Beethoven i
Prokofiew. Nawet jeśli nie kojarzą nam się stylistycznie przesadnie blisko
siebie, to jedno możemy na pewno założyć: w obu przypadkach mamy do czynienia z
fantastycznymi fachowcami, zwłaszcza jeśli chodzi o orkiestrę. Każdy opanował
ją w swoim czasie, w swoim języku i estetyce, ale z naszej odległej już perspektywy
historycznej możemy wyraźnie zauważyć olbrzymią swobodę obu kompozytorów w
poruszaniu się w tym niebezpiecznym środowisku, jakim czasami bywa zespół
kilkudziesięciu instrumentów zebranych naraz. Potencjał wielości barw, masy i
splątanych linii, który potrafi zarówno olśnić w ręku fachowca, jak i wierzgnąć
jak narowisty koń przy nieostrożnym prowadzeniu czy też prychnąć mało wytwornym
rżeniem (by pozostać przy hippicznych asocjacjach). Ale nie bójmy się – w tym
tygodniu kompozytorzy zabłysną klasą, cokolwiek nas wytrąci z słusznego
poczucia satysfakcji muzycznej, będziemy mogli lekką ręką zrzucić na
wykonawców...
Zastanawiam
się czasami, na ile nasze wyobrażenia o kompozytorach oparte są na utartych
powierzchownych stereotypach, na ile oceniamy twórców wedle kilku zaledwie,
najsłynniejszych dzieł, podpartych jedną może mizerną reprodukcją portretu?
Myślę tu oczywiście głównie o Beethovenie, który w świadomości wielu melomanów utkwił
jako diaboliczny starszawy mężczyzna z rozwichrzonymi siwymi włosami (ze słynnego
obrazu Josepha Karla Stielera, powielanego w tysiącach kopii) – a przecież na
obrazie tym jest on zaledwie 50-letni, a ileż swoich arcydzieł napisał
wcześniej! Wcześniej – czyli także przed słynną IX Symfonią, z którą przeciętny
zjadacz chleba Beethovena skojarzy. Ludwig van Beethoven z czasów powstania II Koncertu fortepianowego to trzydziestoletni
człowiek w sile wieku i pełen młodzieńczej wiary w ideały – oraz we własną muzykę.
Zaczyna już, niestety, zauważać pierwsze symptomy diabelskiej choroby uszu,
która z czasem pozbawiła go słuchu. Na razie jednak jeszcze słyszy, chociaż troszkę
gorzej, lecz w dalszym ciągu daje koncerty jako pianista i dyrygent, próbuje prowadzić
normalne życie. Idealista zaczytany w poezji i filozofii (lubił wypisywać
sobie cytaty z utworów, które szczególnie go poruszyły), z czupryną czarnych
włosów i ciemnymi, świdrującymi oczami. Zdolny do napadów furii i grubiańskich awantur,
wygłaszający swoje zdanie bez ogródek i bez względu na pozycję społeczną
interlokutora (ach, ach! – bo przecież mówimy o Wiedniu początku XIX wieku),
lecz z drugiej strony niesłychanie wrażliwy, hojny, przyciągający jak magnes
młodych ludzi, których fascynowała jego twórczość i nowoczesność. Uwielbiał
rubaszne żarty, zbywało mu za to na lekkości dowcipów. Śmiech miał huczny i tubalny,
drżały od niego szyby w oknach. Lubił też dobre wino (chociaż nie znajdziemy
tu sensacyjek o ukrytych nałogach) i dobrą kawę. Szalenie dumny i szlachetny, i
zawsze bewzględnie pewny wartości swojej muzyki i swojego talentu.
Im głębiej
sięgamy w biografię kompozytora (polecam tu zwłaszcza znakomitą książkę George’a
R. Marka, zatytułowaną po prostu Beethoven) tym bardziej fascynujący portret
wyłania nam się spod banalnych stereotypów. Zaczął głuchnąć, prawda, ale poza
tym – przynajmniej w okresie powstania II
Koncertu, czyli około roku 1801 – cieszył się raczej dobrym zdrowiem.
Wiemy, że był niezgrabny: kieliszki, talerze i dzbany leciały mu z rąk, woda i
wino chlustały swoim własnym życiem, a poranna toaleta była wyzwaniem, z
którego często wychodził z bliznami po goleniu. Część tych katastrof miała
jednak źródło w roztargnieniu: zamyślony, mruczący do siebie pod nosem,
zdarzało się, że po posiłku w karczmie wychodził nie uregulowawszy rachunku;
ale zdarzało się i tak, że prosił o rachunek zapominając „za niego” zjeść. Nigdy
nie nauczył się tańczyć, ale lubił towarzystwo młodych i ulubioną rozrywką były
dla niego rozmowy o... polityce i filozofii. Nie zapominajmy także, że miał
powodzenie u kobiet! Beethoven i kobiety to temat wielu tomów spisanych przez
stulecia, ale faktem jest, że chociaż nigdy nie założył własnej rodziny, to
wywierał ponoć ogromne wrażenie na płci niewieściej i w jego życiorysie znajdziemy
niejedną wzmiankę o uczuciowych perturbacjach. Ja myślę! – fascynująca osobowość
(nawet z dziwactwami, one tylko bardziej intrygują!) w połączeniu z szorstką
powierzchwnością, płonącymi oczami i genialną twórczością. Myślę, że dziś
miałby status i powodzenie Rolling Stones’ów. Czasy po prostu były inne, inne
układy towarzyskie, inne możliwości...
Po co to
wszystko piszę? Bo myślę, że czasem warto też, zamiast katalogować kolejne
tematy i frazy w utworze, wyobrazić sobie samego kompozytora, autora danego
dzieła. II Koncert fortepianowy
Beethovena jest w miarę wczesnym utworem, co stylistycznie plasuje go
wśród kompozycji dosyć „typowych” w swoim czasie i gatunku. Trzyczęściowa
budowa, jeszcze dosyć klasyczne brzmienia, koncertujący fortepian – to się
obroni samo, można powiedzieć. A ja lubię się zastanowić wtedy KTO to napisał,
jaki on był? O czym myślał, co planował, jak żył? Nie sposób znaleźć odpowiedzi
na te pytania, ale miło próbować je sobie wyobrazić. Pomyślmy życzliwie o
pięknym, zwariowanym Beethovenie, o fascynującym człowieku z krwi i kości.
No, a
Prokofiew? Co myślimy, kiedy slyszymy to nazwisko? Sergiusz Prokofiew, jak ktoś
powiedział, jest bodaj najczęściej grywanym kompozytorem dwudziestowiecznym. Może
i tak – ale, co ciekawe, nie przekłada się to wcale na jego popularność w tzw.
masowej świadomości. Z czym go bowiem kojarzymy? Prawdopodobnie z koncertami
fortepianowymi (słusznie: napisał trzy), może z symfoniami (znowu zgoda: było
ich siedem), z „jakimiś baletami” (brawo! – a najsłynniejszy z nich to Romeo i Julia, i to suity z tego właśnie
dzieła cieszą się niesłabnącą popularnością), może jeszcze z uroczą „bajką
muzyczną” Piotruś i wilk. Śmiem
jednak twierdzić, że rzadko bylibyśmy w stanie zanucić tematy z symfonii czy
baletów, o Piotrusiu już nie
wspominając. A niesłusznie! – bo geniusz Prokofiewa polegał między innymi na
fenomenalnej umiejętności splatania współczesności z tradycją, prostoty z
wyrafinowaniem, cudownych rześkich tematów z gęstymi harmoniami. I to wszystko zachwyca,
urzeka, niepokoi – ale tym kapitalnym niepokojem z rodziny: „i co dalej??”
Piąta Symfonia należy raczej do kręgu
często grywanych kompozycji rosyjskiego kompozytora. Trudno się dziwić, sami
Państwo zobaczycie na najbliższym koncercie dlaczego. Co za dzieło! Co za masa
dźwięków! – ale właśnie dźwięków ujarzmionych ręką genialnego architekta
orkiestry, który trzyma te masy na wodzy, pod staranną kontrolą, jak pogromca tygrysów.
Symfonię otwiera część powolna (Andante),
rozwijająca w skupieniu bogactwo brzmień i wciągająca słuchacza w swój świat,
jak w wielki fotel z ciężkiego pluszu. Zapadniemy się w niego, otoczymy
dźwiękami. A tu już w drugą część wprowadza nas w podrygach klarnet,
zawadiackim temacikiem. I już mamy całą feerię kolorów orkiestry, to doprawdy
rozmach godny najlepszych produkcji Hollywood! Można się pogubić w postaciach
wirujących w tym roześmianym tańcu. I znowu hamujemy, trzecia część się uspokaja,
senna, znowu nasycona barwami i brzmieniami. Ostatnia część – szybka, a jakże –
zaczyna się niewinnie i spokojnie, ale wnet kompozytor spuszcza ze smyczy tygrysa
(a raczej lwiątka, daleko tu do groźnej powagi z wielkimi zębiskami) i cała
machina rusza w kolejny taniec. Fascynujące jest obserwowanie orkiestry raz
puszczonej w ruch w taki obłęd: nie do zatrzymania! Pod koniec tejże części (a
trwa ona ok. 10 minut – cała symfonia około 40 minut) polecam zwrócenie uwagi
na smyczki, a zwłaszcza ich pierwsze głosy, będą mieli tam co robić, oj będą! Mam
nadzieję, że się nie wywrócą, ostatnio ślisko na ulicach, a tam będzie pęd,
że ho ho... Trzymajmy się mocno krzeseł!
![]() |
| fot: Alvise Valier |

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz