wtorek, 4 grudnia 2012

Francuska elegancja i polskie sentymenty



Właściwie nie powinnam już chyba w ogóle rozpatrywać kwestii „Iść czy nie iść na koncert w tym tygodniu”, bo wyjdzie mi ciągle ta sama, powtarzająca się mantra: „Oczywiście, że iść... Oczywiście, że iść...” Rzecz będę zatem stawiała inaczej, a mianowicie DLACZEGO warto iść w tym tygodniu do Filharmonii i jakie smaki nas tam czekają. I czasami będę w stanie napisać więcej na ten temat, czasami mniej (życie i obowiązki bywają okrutne dla planu dnia i najlepsze chęci literackie czasami po prostu umierają w prozie codzienności). Tym razem będzie chyba mniej, za to, postaram się, nie mniej celnie. 

Na co więc idziemy w tym tygodniu? Idziemy więc posłuchać dzieł dwóch kompozytorów, Francuza Gabriela Fauré i Polaka, krakowianina zresztą! – Jerzego Gablenza. Zacznijmy zatem od naszego rodaka, którego nazwisko jest prawie zupełnie nieznane melomanom. Konia z rzędem temu, kto wymieni chociaż trzy jego utwory! Żył dosyć krótko, zaledwie 49 lat, na przełomie XIX i XX wieku, zginął w 1937 roku w katastrofie lotniczej pod Warszawą. Całe życie borykał się właściwie z problemem jakże bliskim naszym czasom, czyli z koniecznością wyboru między sztuką, komponowaniem, do czego rwało mu się serce, a twardymi realiami życia i utrzymania rodziny, co zapewniała mu nieduża fabryczka odziedziczona po ojcu. Czas spędzony w biurze fabryki był czasem wyrwanym muzyce i Gablenz często ubolewał nad tą sytuacją. W 1928 roku w ogóle był zmuszony porzucić pisanie na osiem długich lat, o czym pisał w jednym ze swoich listów: „...wieczorem nie mogę się do niczego zabrać, coś mi się stało, że się tak obijam bez żadnego zajęcia. Przypuszczam, że to jest to, że ciągle myślę tylko o tym, czy będziemy w możności doprowadzić do końca tę nieszczęsną budowę. Czasami siądę do fortepianu, ale nawet bez zamiaru komponowania, bo nie idzie mi zupełnie, zdaje się, że wskutek forsownej roboty we fabryce...”. Ciekawe, jak bliskie są te same dylematy wielu naszym współczesnym twórcom: tworzenie i poświęcenie się sztuce, wyższym ideom i pięknu a prozaiczny problem zarobienia pieniędzy i utrzymania rodziny. Niewielu udaje się to z sukcesem połączyć... Warto jednak zauważyć właśnie tych, którzy mimo wszystko nie poddają się – jak Gablenz, który wrócił do komponowania, z uporem dyktowanym potrzebą wrażliwego ducha. Warto docenić ich walkę o zapewnienie godnego bytu rodzinie i jednocześnie ich talent, który mimo że często zaniedbywany, nie daje o sobie zapomnieć. 

Pielgrzym, którego usłyszymy w tym tygodniu to utwór dosyć wczesny, z 1923 roku. Poemat symfoniczny na dużą orkiestrę, w stylu właściwie jeszcze polsko-romantycznym, który znamy może z niektórych dzieł Fitelberga, Żeleńskiego, może nawet wczesnego Karłowicza. Prawie zupełnie nieznany, jak większość dzieł Gablenza. Ja sama – przyznaję – niewiele wiem zarówno o kompozytorze jak i o jego kompozycjach. Ale fragment Pielgrzyma do jakiego udało mi się dotrzeć i posłuchać brzmi bardzo obiecująco, naprawdę nie mamy się czego wstydzić jako Polacy i krakowianie. Szkoda, że tak mało słyszy się o tym kompozytorze, ale może to się właśnie zmienia? Oby! Z przyjemnością byłabym dumna z kolejnego krakowskiego artysty.

Drugiego z kompozytorów nie trzeba bardzo przedstawiać, bo Gabriel Fauré jest znany na świecie, zresztą głównie za przyczyną utworu, który w tym tygodniu usłyszymy, czyli Requiem d-moll na orkiestrę, chór i dwójkę solistów. Anthony Payne, krytyk z „The Independent”  w jednej ze swoich recenzji przywołuje ciekawe określenie na tę kompozycję: „słodka kołysanka śmierci”, co bardzo dobrze oddaje jej nastrój. Bardzo „francuska” w stylu, delikatna i impresyjna, muzyka Fauré nie wybucha operowym dramatem Verdiego, nie kryje głębi Mozarta ani ciemnych, mięsistych kolorów Brahmsa. A jednak Fauré wzrusza nie mniej od innych i łapie za serce zwłaszcza solowymi ariami w środkowej części, Hostias, Pie Jesu i Libera me. Ta missa pro de functis należy już do światowego kanonu gatunku i można ją znaleźć w wielu wykonaniach na płytach CD. Ale zawsze warto wypatrzeć wykonanie na żywo, to jeden z tych utworów, którym się człowiek poddaje bez trudu, utwór otulający uszy po prostu piękną, intymną  muzyką. Jakby kompozytor mówił nam do ucha. Po francusku w dodatku (tekst mszy jest śpiewany, oczywiście, po łacinie, ale sama muzyka jest bardzo „francuska”. Jak język francuski, stworzony po prostu do poezji miłosnej i miękkich szeptów do ucha).

Nieco mniej znany, chociaż również dosyć popularny, jest drugi utwór Fauré, który będzie otwierał piątkowy i sobotni koncert. Czteroczęściowa suita Peleas i Melizanda powstała w 1901 roku jako „streszczenie” muzyki teatralnej, jak to powiedzielibyśmy dzisiaj, napisanej przez Fauré do sztuki Maeterlincka pod tym samym tytułem. Sam dramat opowiada historię nieszczęśliwej – oczywiście, oczywiście! – miłości Melizandy (poślubionej nieopatrznie królowi Golaudowi) i Peleasa, brata niefortunnego małżonka. Nie wnikając w zawiłości sztuki, powinniśmy jedynie pamiętać, że miłość tytułowych bohaterów była, rzecz jasna, od początku skazana na cierpienie i że ostatecznie, jak można się domyślić, oboje giną (Peleas z ręki słusznie zazdrosnego brata, Melizanda wprawdzie także zraniona przez małżonka, lecz ostatecznie umiera z... melancholii i braku chęci do życia). Cztery części suity są jak cztery obrazy ilustrujące historię dwojga kochanków. Pierwsze Preludium w ciasnych i splatanych liniach ukazuje Melizandę, jej introwertyczny i melancholijny charakter, pierwsze spotkanie w lesie z przyszłym mężem, Golaudem. Po nim następuje Kołowrotek, młoda żona jako prząśniczka plecie nić delikatnej melodii oboju. Siciliana to sielski obraz ulotnej i słodkiej, acz nadal podszytej lekką melancholią chwili szczęścia Peleasa i Melizandy (niezwykle popularna melodia, oderwana często z suity i wykonywana w różnych aranżacjach). Suitę zamyka Śmierć Melizandy

Jakoś zawsze przy okazji czytania ciekawostek o utworach, stylach i gatunkach interesują mnie także po prostu kompozytorzy i ich życie, zwyczajne ludzkie życie. Zawsze lubię ich sobie wyobrażać i lubię wiedzieć jakimi byli ludźmi. To bardzo potem przebija w muzyce, jaką piszą; jestem zwolennikiem teorii, że osobowość kompozytora i codzienne jego życie mają wielki wpływ na utwory, jakie tworzy. W przypadku Fauré bawi mnie zaś zwłaszcza informacja, że był… niepoprawnym kobieciarzem. Szczęśliwie (no, a w każdym razie długo i tylko raz) żonaty, z Marie Fremiet, córką słynnego rzeźbiarza, nie odmawiał sobie bynajmniej wielu (naprawdę wielu!) romansów i erotycznych epizodów, bardziej lub mniej umiejetnie ukrywanych przed światem i żoną. Powodzenie u płci przeciwnej, urok osobisty i francuski wdzięk, a do tego wspaniały talent muzyczny, otwarty umysł i ciekawość życia– czy można nie pokochać od razu takiego łobuza? Mnie się jakoś bardzo dobrze o nim myśli, bardzo dobrze mi się słucha jego utworów. Czy to dlatego, ze jestem kobietą?... Hmmm. Oj, Gabriel, fachowiec z Ciebie, doprawdy!

A w Krakowie już piękna zima! (fot. Ryszard Marczak)

2 komentarze:

  1. Była to chyba fabryka doskonałej musztardy znanej po firmą Gablenz i Syn mieszczącej się przy ulicy Krakowskiej

    OdpowiedzUsuń
  2. Oooo, faktycznie, dziękuję bardzo za podpowiedź! Właśnie sobie poczytałam i rzeczywiście, to była fabryka octu, musztardy i synapizmów przy obecnej ul. Królowej Jadwigi na Zwierzyńcu. Widzę też, że była w zeszłym roku wystawa poświęcona rodzinie Gablenzów, szkoda, że wtedy o niej nie wiedziałam. Ale świetnie, że teraz przypominają "Pielgrzyma", niechby ta muzyka jednak nie przepadła, szkoda by było!

    OdpowiedzUsuń