wtorek, 31 lipca 2012

Migawka nad klarnetem


Jeszcze kilka słów o moim ostatnim wyjeździe do Pragi, zanim świeższe wydarzenia i tematy usuną mi tamten wyjazd w niebezpieczny tył pamięci. Jechałam do Pragi służbowo, po zdjęcia starych klarnetów z Českiego muzeum hudby; a mają tam piękną zaiste kolekcję instrumentów! Instrumenty są różne, piękne zarówno dla znawców (którzy rozczulą się nad kształtem konkretnej klapki w staruszku-klarnecie czy wygięciem szyjki skrzypiec) jak i dla „cywilów”. Esteci znajdą tam prześliczne dzieła sztuki zamknięte w formie instrumentów. Poszukiwacze ciekawostek zajmą się historią rozwoju machin grających. Melomani westchną na widok fortepianu, na którym grał Mozart, o czym szepcze dyskretnie mosiężna tabliczka na instrumencie. Bibliofile zawieszą wzrok na starych manuskryptach, precyzyjnie ilustrowanych miniaturami, stareńkich, że ho, ho. Warto jechać do Pragi, bo jest jedną z najpiękniejszych europejskich stolic. Ale warto też będąc w centrum zajrzeć na ul. Karmelitskiej do Muzeum hudby i dać się zauroczyć muzycznym bibelotom. 

Jak wspominałam, ja sama tym razem skupiłam się na klarnetach, ponieważ potrzebuję ich zdjęcia do pewnego magazynu, który właśnie powstaje, a przy którym mam przyjemność pracować jako klarnetowy ekspert. Piszę więc między innymi krótki artykuł przypominający w pigułce historię konstrukcji tegoż instrumentu – a coż to za historia bez pięknych fotografii ilustrujących moje bajania? Powiem zatem tylko tyle, że podróż zakończyła się sukcesem i jestem w posiadaniu zdjęć, chociaż nie bardzo mogę się jeszcze nimi tutaj pochwalić, ze względu na trwające rozmowy prawno-umowne między Muzeum a stroną polską. Ale będą w magazynie i wtedy będę całość - już osiągalną uczciwie, w druku - oczywiście tutaj polecać!

Można by pomyśleć – ech, co tam klarnet, prosta fujarka, jak można się ekscytować jakimiś jego fotkami. Niby racja, ale można także pamiętać, że mówimy o zdjęciach instrumentów starych, z XVIII – XIX wieku, kiedy to jeszcze rzemieślnicy dbali nie tylko o użytkowość, ale często także o wygląd. Mamy więc i rzeźbione w drewnie główki na „kolankach” zginających basset horn, mamy wytworne figlaski sygnatur firmowych, mamy w końcu szlachetne detale pracy w drewnie. Klarnet to młodziutki instrument, dzieciuch w porównaniu z matuzalemami pokroju skrzypiec, lutni, trąbki nawet... Pojawił się w okolicach 1698 roku jako ulepszenie fujarki pastuszej o szumnej nazwie chalumeau. Ale za to dosyć szybko przeszedł sprawny „tunning” i już w końcu XIX wieku był całkiem zaawansowanym konstrukcyjnie obywatelem. Nie należy też zapominać, że z klarnetu wystrzeliły w świat tak piękne "produkty uboczne" jak basset horny i klarnety bassetowe (wracające dziś do łask), klarnet basowy (cudo o pięknym, soczystym dźwięku) i ... saksofon przecież. Ha. Wielkie są zasługi niepozornej drewnianej fujarki z XVIII wieku dla współczesnego jazzu i muzyki rozrywkowej! 

 
 No i sam klarnet dzisiejszy, przecież to czyste piękno detali. Drewno plus metal; yin i yang, ciepły drewniany trzon, obiecujący miękki dźwięk, opleciony misterną jubilerską konstrukcją oklapowania, śrubek, sprężynek, pierścieni, która daje pewność precyzji i szybkości. 
fot. Maciej Prejznar

Uwielbiam oglądać nowe instrumenty, zwłaszcza kiedy ostatnio pojawił się trend powrotu do jaśniejszego rodzaju drewna (większość XX-wiecznych instrumentów jest - tradycyjnie – hebanowa, czarna), robi się wręcz klarnety z pozłacanymi klapkami, co prawie ociera się o wizualną perwersję. Brzmi prześlicznie (zwłaszcza w rękach fachowców z elity światowej), wygląda pięknie i elegancko, może powinniśmy się zacząć snobować na klarnety? „Chcesz być na czasie? Chcesz zabłysnąć wśród swoich znajomych? – naucz się grać na klarnecie”. „Idź w ślady Woody’ego Allena i weź do ręki klarnet! – świat Cię zobaczy z innej strony”. „Intrygujący, czarujący, kuszący. Klarnet. Elegancja z nutką prowokacji”. 

A wszystko zaczęło się od tej prostej, acz intrygującej fujareczki, kto by pomyślał. 


fot. Maciej Prejznar


niedziela, 22 lipca 2012

Praga! I Jan Sebastian Bach.


Jestem po błyskawicznym wyjeździe do Pragi, na chwil kilka dosłownie, na jeden dzień i jedną noc. To strasznie mało jeśli chodzi o Pragę, jej obłędny urok i piękno. Ale jeśli się ma do wyboru: nie jechać wcale albo jechać na półtora dnia, to nie ma wątpliwości. Jadę!


W Českim muzeum hudby (muzeum muzyki) załatwiałam głównie sprawy około-klarnetowe i o tym jeszcze napiszę w najbliższym czasie. Praskie muzeum ma piękną kolekcję wielu instrumentów i te zbiory to osobny temat na gawędy i westchnienia zachwytu. Napiszę niebawem. Natomiast tym razem niespodziewanie spotkałam w Pradze... Bacha. Nie dosłownie, oczywiście, bo genialny Jan Sebastian żył, jak każdy wie, strasznie dawno temu (1685-1750, to tak dla odkurzenia pamięci...) a jego doczesne szczątki spoczywają, jak wiadomo, w kościele św. Tomasza w Lipsku. Mnie Bach wyskoczył z zakurzonych zakamarków historii za pośrednictwem cudownego pana Petra Šefla z muzeum, specjalisty od konserwacji instrumentów i... ech, naprawdę specjalisty od wielu rzeczy – w tym historycznych interpretacji dzieł Bacha właśnie. Piękna postać, fascynujący człowiek i świetny gawędziarz, słuchałam jego opowieści wachlując po prostu uszami. Oprócz dobrej polszczyzny z uroczym czeskim akcentem była tam erudycja, kultura, piękna pasja dla swojego zawodu i wielka, szczera miłość dla Jana Sebastiana.
Wedle pana Petra cała artystyczna historia ludzkości prowadziła do Bacha przed nim i czerpała z niego po. To szczyt geniuszu muzyki, połączenie ogromnej pracowitości z nieludzkim wręcz talentem, który zapiera dech swoją wielkością. Każdy kompozytor – powiada pan Petr – ma na sumieniu mniej lub więcej chybionych utworów, fragmentów dzieł, chociażby słabszych taktów. Bach nie ma. Jest genialny w każdej nucie, kiedy już-już spodziewamy się jakiejś powtórki czy banału – on skręca nagle w kolejny kosmos tonalny i znowu rwiemy włosy z głowy ze zdumienia. No... tu muszę się przyznać, że ja sama za mała jestem z moją wiedzą (a nie tak znowu lichą przecież) na tak ostateczną i jednoznaczną wycenę, ale przyznaję, że nawet ja czuję, że konstrukcje muzyczne Bacha mają w sobie metafizykę, skomplikowanie i piękno, których nie sposób nie zauważyć. Można nie wiedzieć, że Bach był w tym jedyny, ale na pewno usłyszy się, że w tej muzyce obcuje się z Absolutem. 

