czwartek, 25 kwietnia 2013

Wzruszenia



Powiedzieć, że muzyka jest emocjami ubranymi w dźwięki to trywializm. Ale czasem trzeba powtórzyć głośno nawet najbardziej trywialne prawdy, kiedy widzimy je wyraźnie, jak na dłoni, kiedy można tylko pokiwać głową: no właśnie, przecież tak! Program koncertu w tym tygodniu zaleje nas wodospadem uczuć, jakby na potwierdzenie tej podstawowej prawdy.

Po pierwsze – usłyszymy nowy utwór rosyjskiego kompozytora, Yevgeny’a Irsai, poświęcony katastrofie smoleńskiej i zatytułowany 10 minutes about Katyń. Będzie to, jak ogłasza Filharmonia, światowe prawykonanie kompozycji, więc trudno powiedzieć tu o muzyce cokolwiek, poza oczywistym faktem odniesienia jej do niezwykle intensywnego emocjonalnie fragmentu najnowszej historii Polski. Kompozytor w zapowiedzi programowej wyjawia dodatkowo, że „tytuł nawiązuje do znanego filmu pt. O dziesięc minut starsi (Ten Minutes Older)”. Warto zatem przypomnieć, że ów film, do którego odnosi się kompozytor, powstał w 2002 roku i jest w rzeczywistości dwoma zbiorami krótkich nowel filmowych. Co jakiś czas pojawiają się tego typu „projekty”, coś w rodzaju collage’u zebranego z dzieł wybitnych tworców. Był kiedyś uroczy cykl Paris, je t’aime z 2006 r., był także 11.09.01 z 2002 r. (poświęcony atakom na WTC), a sama idea artystycznej pracy zbiorowej nie jest przecież nowa, bo już nawet po śmierci Rossiniego poproszono 13 kompozytorów (w tym Verdiego) o napisanie części do zbiorowej Mszy dla Rossiniego (Messa per Rossini)... O dziesięć minut starsi podejmuje zagadnienie upływu czasu; każdy reżyser miał do dyspozycji dokładnie 10 minut i wolność tematyki oraz formy. Powstały dwa cykle krótkometrażowych opowieści, połączone – co ciekawe – motywami instrumentalnymi, stąd też dwa podtytuły: Trąbka i Wiolonczela (The Trumpet i The Cello). Ciekawe w jaki sposób Irsai podejmie temat wiadomych dziesięciu minut upływającego czasu...

fot. Alvise Valier


A dalej? – dalej emocje już tylko rosną.
Koncert wiolonczelowy Dvořaka... Mówi się czasem, że to wręcz jeden z najpiękniejszych koncertów instrumentalnych w ogóle. Powstał w latach 1894-95, w czasie gdy kompozytor przebywał w Stanach. W 1893 r. Dvořak napisał słynną Symfonię z Nowego Świata, w następnym roku rozpoczął pracę nad koncertem wiolonczelowym. Zabawnym może nam się dziś wydać, ze Dvořak przez wiele lat niechętnie myślał o koncercie na wiolonczelę. Uważał ten instrument za uroczy, ale twierdził, iż „jego miejsce jest w orkiestrze i muzyce kameralnej. Jako instrument solowy nie sprawdza się...”. Sprawdził się jednak, jak wiadomo, i to tak znakomicie, że Koncert wiolonczelowy Dvořaka wszedł do absolutnego kanonu arcydzieł muzyki.
Jest jeszcze jedna, piękna i jakże ludzka, historia związana z tym utworem. Otóż czas pracy nad Koncertem zbiegł się z przykrymi wiadomościami z kraju, jakie dotarły do kompozytora, o ciężkiej chorobie Josefíny Čermakovej-Kaunicovej. Josefína Čermáková była jego uczennicą w latach młodości, jego pierwszą – i, jak niektórzy twierdzą, największą w życiu – miłością. Jak to często bywa, panna nie odwzajemniła jego uczucia i wyszła za mąż za innego, zaś Dvořak poślubił... siostrę Josefíny, Annę (podobnie swego czasu zrobił także, jak pamiętamy, Mozart, poślubiając siostrę swej pierwszej wybranki). Czy dawne uczucie zostało w nim przez te wszystkie lata, czy tylko odezwało się czułym a bolesnym wspomnieniem na obcej ziemi – nie wiem. Faktem jest, że Dvořak tęsknił ogromnie za ojczyzną, a wiadomość o śmiertelnej chorobie szwagierki uderzyła go niezwykle mocno. I te właśnie emocje, tęsknoty, żalu, dawnego uczucia z młodości – przelał, między innymi, w cudowny Koncert wiolonczelowy.
Koncert ma trzy części. W pierwszej właściwie przeniesiemy się znowu – jak w słynnej Symfonii – do Nowego Świata, do Ameryki. Napisana jest z rozmachem, z cudownymi szerokimi tematami, z barwną orkiestrą znakomicie uzupełniającą partię solową. Orkiestra nie zagłusza wiolonczeli, ale z nią dialoguje (często pięknymi solowymi frazami poszczególnych instrumentów), towarzyszy jej, dobarwia. Soczyste brzmienia, piękne frazy przypominające klimatem „amerykańską” Symfonię, fanfary i blask. Część druga zwraca się już w stronę ukochanych Czech, ojczyzny i odchodzącej Josefíny. Wiolonczela zaczyna „łkać” (zwróćcie Państwo uwagę na ten prosty, a piękny zabieg: „westchnieniowe” króciutkie opadające motywy wiolonczeli), zaś orkiestra wprowadza jakże wiele mówiącą melodię: cytat z pieśni Dvořaka Lass mich allein (Kéž duch můj sám...), ulubionej pieśni Josefíny. Polecam Państwu wysłuchanie wcześniej tej uroczej pieśni (tutaj jest link do nagrania na youtube), warto mieć ją w uszach przed pójściem na koncert, żeby w pełni decenić subtelną grę emocji i podtekstów, wplecioną przez kompozytora w utwór.
Trzecia część, w formie „kreatywnego ronda” (ABA-CDC-AEA, jeśli już mamy być dokładni), znowu olśniewa blaskiem, kolorami instrumentacji (jakże tu wiele pięknych partii solowych w orkiestrze!) i na koniec, ach... na koniec znowu daje wyraz emocjom tłoczącym się w sercu Dvořaka. Po fanfarowych wejściach blachy, gdzie – wydawałoby się – powinien nastąpić finalny akord, kompozytor oddaje jeszcze raz hołd Josefínie: klarnet mruczy pierwszy temat Koncertu, podczas gdy na jego tle skrzypce wysnuwają śliczną, słodką melodię Lass mich allein (z charakterystycznym, otwierającym skokiem oktawy, jak wspięciem na palce). Wiolonczela odpowiada na to, jakby unosząć miękko duszę ukochanej do nieba, a całość wieńczy już faktycznie ostatnie, pełne i jasne tutti.  

