Powiedzieć, że muzyka jest emocjami ubranymi w dźwięki to
trywializm. Ale czasem trzeba powtórzyć głośno nawet najbardziej trywialne
prawdy, kiedy widzimy je wyraźnie, jak na dłoni, kiedy można tylko pokiwać
głową: no właśnie, przecież tak! Program koncertu w tym tygodniu zaleje nas wodospadem
uczuć, jakby na potwierdzenie tej podstawowej prawdy.
Po pierwsze – usłyszymy nowy utwór rosyjskiego kompozytora,
Yevgeny’a Irsai, poświęcony katastrofie smoleńskiej i zatytułowany 10 minutes about Katyń. Będzie to, jak
ogłasza Filharmonia, światowe prawykonanie kompozycji, więc trudno powiedzieć tu
o muzyce cokolwiek, poza oczywistym faktem odniesienia jej do niezwykle
intensywnego emocjonalnie fragmentu najnowszej historii Polski. Kompozytor w
zapowiedzi programowej wyjawia dodatkowo, że „tytuł nawiązuje do znanego filmu
pt. O dziesięc minut starsi (Ten Minutes Older)”. Warto zatem przypomnieć,
że ów film, do którego odnosi się kompozytor, powstał w 2002 roku i jest w
rzeczywistości dwoma zbiorami krótkich nowel filmowych. Co jakiś czas pojawiają
się tego typu „projekty”, coś w rodzaju collage’u zebranego z dzieł wybitnych
tworców. Był kiedyś uroczy cykl Paris, je
t’aime z 2006 r., był także 11.09.01
z 2002 r. (poświęcony atakom na WTC), a sama idea artystycznej pracy zbiorowej nie jest przecież nowa, bo
już nawet po śmierci Rossiniego poproszono 13 kompozytorów (w tym Verdiego) o
napisanie części do zbiorowej Mszy dla
Rossiniego (Messa per Rossini)...
O dziesięć minut starsi podejmuje
zagadnienie upływu czasu; każdy reżyser miał do dyspozycji dokładnie 10 minut i
wolność tematyki oraz formy. Powstały dwa cykle krótkometrażowych opowieści, połączone
– co ciekawe – motywami instrumentalnymi, stąd też dwa podtytuły: Trąbka i Wiolonczela (The Trumpet i The Cello). Ciekawe w jaki sposób Irsai
podejmie temat wiadomych dziesięciu minut upływającego czasu...
![]() |
| fot. Alvise Valier |
A dalej? – dalej emocje już tylko rosną.
Koncert wiolonczelowy Dvořaka... Mówi się czasem, że to wręcz jeden z
najpiękniejszych koncertów instrumentalnych w ogóle. Powstał w latach 1894-95,
w czasie gdy kompozytor przebywał w Stanach. W 1893 r. Dvořak napisał słynną
Symfonię z Nowego Świata, w następnym roku rozpoczął pracę nad koncertem
wiolonczelowym. Zabawnym może nam się dziś wydać, ze Dvořak przez wiele lat niechętnie
myślał o koncercie na wiolonczelę. Uważał ten instrument za uroczy, ale twierdził,
iż „jego miejsce jest w orkiestrze i muzyce kameralnej. Jako instrument solowy
nie sprawdza się...”. Sprawdził się jednak, jak wiadomo, i to tak znakomicie,
że Koncert wiolonczelowy Dvořaka
wszedł do absolutnego kanonu arcydzieł muzyki.
Jest jeszcze jedna, piękna i jakże ludzka, historia
związana z tym utworem. Otóż czas pracy nad Koncertem zbiegł się z przykrymi wiadomościami
z kraju, jakie dotarły do kompozytora, o ciężkiej chorobie Josefíny
Čermakovej-Kaunicovej. Josefína Čermáková była jego uczennicą w latach
młodości, jego pierwszą – i, jak niektórzy twierdzą, największą w życiu –
miłością. Jak to często bywa, panna nie odwzajemniła jego uczucia i wyszła za
mąż za innego, zaś Dvořak poślubił... siostrę Josefíny, Annę (podobnie swego
czasu zrobił także, jak pamiętamy, Mozart, poślubiając siostrę swej pierwszej
wybranki). Czy dawne uczucie zostało w nim przez te wszystkie lata, czy tylko odezwało
się czułym a bolesnym wspomnieniem na obcej ziemi – nie wiem. Faktem jest, że Dvořak
tęsknił ogromnie za ojczyzną, a wiadomość o śmiertelnej chorobie szwagierki uderzyła
go niezwykle mocno. I te właśnie emocje, tęsknoty, żalu, dawnego uczucia z
młodości – przelał, między innymi, w cudowny Koncert wiolonczelowy.
Koncert ma trzy części. W pierwszej właściwie przeniesiemy
się znowu – jak w słynnej Symfonii – do Nowego Świata, do Ameryki. Napisana jest
z rozmachem, z cudownymi szerokimi tematami, z barwną orkiestrą znakomicie
uzupełniającą partię solową. Orkiestra nie zagłusza wiolonczeli, ale z nią
dialoguje (często pięknymi solowymi frazami poszczególnych instrumentów), towarzyszy
jej, dobarwia. Soczyste brzmienia, piękne frazy przypominające klimatem „amerykańską”
Symfonię, fanfary i blask. Część druga zwraca się już w stronę ukochanych
Czech, ojczyzny i odchodzącej Josefíny. Wiolonczela zaczyna „łkać” (zwróćcie
Państwo uwagę na ten prosty, a piękny zabieg: „westchnieniowe” króciutkie
opadające motywy wiolonczeli), zaś orkiestra wprowadza jakże wiele mówiącą
melodię: cytat z pieśni Dvořaka Lass mich
allein (Kéž
duch můj sám...), ulubionej pieśni Josefíny. Polecam Państwu wysłuchanie
wcześniej tej uroczej pieśni (tutaj jest link do nagrania na youtube), warto mieć
ją w uszach przed pójściem na koncert, żeby w pełni decenić subtelną grę emocji
i podtekstów, wplecioną przez kompozytora w utwór.
Trzecia część, w formie „kreatywnego ronda” (ABA-CDC-AEA,
jeśli już mamy być dokładni), znowu olśniewa blaskiem, kolorami instrumentacji
(jakże tu wiele pięknych partii solowych w orkiestrze!) i na koniec, ach... na
koniec znowu daje wyraz emocjom tłoczącym się w sercu Dvořaka. Po fanfarowych
wejściach blachy, gdzie – wydawałoby się – powinien nastąpić finalny akord,
kompozytor oddaje jeszcze raz hołd Josefínie: klarnet mruczy pierwszy temat Koncertu, podczas gdy na jego tle
skrzypce wysnuwają śliczną, słodką melodię Lass
mich allein (z charakterystycznym, otwierającym skokiem oktawy, jak
wspięciem na palce). Wiolonczela
odpowiada na to, jakby unosząć miękko duszę ukochanej do nieba, a całość
wieńczy już faktycznie ostatnie, pełne i jasne tutti.
![]() |
| fot. Alvise Valier |
Tyle uczuć, tyle piękna po prostu w jednym ślicznym Koncercie. Ale jakby tego było nam jeszcze mało, przeniesiemy się zaraz – jak na
latającym dywanie – na Wschód, w krainę Orientu, do świata baśni Szeherezady
odmalowaną w cudownej suicie orkiestrowej Rimskiego-Korsakowa. Wszyscy znamy na
pewno historię pięknej i mądrej Szeherezady, która uniknęła śmierci z rąk męża,
sułtana Szachrijara, opowiadając mu co noc kolejną część niekończącej się baśni.
Rimski-Korsakow opowie nam kilka z tych baśni, kolejne części suity mają jakże
wiele obiecujące tytuły:
1. Wstęp. Morze i okręt Sindbada
2. Opowiadanie księcia Kalendera
3. Młody książę i księżniczka
4. Święta w Bagdadzie. Morze. Okręt rozbija się o skałę,
na której wznosi się żelazny posąg jeźdźca. Zakończenie
Sam kompozytor, który ukończył suitę w 1888 r.,
początkowo wzbraniał się przed dodawaniem ściśle programowych tytułów i
historii do części utworu. Mówił: „Chciałem jedynie, aby słuchacz któremu
spodoba się moja muzyka symfoniczna, poddał się wrażeniu opowieści orientalnej
historii o baśniowych wędrówkach i przygodach, zamiast sluchać utworu jedynie jako
zbioru czterech części następujących po sobie i opartych na podobnym materiale
tematycznym”. Chwała mu za to, że w końcu podpowiedział słuchaczom krainy,
przez które nas prowadzi, zarysował lekko kontury świata, w którym się znajdziemy.
Baśniowy czy prawdziwy, jest to na pewno świat niesłychanie barwny, iskrzący
blaskiem instrumentacji i fantazją melodyki. Pierwszy temat – sułtana – jest mocny,
„męski”, zdecydowany i srogi. Lekko opasły nawet. I zaraz po nim wpływa leciutka
Szeherezada, migocąc ślicznymi ornamentami skrzypiec, zawijanymi jakby w powłóczyste
szale i koraliki, dzwoniącymi błyskotkami muzycznej biżuterii. Tematy te przeplatają się przez cały utwór, wraz z całą bogatą paletą innych „postaci” tej muzycznej baśni tysiąca i jednej nocy. Tu już
nie ma co opowiadać – to trzeba usłyszeć, i śmiało puścić wodze wyobraźni.
Obudźmy w sobie dziecko i ruszajmy w podróż z Sidbadem i jego towarzyszami.
![]() |
| fot. Alvise Valier |



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz