wtorek, 29 października 2013

Krótkie zadumanie



W tym tygodniu nie ma koncertu abonamentowego w Filharmonii. Ale to nie znaczy, że nie będzie w ogóle koncertu! Będą, nawet dwa – ale ten, który mnie zainteresował usłyszmy w czwartek, 31 października. W przeddzień Święta Wszystkich Świętych. I będą na nim dwie missae pro defunctis: wielkie Requiem Mozarta i Piccolo Requiem Salieriego. Zatem kilka słów o tym wieczorze. 

Ręka do góry kto zna – kto słyszał kiedyś w życiu, raz bodaj – Requiem Mozarta. Wszyscy. Oczywiście! A teraz ręka do góry kto słyszał nazwisko Antonio Salieri. Większość, owszem; bo znamy go chyba najbardziej z oscarowego filmu Miloša Formana Amadeusz. Ale, tu pytanie dodatkowe, podstępne: czy na pewno pamiętamy, że Salieri był też kompozytorem? Czy ktoś z nas słyszał jakiekolwiek jego dzieła? Musze przyznać ze wstydem, że ja sama nie miałam do tej pory dość motywacji, aby poszperać w dostępnych materiałach i odszukać jakiekolwiek kompozycje Salieriego. Impulsem stał się dopiero nadchodzący koncert i jego repertuar. I... no cóż, muszę przyznać, że zestawienie jednego wieczoru tych dwóch kompozycji jest, według mnie, nieco okrutne w stosunku do Salieriego. Mozart był geniuszem. Naprawdę! To był wyjatkowy człowiek, niesłychany talent, to było zjawisko w dziejach ludzkości, które pojawiło się na Ziemi na krótkich 35 lat. Salieri natomiast był bardzo dobrym kompozytorem, w znacznie lepszej sytuacji materialnej za życia niż jego genialny rywal – ale nie dorownywał Mozartowi talentem w najmniejszym nawet stopniu. Oczywiście lwia część słynnej rywalizacji między kompozytorami jest literacką fikcją stworzoną na potrzeby sztuki teatralnej przez Petera Schaffera i przeniesioną następnie na wielki ekran przez Formana. Niemniej, sam Salieri jest dla mnie zawsze postacią niezwykle tragiczną właśnie przez to uwiązanie na wieki w kontekście Mozarta. Niesprawiedliwy to kontekst, bo o ile słuszny historycznie, o tyle jakże można porównywać kaczkę z orłem? Jak można przykładać tę samą miarę do Mozarta – i kogokolwiek innego? 

Wysłuchałam już, na własną rękę, Piccolo requiem (Requiem Mozarta znam oczywiście niemal na pamięć...). To jest naprawdę bardzo dobry utwór, napisany w stylu klasycznym przez znającego się na rzeczy kompozytora. Ale to po prostu nie jest arcydzieło... Więc w towarzystwie genialnego Mozarta w czwartek wyda się tym bardziej słabe, mierne, nijakie. To tak jak czasem bierze się specjalnie do odpowiedzi słabego ucznia, żeby na jego tle ten wyjatkowy zabłysnął za chwilę jeszcze większym blaskiem. Czy to jest sprawiedliwe? Nie wiem. Ale wiem z drugiej strony, że wolę mieć możliwość wysłuchania Requiem Salieriego w tak „niesprawiedliwym” układzie, niż nie mieć jej w ogóle. A nieszczęsny Antonio na wieczność skazany jest na przeklęty dla niego kontekst Mozarta, na bycie „tym” Salierim, na porównania i oczywistą porażkę w rywalizacji przefiltrowanej już przez bezlitosną historię. Dajmy mu szansę, wysłuchajmy go życzliwie. Świat nie składa się wyłącznie z genialnych Mozartów... 