fot. Alvise Valier



Tyle uczuć, tyle piękna po prostu w jednym ślicznym Koncercie. Ale jakby tego było nam jeszcze mało, przeniesiemy się zaraz – jak na latającym dywanie – na Wschód, w krainę Orientu, do świata baśni Szeherezady odmalowaną w cudownej suicie orkiestrowej Rimskiego-Korsakowa. Wszyscy znamy na pewno historię pięknej i mądrej Szeherezady, która uniknęła śmierci z rąk męża, sułtana Szachrijara, opowiadając mu co noc kolejną część niekończącej się baśni. Rimski-Korsakow opowie nam kilka z tych baśni, kolejne części suity mają jakże wiele obiecujące tytuły:

1. Wstęp. Morze i okręt Sindbada
2. Opowiadanie księcia Kalendera
3. Młody książę i księżniczka
4. Święta w Bagdadzie. Morze. Okręt rozbija się o skałę, na której wznosi się żelazny posąg jeźdźca. Zakończenie

Sam kompozytor, który ukończył suitę w 1888 r., początkowo wzbraniał się przed dodawaniem ściśle programowych tytułów i historii do części utworu. Mówił: „Chciałem jedynie, aby słuchacz któremu spodoba się moja muzyka symfoniczna, poddał się wrażeniu opowieści orientalnej historii o baśniowych wędrówkach i przygodach, zamiast sluchać utworu jedynie jako zbioru czterech części następujących po sobie i opartych na podobnym materiale tematycznym”. Chwała mu za to, że w końcu podpowiedział słuchaczom krainy, przez które nas prowadzi, zarysował lekko kontury świata, w którym się znajdziemy. Baśniowy czy prawdziwy, jest to na pewno świat niesłychanie barwny, iskrzący blaskiem instrumentacji i fantazją melodyki. Pierwszy temat – sułtana – jest mocny, „męski”, zdecydowany i srogi. Lekko opasły nawet. I zaraz po nim wpływa leciutka Szeherezada, migocąc ślicznymi ornamentami skrzypiec, zawijanymi jakby w powłóczyste szale i koraliki, dzwoniącymi błyskotkami muzycznej biżuterii. Tematy te przeplatają się przez cały utwór, wraz z całą bogatą paletą innych „postaci” tej muzycznej baśni tysiąca i jednej nocy. Tu już nie ma co opowiadać – to trzeba usłyszeć, i śmiało puścić wodze wyobraźni. Obudźmy w sobie dziecko i ruszajmy w podróż z Sidbadem i jego towarzyszami. 

fot. Alvise Valier



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz