Przy
koncertach monograficznych, zwłaszcza kiedy dotyczą największych z wielkich
kompozytorów, autorzy tekstow programowych zawsze stają przed niejakim
problemem. Bo jak tu napisać coś zachęcającego, lekkiego a jednocześnie
inteligentnego – o GENIUSZU? O którym pokolenia całe pisały z zachwytem
książki, artykuły, dramaty, scenariusze filmowe, prace naukowe i bajki dla
dzieci. Jak napisać coś bodaj świeżego (bo przecież już na pewno nie
odkrywczego) o Mozarcie, nie narażając się na ryzyko banałów i powtórzeń? Powtórzenia
zatem będą, za które Państwa z góry przepraszam, postaram się jednak podać je
Państwu w miarę wybiórczo, oświetlając tylko, jak błyskiem maluśkiej kieszonkowej
latarki, kilka drobiazgów z życia Wolfganga Amadeusza.
Na
najbliższych koncertach usłyszymy trzy bardzo znane utwory Mozarta. W przypadku
tego kompozytora trudno swoją drogą dobrać program koncertu tak, aby składał
się z NIE znanych utworów! Kompozycje proponowane w tym tygodniu przez krakowską
orkiestrę pochodzą z okresu kilku ledwie lat, Symfonia nr 36 Linzka napisana
została w 1783 roku, zaś Uwertura do Wesela Figara i Koncert Fortepianowy A-dur powstały w roku 1786. Mozart był w zasadzie
w pełni sił kompozytorskich; dobiegający trzydziestki wesoły młodzian, świeżo
poślubiony Konstancji Weber (w 1782). Podróżując z młodą żoną po Europie,
zatrzymali się w październiku 1783 roku na kilka dni na dworze w Linz. Przyjęci
byli z wielkimi honorami na dworze hrabiego Thun. 31 października Mozart pisał
do ojca w Salzburgu:
„Kiedy dotarliśmy do bram miasta, oczekiwał na nas
tam już sługa, by poprowadzić nas do domu hrabiego, gdzie mieszkamy do tej
pory. Trudno mi wręcz opisać z jak wielką gościnnością jesteśmy tu przyjmowani.
W czwartek, 4 listopada, mam dać koncert w teatrze, a że nie mam przy sobie ani
jednej symfonii, piszę na szybko nową, która musi być na ten dzien gotowa.”
Cztery dni,
bagatela! Na napisanie symfonii w czterech częściach i wystawienie jej z
lokalną orkiestrą. Dzisiejszy zwyczajowy tydzień prób orkiestry przed koncertem –
i wielomiesięczna praca kompozytorów nad utworami – wydają się przy tym prawie
histerią... Ale to był Mozart, proszę Państwa, nie porównujmy nikogo z
Mozartem. Sypał nutami z obu rękawów, miał diabelską łatwość pisania i wydaje
się, że po prostu nie nadążał spisywać pomysłów które biegały mu po głowie. Cztery
dni! – i jest symfonia. Śliczna. Klasyczna, czteroczęściowa, doskonała.
Kilka lat
później, w 1786 roku, Mozart napisze kolejne dwa dzieła, które nas w tym
tygodniu zajmują: operę Wesele Figara
i Koncert Fortepianowy A-dur.
Uwertura do Wesela otworzy nam piątkowo-sobotni
koncert; błyskotliwa, tryskająca życiem, humorem i niespodziankami, jak
chociażby już pierwsze „BUM!” tutti
po początkowych ledwie kilku beztroskich taktach smyczków. Uwertura ta, w
przeciwieństwie do tradycyjnych wstępów orkiestrowych, nie ma w sobie materiału następującej
po niej opery, nie cytuje melodii późniejszych arii. Ona jedynie – i aż –
wprowadza nas w nastrój widowiska, musuje dowcipem i zapowiada typy postaci mające
się zaraz pojawić na scenie. Prawdą jest także, że Mozart w ogóle był bardzo „teatralny”,
operowy i świetnie oddawał charaktery ludzkie w muzyce. Również jego utwory
instrumentalne, od najprostszych drobiazgów na fortepian po wielkie symfonie –
aż się roją od kolorowych postaci, które rozmawiają, psocą, przekomarzają się, żalą,
płaczą, uwodzą... jedynie dźwiękami, kształtem melodii, zadziornością rytmu,
intrygującą harmonią. Ileż to razy na próbach utworów kameralnych Mozarta zaśmiewaliśmy
się z niektórych motywów, wyobrażając sobie ich odpowiedniki w operze. Mozart
był znakomitym dramaturgiem i wydaje się czasem, że tłumy tych fikcyjnych
postaci przepychają się do nas po prostu z każdej strony jego nut i partytur. Proszę
spróbować dla odmiany tym razem tak właśnie posłuchać tych utworów zawadiaki
Wolfiego: jakby się słuchało opery bez słów. Jestem pewna, że pojawią się
Państwu w wyobraźni osoby i osóbki, tu napuszona diwa, tam niepewny tenorek,
gdzie indziej znów komediant buffo...
O Koncercie A-dur K 488 powiem jeszcze tylko, że
jego druga część to według mnie jedna z najcudowniejszych „wolnych części” w
historii muzyki. Oczywiście jest to opinia wysoce subiektywna i nie mam
bynajmniej zamiaru nikomu udowadniać słuszności powyższego sądu. Ona po prostu
DLA MNIE jest obłędna. Płynie niesiona rozkołysaną kantyleną, z chwilowymi zamyśleniami
i melodią tematu wysnuwaną słodko przez klarnet... i z tym najpiękniejszym dla
mnie momentem pizzicata smyczków i pojedynczych „kropli” fortepianu pod koniec
części, który po prostu zapiera mi dech w piersiach. Ta część zawsze ściska mnie
za gardło swoim pięknem i genialnością prostoty. Jeśli idę na koncert – to idę
dla tej właśnie części. Subiektywnie i ze wzruszeniem.
Na koniec
jeszcze mała ciekawostka fotograficzna.
Kilka lat
temu byłam po raz pierwszy w Pradze, z wizytą w muzeum muzyki, czyli Českim muzeum hudby. Muzeum położone jest w samym
sercu starej Pragi, więc z pełną odpowiedzialnością polecam Państwu wycieczkę
do stolicy Czech z nakierowaniem na to piękne miejsce muzyczne w środku miasta
(ul. Karmelitska). W nim znajdziecie Państwo bowiem to, co ja także ze
wzruszeniem oglądałam: fortepian, na którym grał sam Mozart. Stoi to cudo
opatrzone odnośną tabliczką, która odpowiedzialnie poświadcza, że w roku 1787 (czyli
tuż po napisaniu Wesela Figara i Koncertu A-dur) kompozytor odwiedził
Pragę i grał na tym instrumencie m.in. fragmenty i arie ze swojego Don Juana. Proszę spojrzeć, jaki to
uroczy mebelek-bibelocik; w ówczesnych czasach każdy twór rąk ludzkich był po
prostu piękny. Spod palców Mozarta na TAKICH klawiszach po prostu musiały
wylatywać muzyczne perełki. Nie miał chłopak innego wyjścia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz