dlaczego. Co za dzieło! Co za masa dźwięków! – ale właśnie dźwięków ujarzmionych ręką genialnego architekta orkiestry, który trzyma te masy na wodzy, pod staranną kontrolą, jak pogromca tygrysów. Symfonię otwiera część powolna (Andante), rozwijająca w skupieniu bogactwo brzmień i wciągająca słuchacza w swój świat, jak w wielki fotel z ciężkiego pluszu. Zapadniemy się w niego, otoczymy dźwiękami. A tu już w drugą część wprowadza nas w podrygach klarnet, zawadiackim temacikiem. I już mamy całą feerię kolorów orkiestry, to doprawdy rozmach godny najlepszych produkcji Hollywood! Można się pogubić w postaciach wirujących w tym roześmianym tańcu. I znowu hamujemy, trzecia część się uspokaja, senna, znowu nasycona barwami i brzmieniami. Ostatnia część – szybka, a jakże – zaczyna się niewinnie i spokojnie, ale wnet kompozytor spuszcza ze smyczy tygrysa (a raczej lwiątka, daleko tu do groźnej powagi z wielkimi zębiskami) i cała machina rusza w kolejny taniec. Fascynujące jest obserwowanie orkiestry raz puszczonej w ruch w taki obłęd: nie do zatrzymania! Pod koniec tejże części (a trwa ona ok. 10 minut – cała symfonia około 40 minut) polecam zwrócenie uwagi na smyczki, a zwłaszcza ich pierwsze głosy, będą mieli tam co robić, oj będą! Mam nadzieję, że się nie wywrócą, ostatnio ślisko na ulicach, a tam będzie pęd, że ho ho... Trzymajmy się mocno krzeseł!


fot: Alvise Valier


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz