Tym razem - przepraszam! - muszę zrobić sobie niewielką przerwę w opisach; korzystając zresztą z okazji, że Filharmonia odwołała abonamentowe koncerty. Nagły natłok innych rzeczy do przeczytania i opisania (chwilowo poza siecią), w połaczeniu z codzienną pracą sprawił, że muszę wrzucić na "wolniejszy bieg" i zrobić sobie niewielką przerwę od muzycznej gawędy w tym tygodniu. Ale już w przyszłym tygodniu znów tu będę i coś Państwu polecę. I nawet wiem co: Rossiniego, Prokofiewa i Beethovena. Znowu dobre rzeczy.
A u nas ciągle zima! Piękna - ale już może pomału się zbierać hen. Chociaż przyznaję, że jest przez to czysto, puszyście, migotliwie i przytulnie (zwłaszcza kiedy się juz dotrze do domu i siedzi przy gorącej herbacie z miodem).
środa, 20 lutego 2013
czwartek, 14 lutego 2013
Mozart.
Przy
koncertach monograficznych, zwłaszcza kiedy dotyczą największych z wielkich
kompozytorów, autorzy tekstow programowych zawsze stają przed niejakim
problemem. Bo jak tu napisać coś zachęcającego, lekkiego a jednocześnie
inteligentnego – o GENIUSZU? O którym pokolenia całe pisały z zachwytem
książki, artykuły, dramaty, scenariusze filmowe, prace naukowe i bajki dla
dzieci. Jak napisać coś bodaj świeżego (bo przecież już na pewno nie
odkrywczego) o Mozarcie, nie narażając się na ryzyko banałów i powtórzeń? Powtórzenia
zatem będą, za które Państwa z góry przepraszam, postaram się jednak podać je
Państwu w miarę wybiórczo, oświetlając tylko, jak błyskiem maluśkiej kieszonkowej
latarki, kilka drobiazgów z życia Wolfganga Amadeusza.
Na
najbliższych koncertach usłyszymy trzy bardzo znane utwory Mozarta. W przypadku
tego kompozytora trudno swoją drogą dobrać program koncertu tak, aby składał
się z NIE znanych utworów! Kompozycje proponowane w tym tygodniu przez krakowską
orkiestrę pochodzą z okresu kilku ledwie lat, Symfonia nr 36 Linzka napisana
została w 1783 roku, zaś Uwertura do Wesela Figara i Koncert Fortepianowy A-dur powstały w roku 1786. Mozart był w zasadzie
w pełni sił kompozytorskich; dobiegający trzydziestki wesoły młodzian, świeżo
poślubiony Konstancji Weber (w 1782). Podróżując z młodą żoną po Europie,
zatrzymali się w październiku 1783 roku na kilka dni na dworze w Linz. Przyjęci
byli z wielkimi honorami na dworze hrabiego Thun. 31 października Mozart pisał
do ojca w Salzburgu:
„Kiedy dotarliśmy do bram miasta, oczekiwał na nas
tam już sługa, by poprowadzić nas do domu hrabiego, gdzie mieszkamy do tej
pory. Trudno mi wręcz opisać z jak wielką gościnnością jesteśmy tu przyjmowani.
W czwartek, 4 listopada, mam dać koncert w teatrze, a że nie mam przy sobie ani
jednej symfonii, piszę na szybko nową, która musi być na ten dzien gotowa.”
Cztery dni,
bagatela! Na napisanie symfonii w czterech częściach i wystawienie jej z
lokalną orkiestrą. Dzisiejszy zwyczajowy tydzień prób orkiestry przed koncertem –
i wielomiesięczna praca kompozytorów nad utworami – wydają się przy tym prawie
histerią... Ale to był Mozart, proszę Państwa, nie porównujmy nikogo z
Mozartem. Sypał nutami z obu rękawów, miał diabelską łatwość pisania i wydaje
się, że po prostu nie nadążał spisywać pomysłów które biegały mu po głowie. Cztery
dni! – i jest symfonia. Śliczna. Klasyczna, czteroczęściowa, doskonała.
Kilka lat
później, w 1786 roku, Mozart napisze kolejne dwa dzieła, które nas w tym
tygodniu zajmują: operę Wesele Figara
i Koncert Fortepianowy A-dur.
