Pisałam
niedawno o dwóch Panach B. – dzisiaj napiszę o dwóch Panach M. W tym tygodniu
Filharmonia serwuje nam tryptyk „okołoklasyczny”: Mozart – Mendelssohn –
Mozart. Żeby wytwornie powitać pojawiającą się już pomalutku wiosnę, żeby jej
nie społoszyć zbyt ciężkimi fanfarami. Ot, delikatne koronkowe utwory, z wiosennej
kolekcji tych trochę mniej znanych, a przez to przyjemnie świeżych dla ucha.
Wiosenne nowalijki.
Wszystkie
bowiem pozycje w programie zaliczają się do mniej popularnych – z różnych
powodów – dzieł Mozarta i Mendelssohna. W przypadku Mozarta wydaje się, że
problem tkwi w ilości muzyki, jaką pozostawił po sobie ten istny karabin
maszynowy kompozycji. Często przytacza się czyjeś obliczenia, że kopista, który
chciałby przepisać wszystkie jego utwory, musiałby żyć dłużej niż sam Mozart! (a
wliczamy w to przecież także pierwsze dwa lata, kiedy dzieciak Wolfi raczej nie
był w stanie unieść ołówka w łapce...) Pisał błyskawicznie, niedbale pod
względem kaligraficznym ale – jakże to się dobrze składa – od razu świetnie, nie
musiał niczego poprawiać. Po prostu najszybciej jak się da przerzucał muzykę z
głowy na papier, żeby iść dalej, myśleć o kolejnych utworach, komponować
następne. Stąd olbrzymia ilość arcydzieł, stąd też trudny wybór w układaniu
programów, sprowadzający się zazwyczaj do prezentacji tych najbardziej znanych,
najcudowniejszych, których ciągle nam mało i chcemy je słyszeć po raz kolejny.
Ale w tym
tygodniu usłyszymy dwie kompozycje z tych „przykurzonych”, wiosna to dobry czas
na porządkowe wietrzenie lekko zapomnianego repertuaru.
Divertimento
KV 136 to przykład takiej mozartowskiej ślicznej, prawie kameralnej drobnostki.
Przeznaczone na orkiestrę smyczkową, nie upiera się jednak przy orkiestrowych
honorach i równie wdzięcznie prezentuje sie w mini-spódniczce kwartetu
smyczkowego, delikatniejsze wtedy w dźwięku i intymniejsze w wyrazie. Ułożone w
wytworny tryptyk części wedle starych, dobrych wzorów włoskiej sinfonii (czyli po prostu części:
szybka-wolna-szybka), wita nas klasycznym allegrem sonatowym, kołysze następnie
uroczym Andante i wybiega ze sceny błyskotliwym Presto. Taki muzyczny podlotek.
Serenada KV
204 zamykająca koncert jest nieco większa w rozmiarze, składa się na nią kalejdoskop
siedmiu części. Powstała w sierpniu 1775 roku, badacze podejrzewają zatem, że
przenaczona była na ceremonię zakończenia roku na Uniwersytecie w Salzburgu. W
owym czasie, co ciekawe, symfonie uważane były za drugorzędną atrakcję wieczoru
teatralnego lub koncertu, natomiast serenady – ho ho! – to one miały status
głównej atrakcji wieczoru. Pisane najczęściej „z okazji”, na zamówienie, ku czci
i dla uhonorowania. Gwoździe programu. Mozart często przy tym pisał dyplomatycznie
i myślał perspektywicznie: dlaczego pisać jedynie Serenadę per se, jeśli można ją napisać tak aby potem cztery z jej części
wykorzystać (i sprzedać) zgrabnie jako symfonię? Tak też zrobił z tą Serenadą i
jej czterema częściami: pierwszą, piątą, szóstą i siódmą. Czysty zysk! –
chociaż drobny, dodajmy. Mówimy bowiem o czasach, kiedy nie znano tantiem, a
kompozytor zarabiał głównie pisząc na zamówienie (czyli sprzedając jednorazowo
utwór). Nawet jeśli następnie autor osiągał fantastyczną popularność („Wesele
Figara”, „Don Juan”, Czarodziejski flet” to były przecież kolosalne sukcesy!) –
to jeśli nie pisał, dużo, szybko i dla hojnych mecenasów – biedował. Tak też
było z Mozartem. Nie miał pieniędzy, zwłaszcza pod koniec życia, wszyscy wiemy
jak bardzo ich nie miał, do bólu, do choroby i do wspólnego grobu dla biedaków.
Nic dziwnego, że pisał ile tylko mógł, dla wszystkich i na wszystkie okazje.
Stąd między innymi teraz nasze bogactwo utworów Wolfganga Amadeusza. I to
akurat na całe szczęście...
Koncert
d-moll Feliksa Mendelssohna także należy do grupy tych “nieobnoszonych”. Wszyscy,
absolutnie wszyscy znają jego drugi, cudownie romantyczny koncert skrzypcowy
e-moll. Zdecydowanie rzadziej grywany jest „ten drugi”, de facto pierwszy
młodzieńczy koncert, napisany przez trzynastoletniego wówczas chłopca. Trzeba tu
bowiem przypomnieć, że słuchamy w tym tygodniu utworów dwóch „cudownych dzieci”:
zarówno Mozart (co każdy wie) jak i Mendelssohn (już może mniej) zaczęli
karierę muzyczną bardzo wcześnie, jako małe berbecie właściwie. Mozart co
prawda wygrywa ze wszystkimi z wynikiem 4 lat jako wiek debiutu
kompozytorskiego, ale Felix depcze mu po piętach rozpoczynając publiczne życie
muzyka około 9 roku życia. Pomiędzy 12 a 14 rokiem życia (lata 1821-1823) napisał
dwanaście symfonii na orkiestrę smyczkową i o ile nie są one zbyt często
grywane, to jednak – są. W tym samym czasie powstał koncert skrzypcowy, skomponowany
dla przyjaciela (i nauczyciela) Eduarda Rietza. Zapomniany przez lata, został
odnaleziony na wiosnę (aha! I znowu wiosna...) 1951 roku przez Yehudi Menuhina i
przywrócony światu na koncercie w Carnegie Hall w lutym 1952. Nie patrzmy na
niego przez pryzmat wieku autora, pryszczatego prawdopodobnie nastolatka.
Posłuchajmy utworu kompozytora, który ponad dwadzieścia lat później podjął
zaczęty temat koncertu skrzypcowego i „dopowiedział go” słynnym, przepięknym
koncertem e-moll. Ten pierwszy bardzo wyraźnie go zapowiada.
Na
jutrzejszy, piątkowy koncert, proszę także nie zapomnieć goździka w butonierce
i tulipanów w ręku. Koniecznie. 8 marca, Dzień Kobiet! Święto niestety zdewaluowane w
smutnych czasach komunizmu, ja osobiście z przyjemnością propaguję i obchodzę.
Święto kobiet wspaniale pasuje mi do początku wiosny, kiedy pojawiają się
pierwsze kwiaty i wychodzi słońce. Wróćmy do hasła „kwiatek dla Ewy” i dajmy
naszym Paniom chocby po tulipanie. Na Kleparzu są po złotówce! Tak niewiele, a
już jest kawałek słońca w wazoniku.
Pięknych
kwiatów wszystkim Paniom życzę!
 |
| fot. Ryszard Marczak |