A przy okazji zadumajmy się nad przeszłością, przemijaniem, czasem. Pamiętam jak kiedyś byliśmy z orkiestrą Filharmonii Krakowskiej na tournee w Niemczech i graliśmy wieczorny koncert w jakimś wytwornym pałacu (oczywiście kompletnie nie pamiętam teraz gdzie to było). Po próbie było trochę czasu i poszwędaliśmy się z kolegami po salach i komnatach, gdzie w pewnym momencie natrafiliśmy na olbrzymi, gigantyczny zegar, ktory zajmował właściwie cały pokój (niemały zresztą). Staliśmy w półmroku przed tym zegarem, zaintrygowani, ale jakoś tak wystraszeni, to był zupełnie niesamowity dźwięk: tykającego miarowo, nieuchronnie, zegara. Dźwięk czasu. I wieczności. Brrrrr...

Fot. Alvise Valier


czwartek, 24 października 2013

Już październik i ta jesień...



Melancholijnie nam się zrobiło. W Krakowie, w Polsce, na świecie – październik niesie w sobie jakąś pierwszą nutkę zadumy, jeszcze nie tak wyraźnie listopadowej, ale przecież już jesiennej, smętnej. Tym milej myśli się teraz o ciepłym kącie w domu z filiżanką pachnącej herbaty czy kawy, o jasnej sali koncertowej z piękną, aksamitną muzyką otulającą nas jak ciepły szal. I tak właśnie będzie w tym tygodniu, ponieważ mamy tym razem program wprost wymarzony na październikowy chłodny już wieczór, na jesienny spleen. 

Rozpoczniemy znowu uwerturą – ale za to jaką! Uwertura Manfred to jedno z najsłynniejszych symfonicznych dzieł Roberta Schumanna. Powstała w 1849 roku, faktycznie jako pierwsze ogniwo wiekszej całości, czyli „Dramatu poetyckiego z muzyką w trzech częściach”, do tekstu Lorda Byrona. Schumann, wrażliwiec i intelektualista, zawsze chętnie sięgał po arcydzieła literatury światowej, nic dziwnego zatem, że poddał się bez reszty czarowi Byronowskiego poematu. Pierwszy raz kompozytor zetknął się zresztą z tekstem 20 lat wcześniej, w 1829 roku, kiedy to notował: „Szalenie wzburzony – czytałem do snu Manfreda Byrona – okropna noc”. Musiało upłynąć wiele lat, zanim zdecydował się podjąć muzycznie ten temat, jednak wówczas praca poszła mu już niezwykle szybko i pisał do przyjaciela: „Jeszcze nigdy nie poświęciłem się żadnej mojej kompozycji z taką pasją i miłością jak Manfredowi”. Byronowskie quasi-autobiograficzne dzieło opowiada o rozterkach tytułowego bohatera, który targany emocjami po śmierci ukochanej Astarte (no oczywiście, cóż by to był za romantyzm bez tragicznej miłości do pięknej Ukochanej?), prowadzi filozoficzne dysputy z ponadnaturalnymi siłami, duchami, postaciami spoza tego świata. Tragedia, rozdarcie wewnętrzne, niespełniona miłość – wszystko to szalenie mocno oddziaływało na bogatą wyobraźnię Schumanna. Muzykolog Peter Oswald twierdzi, że podczas pisania tej Uwertury Schumann doświadczał już intensywnie słuchowych halucynacji i „słyszał głosy” (co zresztą miało później swoje tragiczne konswekwencje w postaci choroby i śmierci artysty w przytułku dla umysłowo niezrównoważonych). Czy faktycznie wspaniały Manfred Schumanna jest już odbiciem jego późniejszego stanu umysłu i ducha, czy jedynie – „jedynie”! – wytworem genialnej wyobraźni, jest dla nas w tej chwili bez znaczenia. Każde arcydzieło jest błyskiem Geniuszu, każde ma w sobie nutę szaleństwa i wybicia się ponad normę. A Manfred jest arcydziełem. Mówi dźwiękami o najgłębszych emocjach ludzkich, o miłości, śmierci, tęsknocie, nadziei, rozpaczy. To nie może być „normalny” stan... 

Warto tu także jako ciekawostkę przypomnieć, że również Piotr Czajkowski nie pozostał obojetny na magiczny urok byronowskiego Manfreda i w 1885 roku skomponował symfonię programową pod tym właśnie tytułem. Symfonia ta jest, można powiedzieć, niecodzienna nawet w numeracji: można ją nazwać "IV ½" , powstała bowiem między Czwartą i Piątą, nigdy nie została ponumerowana w tradycyjny sposób i mimo tradycyjnego układu czterech części pozostała – podobnie jak jej kuzyn, poemat symfoniczny – utworem z poetyckim tytułem i literackim programem.

Zaczynając z tak wysokiej półki, nie możemy już zejść niżej. I tak będzie, zostaniemy w Panteonie sław, w blasku arcydzieł. Kolejne dwa klejnoty to utwory Gustava Mahlera, dwa fragmenty jego dwóch Symfonii. O ile jednak Adagietto jest po prostu faktycznie czwartą częścią V Symfonii i bywa wykonywane równie często w całym cyklu co osobno – z uwagi na wyjątkową urodę i nasycenie emocjami; o tyle Blumine (i do tego piękny tytuł! – to część „Kwietna”, czy tez „Ukwiecona”) pierwotnie było drugą częścią I Symfonii, lecz po kilku pierwszych wykonaniach kompozytor zdecydował się na zupełne usunięcie tej części z całości dzieła. Szczęśliwie utwór nie zaginął w czeluściach historii, ale przetrwał i w 1967 roku miał swoją „drugą światową premierę” pod batutą Benjamina Brittena. Wraz z tymi dwoma utworami pozostajemy w kręgu romantycznym, miłosnym, lirycznym. Blumine powstało pierwsze, jego szkice i fragmenty pochodzą wręcz sprzed czasów I Symfonii, a zatem sprzed 1887 roku; mówi się także, że cudowne, śpiewne solo trąbki z tej części to liryczna pieśń Mahlera zauroczonego w owym czasie śpiewaczką Joanną Richter. Z kolei późniejsze Adagietto z V Symfonii (lata 1901-1902) jest już pięknym i otwartym wyznaniem miłosnym do żony kompozytora, Almy, z którą w owym czasie się poznał – i ożenił. Adagietto „wycisza” całą wielką orkiestrę, skupia kolor jedynie na smyczkach i harfie, jakby Mahler chciał jeszcze bardziej miękko, intymnie otulić swoją wybrankę szeptem i miękkim dźwiękiem współbrzmień. Łagodne, powolne frazy smyczków rozwijają się w prześliczne fale, podkreślane głębią niskich rejestrów harfy. Ta część – podobnie jak Manfred dla Schumanna – stała się znakiem rozpoznawczym Mahlera, jego piękną wizytówką i zarazem wyznaniem miłosnym. Słynne są słowa, które kompozytor dopisał żonie przy tej części: „Wie ich dich liebe, Du meine Sonne, ich kann mit Worten Dir's nicht sagen. Nur meine Sehnsucht kann ich Dir klagen und meine Liebe.” (Jakże cię kocham, słońce moje, słowami tego nie wypowiem. Mogę jedynie złożyć ci w ofierze mą tęsknotę i miłość)

Wzruszenia, uczucia, romantyzm w czystej ideologicznie postaci. Czyż można się dziwić, że uzupełnieniem tak bogatego w emocje wieczoru będzie jedna z symfonii wielkiego Johannesa Brahmsa? To po prostu złota kropka nad „i” programu.  

Zazwyczaj pierwsze symfonie kompozytorów nie są dziełami powszechnie uznawanymi za wstrząsające arcydzieła, patrzy się na nie z lekką pobłażliwością („Młody jeszcze twórca próbował swoich sił...” „Pierwsze podejście do gatunku symfonii nastręczało niejakie trudności...”), z zaciekawieniem nawet, lecz jakby głównie w perpektywie następnych dzieł, już dojrzalszych, przemyślanych, odpowiedzialnych. W przypadku Brahmsa rzecz nie jest jednak tak prosta. Po pierwsze, Brahms w zasadzie od początku swojej kariery uznawany był przez przyjaciół i krytyków za „artystycznego spadkobiercę Beethovena”, co już od razu nakładało na niego ciężar niezwykłej odpowiedzialności, zwłaszcza jeśli chodzi o gatunek symfonii. Nie mógł więc sobie po prostu napisać ot tak, pierwszej niedużej symfonii, tak na próbę, dla wprawy; musiał od razu stanąć na palcach i sięgnąć wielkiego spiżowego pomnika samego Beethovena. Oczywiście również fakt, że Brahms już jako młodzieniec był szalenie krytyczny wobec swojej twórczości (i wiele utworów niezadowalających go po prostu na wszelki wypadek zniszczył) także nie sprzyjał publicznym „próbom kompozycji”. Kiedy zatem świat otrzymał w końcu I Symfonię c-moll op. 68 – było to już dzieło właśnie dojrzałe, przemyślane i odpowiedzialne. Artystyczny testament Beethovena znalazł się co prawda w tej Symfonii, ale nie w postaci banalnych cytatów, lecz jako inteligentne, cudowne nawiązania, muzyczny hołd złożony wielkiemu poprzednikowi. Znajdziemy tu zatem na przykład słynny beethovenowski „motyw losu” w pierwszej i trzeciej części, znajdziemy kapitalne nawiązanie do chorałowej „Ody do radości” z IX Symfonii w części ostatniej... Asocjacje te tak cieszyły współczesnych Brahmsowi, że szybko zaczęto nazywać jego Pierwszą Symfonię „Dziesiątą Symfonią Beethovena”. Intencje może i dobre, ale rezultat co najmniej mierny, jako że Brahms bardzo się obruszał na tę terminologię. „Nikogo nie kopiuję!” – zżymał się – „nie dokonałem plagiatów! Oczywiście, że każdy głupi zauważy nawiązanie do Beethovena” – ale przecież jego Symfonia była odrębna, inna, oryginalna! Była hołdem złożonym geniuszowi, ale jest też niezaprzeczalnym dziełem kolejnego genialnego talentu. 

Zawsze myślę sobie, że muzyka Brahmsa jest jak miękki, pyszny, bogaty we wzory, faktury i głębię dywan perski. Jest w niej rewelacyjna głębia nasyconej harmonii, jest zapierające dech w piersiach bogactwo zdarzeń, motywów, fraz, splątanych ze sobą i jednocześnie tworzących piękną, spójną całość. Można się pochylać nad detalami pojedynczych wzorów, ale można też odejść dalej i podziwiać orgię barw mieniących się odcieniami. Jest taki moment w drugiej części... jakże charakterystyczny dla Brahmsa – kiedy cudowną śpiewną melodię podają sobie kolejno „do rąk” obój, klarnet, waltornia, flet; jak kryształową kulę odbijającą coraz to nowe kolory, a przecież ciągle tę samą. Barwy instrumentów przenikają się, stapiają ze sobą, czasami trudno jest uchwycić moment, kiedy melodia przechodzi z jednej ręki do drugiej, płynie miękko i gładko przez orkiestrę, mówi kolejnymi głosami, a jednak zawsze tym samym – głosem genialnego kompozytora. 

Słuchałam dziś tego arcydzieła w jakże prozaicznych warunkach: w samochodzie, w drodze z pracy... Można by westchnąć: o tempora, o mores! To omal profanacja przecież. Cóż, możemy się zżymać na technologię odzierającą świat z urody, ale możemy także z tego skorzystać. Mogłam jechać w ciszy, albo z przypadkowym radiem gadającym o stanie gospodarki rybnej. Mogłam też świadomie zaprosić do samochodu Brahmsa, żeby mi opowiedział do ucha swoją piękną historię. Więc wybrałam to ostatnie. I tak się jakoś stało, że z pierwszymi dźwiękami Symfonii wjechałam wprost na obłędny po prostu zachód słońca, z płonącą kulą ognia nad horyzontem, z niebem malowanym w błękitne, pomarańczowe i różowe wstęgi (to kicz, wiem... ale tylko na piśmie! Natura była zwyczajnie przepiękna), z jesienną mgłą rozsnutą jak puchata kołderka w każdym zagłębieniu i dolince. I to były, proszę Państwa, także idealne warunki do słuchania Brahmsa. Kto by pomyślał?


Fotografia nie z dzisiejszego wieczoru - ale kolory dokładnie te same! Fot. Alvise Valier

piątek, 18 października 2013

Święto waltornistów?



Tak, wiem, tytuł wpisu jest dosyć przewrotny, bo jeśli już mówimy o świętowaniu – to będzie to na pewno Jubileusz Krzysztofa Pendereckiego, który w tym roku obchodzi 80 urodziny. Z tej okazji odbyło się już wiele koncertów i wydarzeń artystycznych na całym świecie, rodzimy Kraków nie pozostaje także w tyle. I to, możemy powiedzieć, dosyć blisko samej daty jubileuszowej, jako że Profesor urodził się 23 listopada. Wszystkiego najlepszego, Profesorze! 

Dlaczego wspominam zatem o waltornistach? Ponieważ koncert dedykowany Krzysztofowi Pendereckiemu krakowska Filharmonia zdecydowała się uświetnić blaskiem tego przepięknego instrumentu. W programie znajdzie się jeden z najnowszych utworów Profesora: Koncert na róg i orkiestrę (róg, czyli waltornia – to ten sam instrument nazywany dwojako, dla wytworności). W drugiej części zaś usłyszymy najsłynniejsze arcydzieło Antonina Dvořaka, czyli Symfonię nr 9 Z Nowego Świata i... no, myślę, że waltorniści orkiestrowi już zacierają ręce z radości: nareszcie, hura! Będzie co pograć, popisać się, zabłysnąć. Proszę na nich tam zwrócić uwagę, będą mieli w końcu swoje przysłowiowe pięć minut, warto to zauważyć i docenić!
Wieczór rozpoczniemy jednak bardzo tradycyjnie: uwerturą. Tym razem będzie to Leonora III op. 72b Ludwiga van Beethovena z 1806 roku. Co się kryje za tymi pogmatwanymi nazwami? I dlaczego Leonora III (czyżby chodziło o dynastię?) Otóż, po pierwsze – uwertura to wstęp. Zazwyczaj wstęp do opery, czyli muzyczne wprowadzenie w nastrój spektaklu, w tematy, motywy, koloryt. Zazwyczaj kompozytorzy oper pisywali te wstępy właśnie z przeznaczeniem do wykonania przed podniesieniem kurtyny, pisywali jednak przeważnie JEDNĄ uwerturę to jednej opery... Ale nie Beethoven, ba! On nie trzymał się zasad, a że był do tego perfekcjonistą, więc do swojej – jedynej zresztą – opery Fidelio napisał... trzy uwertury. Szaleć to szaleć. Na pierwszą z nich skrzywił arystokratyczny nos książę Lichnowski, patron (i sponsor) Beethovena. Przepadła. Druga okazała się zbyt nowoczesna i skomplikowana jak na gusta i świadomość ówczesnych słuchaczy i dopiero trzecia wersja (Leonora III) zyskała należyte uznanie i okazała się scenicznym i koncertowym sukcesem. 

Po Uwerturze pora na gwóźdź programu: najnowszy Koncert waltorniowy Krzysztofa Pendereckiego. I znowu, podobnie jak niedawno temu pisząc o Lutosławskim, powtórzę tutaj: proszę się nie obawiać! Krzysztof Penderecki jest, owszem, naszym najsłynniejszym kompozytorem WSPÓŁCZESNYM, ale współczesny język muzyczny – a szczególnie język Profesora – jest już dalece bardziej zrozumiały dla szerokich rzesz melomanów niż wściekła awangarda lat powojennych. Koncert ten powstał w 2008 roku i nosi jakże miły o tej porze roku podtytuł „Winterreise”, czyli „Podróż zimowa”. Znawcy i erudyci natychmiast wybiegną bystrą myślą w skojarzenie ze słynnym cyklem pieśni Franciszka Schuberta o tym samym tytule ale uwaga! – hamujemy. Tym razem nie chodzi o asocjacje z Schubertem i jego zawiedzioną miłością. Nie jeden Schubert podróżował w zimie! Podobno, podobno chodziło to bardziej o podróże Pendereckiego w 2007 roku do Chin i Ameryki Południowej. Są też inne teorie – że zimowa wyprawa odnosi się do wspomnień z dzieciństwa, kiedy to kompozytor chodził do lasu na polowania z wujkiem... Jakakolwiek by jednak nie była geneza tytułu, faktem jest, że mamy tu do czynienia z kolejnym kapitalnym, wirtuozowskim, rozmigotanym barwami utworem Mistrza. To pierwszy w jego karierze koncert na instrument dęty blaszany, do tej pory serce kompozytora oddane było instrumentom smyczkowym. Wydaje się jednak, że warto było czekać tyle lat na tak piękny popis waltorni. Róg jest w ogóle instrumentem tyleż prześlicznym co wyjątkowo niewdzięcznym. Uznawany jest za jeden z najtrudniejszych instrumentów, między innymi ze względu na dysproporcję wielkości ustnika (podobny w rozmiarze do tego od trąbki) do długości instrumentu (po „rozwinięciu” waltornia miałaby ok. 6 metrów!), na konieczność doskonałego słuchu do strojenia dźwięków, na fakt wydobywania dźwięków głównie za pomocą mikro-zmian w układzie warg. To jest także przekleństwo sceniczne waltorni: podczas gdy patrząc na wirtuoza skrzypka czy pianistę możemy wsłuchiwać się w kaskady dźwięków a jednocześnie podziwiać z zachwytem pioruny palców śmigające po instrumencie, w przypadku waltornisty... nie mamy nic. Stoi przed nami na scenie człowiek, trzyma spokojnie instrument, wygląda czasem jakby wręcz nie grał; i tylko z czary instrumentu wypływają – równie fascynujące co u pianisty, lecz zupełnie tu nie „zwizualizowane” – kaskady dźwięków. A dźwięk waltornia ma po prostu cudowny: ciepły, miękki, a jednocześnie pełen blasku; potrafi być majestatyczna w grupie, kapryśna w staccatach, szepcząca ciepło do ucha w piano. Mistrz Penderecki znakomicie zna waltornię i napisał dla niej utwór, w którym ta Królowa Orkiestr w końcu ma szansę pokazać się w pełnej krasie. Koncert jest szalenie wirtuozowski (ale tego Państwo nie zobaczą! Cóż – trzeba słuchać...), niezwykle bogaty barwowo, jednoczęściowy i budujący napięcie ku efektownemu końcowi. Trwa około 20 minut. Tak w sam raz na pokazanie kapitalnej palety barw i możliwości instrumentu i nie popadnięcie w przesyt.
W koncercie premierowym tego utworu solistą był Radovan Vlatković, jeden z najsłynniejszych żyjących waltornistów. W sobotni wieczór usłyszymy naszego rodaka, Jacka Muzyka, od lat mieszkającego w Stanach Zjednoczonych, koncertującego także na całym świecie. Muzyk jest, nomen omen, rewelacyjnym muzykiem i dawno już wkroczył na salony elity waltorniowej świata. Posłuchajmy go w tym popisowym utworze. Na pewno powie nam coś pięknego.


Jacek Muzyk. Fot.: Anna Dzięgiel


Zamykającej ten wieczor Symfonii Z Nowego Świata wręcz nie wypada przedstawiać. To prawdopodobnie jeden z ulubionych utworów inżyniera Mamonia: chyba każdy go zna! Symfonia wypełniona jest po prostu cudownymi, słynnymi tematami, melodiami, motywami. Powstała w 1893 roku, gdy Dvořak stał na czele National Conservatory od Music w Nowym Yorku. Powszechnie wychwala się jej „amerykańskość”, chociaż trudno tak naprawde uchwycić fenomen tego połączenia dwóch światów: muzycznej Ameryki i muzycznej Europy (a ściślej Czech, ojczyzny Dvořaka). Faktem jest jednak, że IX Symfonia jest niesłychanie plastyczna, „widać” w niej po prostu rozmach przestrzeni kontynentu amerykańskiego (każdy kto kiedykolwiek był na słynnej amerykańskiej prerii zna to uczucie przytłoczenia ogromem horyzontu, a jednocześnie niesłychanego poczucia wolności, aż do zaparcia tchu), słychać korzenie afroamerykańskie, indiańskie i plemienne... Ale słychać i słowiańską duszę kompozytora; co jakiś czas pojawiają się jakby echa ludowych tańców, przyśpiewek, dumek. Moim zdaniem „amerykańskość” Symfonii Dvořaka ma dla nas – współczesnych – także i podwójne źródło. Proszę sobie otóż przypomnieć większość najlepszych hollywoodzkich ścieżek dźwiękowych, czyli po prostu muzykę fimową w najlepszym gatunku. Ta orkiestracja! Te motywy, genialne tematy, to opanowanie orkiestry! Przecież to najlepsza spuścizna Dvořaka, który tym samym biorąc inspiracje z Ameryki, zostawił jej po sobie również rewelacyjny warsztat gotowy wprost do wykorzystania w produkcjach filmowych. To, że w Symfonii Z Nowego Świata słyszymy muzykę filmową – to znaczy po prostu, że historia zatoczyła koło, a film zaczerpnął z Symfonii pełnymi garściami. I dobrze! Jak czerpać to od najlepszych, jak uczyć się to od mistrzów. 

A o popularności „Dziewiątki” niech świadczy także fakt, że jej nagranie wziął ze sobą na księżyc Neil Armstrong podczas słynnego lotu Apollo 11 w 1969 roku. I czy można mu się dziwić?...

Na koniec polecam Państwu jeszcze ciekawostkę: podaję poniżej link do nagrania piosenki „Goin' Home”. To prześliczna pieśń wykorzystująca słynny temat rożka angielskiego z drugiej części IX Symfonii, do którego słowa dopisał uczeń Dvořaka, William Arms Fisher. Nostalgiczna opowieść o powrocie do domu, do bliskich, przyjaciół, o tęsknocie za ojczyzną. Zupełnie tak jak czuł się Dvořak w Ameryce... 
 






środa, 16 października 2013

Penderecki, Dvořak i Nowy Świat.



Po wakacyjnej – wydłużonej niestety – przerwie wracam do pisania. Hura! Mam nadzieję, że będzie to znowu pisanie w miarę regularne, to jest mimo wszystko przyjemność  kiedy się ma do czynienia z tak fascynującą materią, jaką jest muzyka; ale też jak każda przyjemność, moje pisanie ma również mocną konkurencję w postaci – brrrr – OBOWIĄZKÓW... Ale kto ich nie ma?!
Dzisiaj zapowiem się zatem tylko, że jestem, wracam, napiszę przed najbliższym koncertem sobotnim. Mam nadzieję, że zdążę na tyle wcześnie, żeby zainteresowani melomani mieli okazję zaglądnąć do tekstu przed sobotą. A teraz tylko zapowiem ogólnie: świętujemy tym razem Jubileusz Krzysztofa Pendereckiego, świętujemy jednym z jego nowszych dzieł: Koncertem na waltornię! W połączeniu z uwerturą Beethovena i cudowną Symfonią z Nowego Świata Dvořaka będzie to kapitalny program: coś dla tradycjonalistów i coś dla awangardy (chociaż wcale jednak nie tak strasznej, nie obawiajmy się), współcześnie i klasycznie. Polecam znowu! A więcej dopiszę już niebawem, proszę tu znowu zaglądnąć!



Jacek Muzyk, solista sobotniego koncertu. Fot.: Anna Dzięgiel