I tu następuje ciekawostka: usłyszałam śliczną opowieść o jednym z synów pana Petra i jego pierwszym odbiorze Bacha. Dziecko miało może z roczek, siedziało na kolanach u taty i skubało go radośnie za rozwichrzoną brodę. Siedzieli przed sprzętem grającym, więc w pewnym momencie tata pomyślał: „A, sprobuję mu puścić mojego kochanego Bacha, ciekawe czy zareaguje i rozedrze się w proteście, czy chwilkę wytrzyma”. Zabrzmiał Bach. Dziecko znieruchomiało, ucichło i najwyraźniej zaczęło słuchać. Tata wstrzymał oddech i widzi, że synek zwraca łepek w stronę głośnika, gdzie – ot, przez czysty przypadek oczywiście – wisiały portrety Bacha i Haendla. Dziecko skupiło oczka na jednym, potem drugim, wróciło do Bacha (no oczywiście...), cały czas najwyraźniej słuchając. Pan Petr myśli sobie: „No dobrze, na chwilę się smyk złapał, ale zaraz odpadnie, zaraz się znudzi i zacznie płakać... hmmmm... jeszcze nie? Jeszcze?...” Podobno wytrzymali tak dobre 15 minut, cały utwór (nie pamiętam niestety co to było konkretnie), dźwięki umilkły i synek wrócił spokojnie do bezmyślnego skubania taty za brodę. 
Ha. Wniosek oczywiście narzuca się dyskretnie od razu: kochani, zacznijmy od Bacha! Coś w tym jest, naprawdę. Rozumiem, że synek pana Šefla był – pewnie nawet niechcący – „wyaudiowany” już od pierwszych godzin życia i na pewno mniej lub bardziej świadomie „kapał się” w muzyce klasycznej już przed wspomnianym doświadczeniem. Niemniej, powiedziałabym, że Mistrz Bach naprawdę ma w sobie taka siłę piękna, genialności, prostoty i Absolutu, że to musi, po prostu musi „przejść” przez tak chłonne medium, jakim jest mózg dziecka. Dajmy więc dzieciom Bacha! Nie bójmy się tego nazwiska, nie bójmy się tej strasznej i skomplikowanej „klasyki”, która nam się z nim kojarzy, nie uprzedzajmy się zawczasu. Mózg dziecka jest czystą kartą tak łatwą do zapisania przez pierwsze miesiące i lata jego życia! Czemu by zatem nie zapisać go muzyką najgenialniejszego z kompozytorów? Jak mówi pan Petr: „Zainfekujmy dzieci pięknem!”. To im zostanie, nawet jeśli tylko gdzieś w podświadomości – to jednak się wczyta. I nigdy nie wiadomo, kiedy to piękno się odezwie w życiu, ale na pewno odezwie się dobrze.



I jeszcze postscriptum. Oczywiście, że po moich praskich wrażeniach wzięłam ostatnio do biegania w uszy – Bacha, bo cóż by innego. Akurat u mnie to była Wielka Msza h-moll... I muszę przyznać, że – och!... – no jednak ten Bach jest genialny, jak mogłam o tym nie pamiętać? Muszę chyba wydłużyć trasę, bo nagle zrobiła się strasznie krótka! To moje kolejne odkrycie: do biegania nie muszę już mieć rytmu. Biegam już od jakiegoś czasu i moje ciało już „wie co ma robić”, rytm łapie się sam. Jak to mówi moj kuzyn z USA: „you’re in the zone”. Jest się jakby w lekkim transie, zapomina się o mięśniach tylko wchodzi się w rytm i biegnie. A wtedy właśnie pięknie sprawdzają się rzeczy, na których mogę skupić umysł, bo to taki trochę czas medytacji, czas spokoju i oderwania od rzeczywistości. Bach wciągnął mnie w swój kosmos bez reszty, nawet nie zauważyłam kiedy „obleciałam” stałą trasę i wylądowałam przed domem, skupiona na muzyce.  


niedziela, 15 lipca 2012

Słucham, bo lubię. Tylko co i dlaczego?


Tak się składało ostatnio, że sporo czasu spędzałam w samochodzie, a co za tym idzie – w towarzystwie radia. I piosenek, tych wakacyjnych, letnich i lekkich. Chociaż nie tylko, bo mam ten nawyk, że kiedy jakaś piosenka ma w sobie trzy „N”: nudzi, nuży, niecierpliwi, słowem: drażni, natychmiast skracam jej żywot akustyczny i przełączam się na kolejną stację. Chwała Niebiosom za programowalne radia w samochodach i możliwość szybkiego przeskakiwania w znajome miejsca. Jest oczywiście na mojej liście i radiowa klasyczna Dwójka, ale przyznaję, że nie zawsze w aucie mam nastrój i warunki dla koneserskiego odbioru niektórych pozycji. Więc mam zaprogramowanych kilka opcji. I tak sobie pomyślałam ostatnio: co sprawia, że jedne rzeczy słucha mi się lepiej, a inne gorzej? Dlaczego niektóre obiektywnie proste i banalne melodie wywołują zrelaksowany uśmiech a inne drażnią już pierwszym akordem?

Poza starą i jakże mądrą prawdą inzyniera Mamonia, że podoba nam się to co znamy (czyli uśmiechamy się na piosenki kojarzące się z miłymi momentami w życiu) dla mnie akurat ważna jest też osobowość wykonawcy. No niestety, nic na to nie poradzę, że słucham w miarę świadomie i wyłapuję emocje w muzyce. A czy nie o to właśnie chodzi? Domyślam się, że nawet najprostsze „kawałki”, dla jednych brzmiące jak zbiór kakofonicznych wrzasków, dla innych jak wyrafinowane nowatorskie brzmienia, w zamyśle autorów/wykonawców zawsze mają dotrzeć do słuchaczy i wstrząsnąć nimi, w ten czy inny sposób. Mają porwać publiczność, tłumy, coś nam powiedzieć. Czasami ten przekaz idzie głównie przez rytm: mocny, pierwotny, sięgający trzewi. Sama czasem lubię takie „odmóżdżające” zastrzyki organicznego pulsu. Kiedy indziej przemówi do nas melodia, nawet nie wiemy dlaczego a szarpnie nas coś za serce, wzruszy kunsztowny zawijas zaśpiewu, nawet nie będziemy wiedzieli – a damy się zmanipulować (i słusznie!) i poddamy się emocjom. Można też uderzyć harmonią, wspóbrzmieniami, można przecież także tekstem, tu już najbardziej bezpośrednio. 

Ale mnie akurat ciekawi zawsze ten malutki, zdawałoby się, margines procesu rozmowy wykonawcy z odbiorcą: interpretacja tego a nie innego człowieka, jego własny wkład. To dokładnie to samo, co sprawia, że jeden wykonawca muzyki klasycznej jest genialny, a inny tylko „sprawny”. Niejaki, szaleńczo popularny ostatnio, pianista Lang Lang jest jak dla mnie niestety w tej drugiej smutnej kategorii: znakomicie sprawny. I tyle. Ale czy on mi coś mówi? – nie. I mam wrażenie, że on ma mnie dokładnie w nosie, mnie jako przeciętnego odbiorcę, słuchacza. Kolega Lang Lang gra głównie dla siebie: żeby pokazać SIĘ, żeby popisać SIĘ, żeby to JEGO podziwiały tłumy. Publiczność jest kosmetycznym dodatkiem, wisienką na torcie zasłużonej sławy i popularności (i pieniędzy). A potem człowiek słyszy taką na przykład Marthę Argerich i otwiera się przed nim kosmos znaczeń, konwersacji, podtekstów, flirtu, grozy, szaleństw; w jej muzyce jest wszystko. Jest prawda, przede wszystkim, przekaz skierowany do słuchacza i szczere emocje. 

Zawsze mówię, że my muzycy, musimy być w pewnym stopiu neurotyczni. Żeby dotrzeć do słuchacza jedynie poprzez dźwięki (ja nie mam do pomocy słów piosenki), muszę dać z siebie maksimum, wyrzucić z siebie wulkan emocji, bo z nich może 20% spadnie potem gdzieś na ostatni rząd widowni. Muszę sobie wypruć flaki, mówiąc trywialnie, publicznie wybebeszyć się emocjonalnie do kości. Oczywiście, można też tego nie zrobić i grać na pół gwizdka – ale po co? Kiedy gram, chcę poruszyć słuchaczy, przekazać im te wszystkie obłędne rzeczy, które ja sama odkryłam w utworach pracując nad nimi przez wiele godzin. Tu mam oczywiście nad słuchaczami przewagę: moje wiele godzin przekłada się potem na jedno mizerne wykonanie na scenie w danym czasie i miejscu i pufff! – znika. Ot, urok ulotności muzyki na żywo. Mam jedną szansę ująć słuchaczy, powiedzieć im coś, potem drzwi się zamykają i koniec. Jeśli nie dotrę z moją muzyczną rozmową do słuchacza, to przepadłam, szansa minęła a słuchacz wysiedział z grzeczności czas na koncercie planując w myślach jutrzejszy obiad i strategię na spotkanie z prezesem. 

Ta muzyczna prawda i rozmowa interesuje mnie, otóż, nie tylko w muzyce klasycznej. Trafiła mnie na przykład ostatnio w samochodzie nieco już leciwa „Dumka na dwa serca” z Edytą Górniak i Mietkiem Szcześniakiem. Melodia może nie wstrząsająca, treść słów romantyczna na granicy banału a jednak... Cokolwiek bym nie myślała o Edycie G., ma dziewczyna wrażliwość w głosie, być może naturalną, może wykształconą – ale bardzo dobrze sprawdzającą się w pracy. Mietek Szcześniak to fachowiec, o niego się nie martwię bo znam jego warsztat i możliwości, lubię kiedy do mnie mówi piosenkami. Słuchałam tej prostej ballady i poddawałam się jej z przyjemnością, wierzyłam tym dwojgu, wierzyłam w historię, którą mi opowiadali. Ja WIEM jak muzycy mną manipulują, słyszę ich warsztat, ale kiedy robią to w sposób fachowy – uwielbiam to. Bardzo lubię mieć do czynienia z profesjonalistami, na każdym polu. Jak mawiał Oscar Wilde: „Mam bardzo prosty gust, zadowala mnie tylko to co najlepsze”. Amen. 

Muzyka to rozmowa, to kontakt z człowiekiem. Nie ma sensu muzyka w samotności, zawsze są co najmniej dwie osoby (lub nawet trzy): kompozytor/wykonawca i słuchacz. No, chyba, że kompozytor gra dla siebie, ale co to za przyjemność i jak długo tak można?... Ludzie, lubię ludzi. 

fot: Alvise Valier
 
I jeszcze postscriptum do tych muzycznych rozmów. Na fali „Dumki” przypomniał mi się jakoś filmowy Bohun i wywiad z nim, który gdzieś ostatnio czytałam, chociaż za diabły nie pamiętam gdzie. Dowiedziałam się tam ze zdziwieniem (chyba mnie jednak dawno nie było w Polsce...), że Aleksander Domogarow również śpiewa, i to nie tylko hobbystycznie, w łazience, ale publicznie. Oczywista to rzecz, że sprawdziłam sobie zaraz w sieci co też sobie śpiewa pan Domogarow i z przyjemnością stwierdzam, że – no właśnie – to jest człowiek, który ma mi coś do powiedzenia. Na pewno ma to związek z jego aktorskim zapleczem, ale w połączeniu z dobrym głosem i tą właśnie prawdą interpretacji dało mi sporo przyjemności w słuchaniu. Ha, i kto by pomyślał?! Rosyjskie piosenki?... Apage satanes! Z językiem już dawno nie mam wiele wspólnego, z krajem bardzo też. A jednak. Polecam, do sprawdzenia. 

niedziela, 8 lipca 2012

Słów kilka o ciszy


Cisza to też muzyka, w pewnym sensie. To znaczy, oczywiście cisza w potocznym tego słowa znaczeniu, bo nie myślę teraz o ciszy bezwzględnej, jaka bywa w tzw. komorach bezechowych, budowanych dla doświadczeń akustycznych. Mnie interesuje bardziej cisza jako antyteza świadomego zagospodarowania przestrzeni akustycznej, jako brak hałasu. Nieustannie zdumiewa mnie potrzeba ludzi do wypełniania uszu szumem, dźwiękami, tzw. tłem muzycznym. Jakbyśmy chcieli zagłuszyć myśli, zająć umysł na poziomie podstawowym, żeby nam nie dawał w kość potrzebą właściwej mu pracy: myśleniem. Telewizja w tle. Radio w tle. Odtwarzacze dowolnej proweniencji z dowolną muzyką w tle. Ze słuchawkami lub otwarcie, przez głośniki i głośniczki, byle coś „grało”, byle byśmy nie zostali sami, z męczącą ciszą w mózgu. 

Nie lubię muzyki „w tle” bo coraz trudniej mi jej nie słuchać, nie słyszeć. Siłą rzeczy kiedy słyszę muzykę to jej słucham, mniej lub bardziej krytycznie, ale skupiam się jakoś na niej. A jeśli nie, jeśli robię w tym czasie coś innego – zwłaszcza jeśli jest koło mnie ktoś, z kim rozmawiam – to po co mi muzyka? Rozprasza wtedy. Bo muszę wybierać czy skupiam się na niej, czy na rozmówcy. Ale powiedzmy, że jestem jednak nietypowym przykładem, nie każdy musi od razu podchodzić do muzyki tak analitycznie. A jednak, jak wytłumaczyć odruch większości (naprawdę przytłaczającej większości!) ludzi wsiadających do samochodu: włączenie radia. Pół biedy, kiedy to faktycznie jest jakiś niegłośny „biały szum muzyczny” w tle, ale radio gadające? Radio, w którym prowadzi się właśnie audycję i z którym muszę się przekrzykiwać, i wytężać wszystkie uszy żeby usłyszeć kierowcę, który – oczywiście, jak na kulturalnego gospodarza przystało – zabawia mnie właśnie rozmową? Zdarzyło mi się to nie raz i nie dwa, zdarzyło mi się to nawet w samochodzie pewnego dyrygenta, który, wydawałoby się, powinien mieć przecież jakieś minimum świadomości akustycznej... Nie miał. 

Nie lubię się przekrzykiwać z nikim, a już na pewno nie z radiem, nawet z tym muzycznym, jeśli jest za głośne. Sluchajmy muzyki, oj tak! – ale słuchajmy ciesząc się nią a nie rywalizując w decybelach. Ja przegram zawsze, natura poskąpiła mi tubalnego głosu... Może i stąd mój uraz, nie przepcham się. 

Z drugiej strony, ile razy jestem w tzw. plenerze – dowolnym, to się dzieje w różnych stronach świata, byle poza aglomeracją miejską – zawsze, zawsze zachwyca mnie bogata „cisza” natury. Szum wiatru, morza, rzeki, pracowite brzęczenie owadów, chór ptaków – to w lecie; a przecież i w zimie jest czego posłuchać, choćby mruczenia śniegu pod stopami albo kapania wody. To też dźwięki, na co zresztą już dawno zwrócili uwagę kompozytorzy. W 1948 r. Francuz Pierre Schaeffer wprowadził na przykład określenie „muzyka konkretna”, czyli „realna”, muzyka stworzona z dźwięków już istniejących w rzeczywistości (w przeciwieństwie do tych generowanych przez instrumenty), nagranych na taśmę (wtedy taśmę magnetyczną) a następnie zebranych i przetworzonych przez kompozytora. Oczywiście niekoniecznie były to dźwięki natury per se, Schaeffer nagrywał raczej odgłosy miasta, rozmowy ludzi, szumy, stukot pociągu etc. Ale było to już otwarcie się na otoczenie, wsłuchanie w świat realny, jaki by on nie był. Jeszcze dalej poszedł John Cage w swoim słynnym 4’ 33’’ z 1952 roku. Tajemnicza nazwa to nic innego jak tylko określenie „4 minuty 33 sekundy”, czyli czas przez jaki wykonawca ma siedzieć na scenie i – nie robić nic. Pozwolić brzmieć „ciszy” na sali, jakkolwiek  by ona nie brzmiała. Oczywiście na wykonaniu premierowym (na fortepian, z pianistą Davidem Tudorem) ta cisza składała się głównie ze stopniowo narastających dźwięków zaskoczenia i zniecierpliwienia publiczności, z oklasków, chrząknięć, komentarzy, szurania opuszczanych krzeseł etc. Ale jak bym chciała, żebyśmy ten właśnie utwór Cage’a zaaplikowali sobie co najmniej raz dziennie, i to nawet w rozszerzonej i wydłużonej wersji! (ze wszystkimi powtórkami...) Posłuchali tego, co naokoło nas. 

Lubię słuchać świata, a już szczególnie lubię go słuchać w lecie, chętnie poza miastem. Ale i miasto ma swoje uroki, których nie muszę koniecznie zagłuszać 24 godziny na dobę. Oczywiście dominuje ruch uliczny – no trudno, tego nie ominiemy. Ale obok niego są i ptaki, szczekanie osiedlowych psów, są rozmowy przechodniów, które gdy nie męczą konkretem tematów są przecież ciekawą mozaiką rozmaitych barw głosów. Pokrzykiwanie dzieci na podwórku i miarowe odbijanie piłki. Wieczorami ruch się uspokaja a wtedy odkrywam z przyjemnością, że ktoś z sąsiadów ma stary zegar wybijający godziny, a że w upale okna są pootwierane, więc i ja słyszę oddalone miłe staroświeckie bimbania. Ba! Zdarzają się wieczorami wręcz ciepłe kościelne dzwony, chociaż nie jestem pewna który to z okolicznych kościołów jest za nie odpowiedzialny. W lecie dźwięk niesie dalej... Bywają też dźwięki imprez i przyjęć i jeśli nie nadużywane przesadną częstotliwością też kojarzą mi się dobrze: z radosnymi ludźmi, z wolnym czasem i chwilą rozrywki.

A w tej chwili nadciąga kolejna z wielu tegorocznych burz i to już w ogóle jest cała symfonia Mahlerowska, z dramatycznymi pomrukami we wstępie i ostatnimi alarmującymi świergotami ptaków, a potem całym bogactwem wiatru, deszczu i grzmotów. Uwielbiam lato. Z całym dobrodziejstwem inwentarza.