czwartek, 14 lutego 2013

Mozart.


Przy koncertach monograficznych, zwłaszcza kiedy dotyczą największych z wielkich kompozytorów, autorzy tekstow programowych zawsze stają przed niejakim problemem. Bo jak tu napisać coś zachęcającego, lekkiego a jednocześnie inteligentnego – o GENIUSZU? O którym pokolenia całe pisały z zachwytem książki, artykuły, dramaty, scenariusze filmowe, prace naukowe i bajki dla dzieci. Jak napisać coś bodaj świeżego (bo przecież już na pewno nie odkrywczego) o Mozarcie, nie narażając się na ryzyko banałów i powtórzeń? Powtórzenia zatem będą, za które Państwa z góry przepraszam, postaram się jednak podać je Państwu w miarę wybiórczo, oświetlając tylko, jak błyskiem maluśkiej kieszonkowej latarki, kilka drobiazgów z życia Wolfganga Amadeusza.



Na najbliższych koncertach usłyszymy trzy bardzo znane utwory Mozarta. W przypadku tego kompozytora trudno swoją drogą dobrać program koncertu tak, aby składał się z NIE znanych utworów! Kompozycje proponowane w tym tygodniu przez krakowską orkiestrę pochodzą z okresu kilku ledwie lat, Symfonia nr 36 Linzka napisana została w 1783 roku, zaś Uwertura do Wesela Figara i Koncert Fortepianowy A-dur powstały w roku 1786. Mozart był w zasadzie w pełni sił kompozytorskich; dobiegający trzydziestki wesoły młodzian, świeżo poślubiony Konstancji Weber (w 1782). Podróżując z młodą żoną po Europie, zatrzymali się w październiku 1783 roku na kilka dni na dworze w Linz. Przyjęci byli z wielkimi honorami na dworze hrabiego Thun. 31 października Mozart pisał do ojca w Salzburgu: 


„Kiedy dotarliśmy do bram miasta, oczekiwał na nas tam już sługa, by poprowadzić nas do domu hrabiego, gdzie mieszkamy do tej pory. Trudno mi wręcz opisać z jak wielką gościnnością jesteśmy tu przyjmowani. W czwartek, 4 listopada, mam dać koncert w teatrze, a że nie mam przy sobie ani jednej symfonii, piszę na szybko nową, która musi być na ten dzien gotowa.”


Cztery dni, bagatela! Na napisanie symfonii w czterech częściach i wystawienie jej z lokalną orkiestrą. Dzisiejszy zwyczajowy tydzień prób orkiestry przed koncertem – i wielomiesięczna praca kompozytorów nad utworami – wydają się przy tym prawie histerią... Ale to był Mozart, proszę Państwa, nie porównujmy nikogo z Mozartem. Sypał nutami z obu rękawów, miał diabelską łatwość pisania i wydaje się, że po prostu nie nadążał spisywać pomysłów które biegały mu po głowie. Cztery dni! – i jest symfonia. Śliczna. Klasyczna, czteroczęściowa, doskonała.




Kilka lat później, w 1786 roku, Mozart napisze kolejne dwa dzieła, które nas w tym tygodniu zajmują: operę Wesele Figara i Koncert Fortepianowy A-dur. Uwertura do Wesela otworzy nam piątkowo-sobotni koncert; błyskotliwa, tryskająca życiem, humorem i niespodziankami, jak chociażby już pierwsze „BUM!” tutti po początkowych ledwie kilku beztroskich taktach smyczków. Uwertura ta, w przeciwieństwie do tradycyjnych wstępów orkiestrowych, nie ma w sobie materiału następującej po niej opery, nie cytuje melodii późniejszych arii. Ona jedynie – i aż – wprowadza nas w nastrój widowiska, musuje dowcipem i zapowiada typy postaci mające się zaraz pojawić na scenie. Prawdą jest także, że Mozart w ogóle był bardzo „teatralny”, operowy i świetnie oddawał charaktery ludzkie w muzyce. Również jego utwory instrumentalne, od najprostszych drobiazgów na fortepian po wielkie symfonie – aż się roją od kolorowych postaci, które rozmawiają, psocą, przekomarzają się, żalą, płaczą, uwodzą... jedynie dźwiękami, kształtem melodii, zadziornością rytmu, intrygującą harmonią. Ileż to razy na próbach utworów kameralnych Mozarta zaśmiewaliśmy się z niektórych motywów, wyobrażając sobie ich odpowiedniki w operze. Mozart był znakomitym dramaturgiem i wydaje się czasem, że tłumy tych fikcyjnych postaci przepychają się do nas po prostu z każdej strony jego nut i partytur. Proszę spróbować dla odmiany tym razem tak właśnie posłuchać tych utworów zawadiaki Wolfiego: jakby się słuchało opery bez słów. Jestem pewna, że pojawią się Państwu w wyobraźni osoby i osóbki, tu napuszona diwa, tam niepewny tenorek, gdzie indziej znów komediant buffo... 


O Koncercie A-dur K 488 powiem jeszcze tylko, że jego druga część to według mnie jedna z najcudowniejszych „wolnych części” w historii muzyki. Oczywiście jest to opinia wysoce subiektywna i nie mam bynajmniej zamiaru nikomu udowadniać słuszności powyższego sądu. Ona po prostu DLA MNIE jest obłędna. Płynie niesiona rozkołysaną kantyleną, z chwilowymi zamyśleniami i melodią tematu wysnuwaną słodko przez klarnet... i z tym najpiękniejszym dla mnie momentem pizzicata smyczków i pojedynczych „kropli” fortepianu pod koniec części, który po prostu zapiera mi dech w piersiach. Ta część zawsze ściska mnie za gardło swoim pięknem i genialnością prostoty. Jeśli idę na koncert – to idę dla tej właśnie części. Subiektywnie i ze wzruszeniem.



Na koniec jeszcze mała ciekawostka fotograficzna. 






Kilka lat temu byłam po raz pierwszy w Pradze, z wizytą w muzeum muzyki, czyli Českim muzeum hudby. Muzeum położone jest w samym sercu starej Pragi, więc z pełną odpowiedzialnością polecam Państwu wycieczkę do stolicy Czech z nakierowaniem na to piękne miejsce muzyczne w środku miasta (ul. Karmelitska). W nim znajdziecie Państwo bowiem to, co ja także ze wzruszeniem oglądałam: fortepian, na którym grał sam Mozart. Stoi to cudo opatrzone odnośną tabliczką, która odpowiedzialnie poświadcza, że w roku 1787 (czyli tuż po napisaniu Wesela Figara i Koncertu A-dur) kompozytor odwiedził Pragę i grał na tym instrumencie m.in. fragmenty i arie ze swojego Don Juana. Proszę spojrzeć, jaki to uroczy mebelek-bibelocik; w ówczesnych czasach każdy twór rąk ludzkich był po prostu piękny. Spod palców Mozarta na TAKICH klawiszach po prostu musiały wylatywać muzyczne perełki. Nie miał chłopak innego wyjścia.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz