Koncerty fortepianowe Fryderyka Chopina są bodaj najsłynniejszymi koncertami fortepianowymi na
świecie; a już na pewno w Polsce. Pomijając Konkursy Chopinowskie, grywa się je
i odtwarza z nagrań często, słyszy się Chopina w radiu, w tle filmów i reklam
telewizyjnych, w wytwornych sklepach i przy romantycznych kolacjach. A Chopin
to wszystko wytrzymuje i nie „tanieje”, niezmiennie zachwyca i nie traci na
klasie. „Panowie, czapki z głów – to geniusz”, jak napisał kiedyś o nim Robert Schumann.
To naprawdę geniusz. Amen.
Ale też w związku z tym tak wiele
już powiedziano i napisano o obu koncertach fortepianowych Chopina, że nie będę
tutaj jednak wyważała otwartych muzykologicznych drzwi. Może tylko przypomnę
kilka mniej popularnych ciekawostek z okolic powstania obu kompozycji, jako że
powstały niemal jednocześnie, między 1829 a 1830 rokiem, w „sąsiednich”
tonacjach, e-moll i f-moll. Prawykonanie Koncertu
e-moll miało miejsce w Warszawie, 11 października 1830 roku a tuż zaraz –
jak pamiętamy – w listopadzie tego roku wybuchło Powstanie Listopadowe. Chopina
w czasie Powstania nie było już w kraju, wyjechał najpierw do Wiednia, potem dalej
do Paryża, lecz w związku z Powstaniem nie wrócił już do Polski i został – na zawsze
– na emigracji. Oba jego koncerty nie mają jednak w sobie dramatyzmu
przedpowstaniowych dni, są raczej, jak mawiają historycy, ostatnimi porywami popularnego
wówczas muzycznego stylu brillant
(błyskotliwego, efektownego, lekko sentymentalnego...). Młodziutki, dwudziestoletni
Chopin był świadomy nastrojów politycznych w Polsce, ale za bardzo skupiony był
na swojej muzyce, żeby brać czynny udział w przygotowaniach do walk, czy też potem
– w samym Powstaniu.
O drugiej części swojego Koncertu pisał do przyjaciela Tytusa
Woyciechowskiego: „Jest to jakieś dumanie w piękny czas wiosnowy, ale przy
księżycu”. Na pewno dumał niemało i on sam, zauroczony w owym czasie śliczną
młodą śpiewaczką Konstancją Gładkowską, przeżywający typowe młodzieńcze
rozterki i dylematy uczuciowe. 2 listopada wyjechał na zawsze z Polski, z
wierszykiem od Konstancji w sztambuchu:
„Ażeby wieniec sławy w
niezwiędły zamienić,
Rzucasz lubych przyjaciół i
rodzinę drogą.
Mogą Cię obcy lepiej
nagrodzić, ocenić,
Lecz od nas kochać mocniej
pewno Cię nie mogą.”
W jakiś czas później Chopin
dopisał pod spodem lakonicznie: „Mogą.”
VIII Symfonia h-moll Franza
Schuberta, zwana Niedokończoną dorównuje
niesłabnącą popularnością kompozycjom Chopina. I znowu, przyczyna jest prosta:
to dzieło geniusza, po prostu, majstersztyk... Swą potoczną nazwę zawdzięcza
zachowanej formie – dwuczęściowej, podczas gdy wszystkie tradycyjne symfonie z
tamtych czasów miały, jak Pan Bog przykazał, cztery uczciwe części. A tu –
dwie. Nie wiadomo do końca dlaczego tak się stało, skoro istnieją zachowane szkice
trzeciej części (Scherza), mówi się,
że ostatnia, czwarta część powstała tylko zaginęła, jeszcze inni twierdzą, że
Schubert myślał właśnie o finale VIII
Symfonii kiedy komponował Entr’act h-moll z Rosamundy (muzyki do sztuki teatralnej „Rosamunda,
księżniczka Cypru”). Wykonuje się zatem Symfonię w różnych wariacjach:
od dwuczęściowej (zachowanej „oficjalnie”), przez trzyczęściową, ze
zrekonstruowanym i zinstrumentalizowanym Scherzo, oraz czteroczęściową. Pełen
wachlarz opcji... Niemniej, nawet w dwuczęściowej wersji minimum jest Niedokończona
skończonym arcydziełem. Uważa się ją za pierwszą prawdziwie romantyczną
symfonię Schuberta, powstała ona zresztą w 1822 roku (nieco wcześniej od Koncertu
e-moll Chopina) a kompozytor w momencie jej tworzenia miał 25 lat. Obaj notabene
– Chopin i Schubert – zmarli młodo, Chopin dożył 39 lat, a Schubert zaledwie 31,
pierwszy zmarł na gruźlicę, drugi na syfilis. Niełatwe to były czasy dla
kompozytorów...
Symfonia Niedokończona zachwyca
rozmachem harmonii, pięknym rysunkiem melodii (uśmiechnijmy się słysząc „temat
ze Smerfów” w pierwszej części! Tak, tak, Schubert dostał się także i do
tej kreskówki, ilustrując dramaty niebieskich łebków), mistrzostwem kolorów
instrumentacji. Schubert jakby bawił się ze smakiem orkiestrą i jej instrumentami,
kształtuje dźwięki jak plastyczną masę, gra nam wprost na sercach. To będzie
koncert geniuszów, cóż można więcej powiedzieć. Taki na długie suknie i fraki.
I wytworną romantyczną kolację po nim. Polecam!
![]() |
| fot.: Alvise Valier |

Może by Pani napisała coś o wrażeniach po koncercie?
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo za kredycik zaufania w kwestii oceny, ale na razie nie chcę się podejmować zbyt wielu zobowiązań, na ktore nie bardzo jest czas... Już pisanie "przedwstepnych" programów, o ile sprawiające mi zwyczajnie dużo przyjemności, to jednak zabiera czas, wyrwany z innych prac i obowiązków. Może kiedyś później... - ale na razie poprzestaję na opisach, chcę przede wszystkim sprawić drobną przyjemność słuchaczom koncertów, bo jakoś uważam, że inaczej się słucha utworów kiedy sie wcześniej choć trochę wie czego się spodziewać. Wrażenia na razie odłóżmy na potem, chociaż jeśli Pan miałby ochotę się tu podzielić swoimi to z przyjemnością posłucham!
OdpowiedzUsuń