Uwertura do Wesela otworzy nam piątkowo-sobotni
koncert; błyskotliwa, tryskająca życiem, humorem i niespodziankami, jak
chociażby już pierwsze „BUM!” tutti
po początkowych ledwie kilku beztroskich taktach smyczków. Uwertura ta, w
przeciwieństwie do tradycyjnych wstępów orkiestrowych, nie ma w sobie materiału następującej
po niej opery, nie cytuje melodii późniejszych arii. Ona jedynie – i aż –
wprowadza nas w nastrój widowiska, musuje dowcipem i zapowiada typy postaci mające
się zaraz pojawić na scenie. Prawdą jest także, że Mozart w ogóle był bardzo „teatralny”,
operowy i świetnie oddawał charaktery ludzkie w muzyce. Również jego utwory
instrumentalne, od najprostszych drobiazgów na fortepian po wielkie symfonie –
aż się roją od kolorowych postaci, które rozmawiają, psocą, przekomarzają się, żalą,
płaczą, uwodzą... jedynie dźwiękami, kształtem melodii, zadziornością rytmu,
intrygującą harmonią. Ileż to razy na próbach utworów kameralnych Mozarta zaśmiewaliśmy
się z niektórych motywów, wyobrażając sobie ich odpowiedniki w operze. Mozart
był znakomitym dramaturgiem i wydaje się czasem, że tłumy tych fikcyjnych
postaci przepychają się do nas po prostu z każdej strony jego nut i partytur. Proszę
spróbować dla odmiany tym razem tak właśnie posłuchać tych utworów zawadiaki
Wolfiego: jakby się słuchało opery bez słów. Jestem pewna, że pojawią się
Państwu w wyobraźni osoby i osóbki, tu napuszona diwa, tam niepewny tenorek,
gdzie indziej znów komediant buffo...
O Koncercie A-dur K 488 powiem jeszcze tylko, że
jego druga część to według mnie jedna z najcudowniejszych „wolnych części” w
historii muzyki. Oczywiście jest to opinia wysoce subiektywna i nie mam
bynajmniej zamiaru nikomu udowadniać słuszności powyższego sądu. Ona po prostu
DLA MNIE jest obłędna. Płynie niesiona rozkołysaną kantyleną, z chwilowymi zamyśleniami
i melodią tematu wysnuwaną słodko przez klarnet... i z tym najpiękniejszym dla
mnie momentem pizzicata smyczków i pojedynczych „kropli” fortepianu pod koniec
części, który po prostu zapiera mi dech w piersiach. Ta część zawsze ściska mnie
za gardło swoim pięknem i genialnością prostoty. Jeśli idę na koncert – to idę
dla tej właśnie części. Subiektywnie i ze wzruszeniem.
Na koniec
jeszcze mała ciekawostka fotograficzna.
Kilka lat
temu byłam po raz pierwszy w Pradze, z wizytą w muzeum muzyki, czyli Českim muzeum hudby. Muzeum położone jest w samym
sercu starej Pragi, więc z pełną odpowiedzialnością polecam Państwu wycieczkę
do stolicy Czech z nakierowaniem na to piękne miejsce muzyczne w środku miasta
(ul. Karmelitska). W nim znajdziecie Państwo bowiem to, co ja także ze
wzruszeniem oglądałam: fortepian, na którym grał sam Mozart. Stoi to cudo
opatrzone odnośną tabliczką, która odpowiedzialnie poświadcza, że w roku 1787 (czyli
tuż po napisaniu Wesela Figara i Koncertu A-dur) kompozytor odwiedził
Pragę i grał na tym instrumencie m.in. fragmenty i arie ze swojego Don Juana. Proszę spojrzeć, jaki to
uroczy mebelek-bibelocik; w ówczesnych czasach każdy twór rąk ludzkich był po
prostu piękny. Spod palców Mozarta na TAKICH klawiszach po prostu musiały
wylatywać muzyczne perełki. Nie miał chłopak innego wyjścia.
środa, 6 lutego 2013
Koniec karnawału w świecie bajek i obrazów
W tym tygodniu będzie kolorowo, oj będzie!
Właściwie wydaje mi się wręcz, że będzie dokładnie tak jak to jest z klasycznymi
bajkami: znamy je na wylot, a jednak zawsze z przyjemnością do nich wracamy,
żeby po raz kolejny usłyszeć jak to księżniczka doczekała się na księcia,
brzydkie kaczątko wyrosło na piękność a Jaś i Małgosia objedzeni piernikami
wrócili szczęśliwie do domu. Bo w tym tygodniu będą właśnie głównie muzyczne „bajki”
– i to prawdopodobnie znane większości z Państwa doskonale. Bo i trudno mi
wyobrazić sobie, że można nie znać na przykład Ucznia czarnoksiężnika! Poważni muzycy klasyczni będą znali ten
utwór Paula Dukas’a jako przykład tzw. muzyki programowej, czyli – w wielkim uproszczeniu
– jakby fabularyzowanej muzyki, z treścią w podtekście. Natomiast
prawdopodobnie znakomita większość z nas, poważnych czy też nie, starszych i
młodszych, widziała uroczy filmik Walta Disneya wykorzystujący kompozycję Dukasa
jako ilustrację muzyczną przygód Myszki (Myszka?...) Miki jako ucznia
czarnoksiężnika. Sama historia pochodzi natomiast z ballady Goethego z 1797
roku. Oto czarnoksiężnik i jego uczeń. Mistrz opuszcza dom, przykazując małemu,
żeby nanosił wody. Co to za nuda i kłopot! Ech, ale od czego czary? Abrakadabra
– i miotła ożywa, pracując posłusznie w charakterze nosiwody. Wody przybywa, jest
już dosyć, jest już aż nadto, jest już katastrofa, czas przerwać zabawę i zatrzymać
miotłę! Nic z tego; jak większość adeptów jakiejkolwiek sztuki, mały
czarodziejek nie posiadł jeszcze umiejętności hamowania, czary się zacięły. Potop,
chlustanie i szaleństwo wszechobecnej wody, wir, panika. W końcu – oczywiście! –
wraca Czarnoksiężnik, jeden ruch pałeczką i pstryk! Powódź znika. Jeszcze tylko
tu i tam kapią pojedyncze kropelki, jeszcze czasem błyśnie gdzieś dosychające
jeziorko. I końcowy „szur!” miotły, tym razem już tylko osuwającej się prozaicznie
na podłogę.
Miła bajka, prawda? Ale nie bajam sobie tutaj po
próżnicy, ta bajka naprawdę jest w poemacie Paula Dukas’a, wszystkie zdarzenia
są dowcipnie i z polotem zobrazowane muzyką. Nieważne poważne zaplecza tej
kompozycji, posłuchajmy sobie po prostu kolorowej i humorystycznej opowiastki muzycznej,
poczujmy się jak dzieci w karnawale.
Zaczęłam od końca programu koncertu, ale
chciałam tym samym podkreślić jak bardzo „wizualny” będzie w tym tygodniu program
w Filharmonii. Uczeń czarnoksiężnika
to chyba najbardziej znana bajkowa historia na orkiestrę. Ale i Rapsodia hiszpańska Ravela nie powinna
nam być obca. Pierwotnie napisana przez kompozytora na fortepian (na cztery
ręce), szybko zyskała swoją najpopularniejszą wersję orkiestrową. To po prostu
czysta Hiszpania, pulsująca gorącym słońcem i zmysłowymi tańcami, z feerią
kolorów i rytmów. Pełnia lata, pełnia życia. Jeśli wyobrażamy sobie dźwiękowo
Hiszpanię – to w ten sposób. Ravel, znany wielu już pokoleniom głównie za
sprawą genialnego Bolera, zaczął
swoje muzyczne hiszpańskie flirty właśnie od tej Rapsodii, ukończonej w 1808 roku. Czteroczęściowa kompozycja mieni
się pulsującymi kolorami: od tajemniczego Preludium
z rozedrganym powietrzem upalnej letniej nocy, poprzez kapryśną i zmysłową Malagueñę, leniwą Habanerę aż po szaleństwa zamykającej Ferii.
Cofając się dalej w programie docieram do Potępionego strzelca Cezara Francka.
Zazwyczaj nazwisko Francka kojarzy się nam – i słusznie – głównie z muzyką
organową. Franck był faktycznie właściwie spadkobiercą i następcą Bacha jeśli
chodzi o wkład w literaturę organową. A tu – niespodzianka, mamy utwór
orkiestrowy, znowu inspirowany balladą niemieckiego poety, tym razem jest to Gottfried August
Bürger. Opowiada on historię
hrabiego Renu, który ośmiela się zlekceważyć dzień święty i wybiera się – o zgrozo!
– na polowanie w niedzielny poranek. Słyszymy jakże jednoznaczne myśliwskie
rogi otwierające fanfarą utwór. (Waltorniści zacierają ręce, w końcu będą się
mieli czym popisać w tym tygodniu!) Słychać także kościelne dzwony, jak
ostrzeżenie i zapowiedź kłopotów. Hrabia, rzecz jasna, ignoruje znaki i
ostrzeżenia, zagłebia się w ciemny i złowieszczy las, gdzie nieuchronnie
dopadają go demony ścigając w wiecznej, niekończącej się już nigdy, gonitwie. Mamy
więc „sielski” obrazek lasu, ale z grozą szaleństwa i potępieńczej jazdy, która
po wsze czasy uwięzi w galopie niepokornego hrabiego.
Na koniec zostawiłam czwarty
utwór, pozornie odbiegający stylem od pozostałych (uwaga! To znowu muzyka tzw.
współczesna, i znowu: proszę się nie bać!). Pozornie, bo tylko język jest inny,
ale moim zdaniem będziemy mieć tutaj znakomite uzupełnienie gry wyobraźni
zainicjowanej przez pozostałe obrazy. Solilokwium
II , czyli Pejzaż myśli zamarzłych
– czy to już nie zachęcający i frapujący tytuł? Po rozgrzanym, rozedrganym
lecie ravelowskiej Rapsodii hiszpańskiej,
po jesiennym demonicznym lesie Francka, mamy zimę Wojciecha Ziemowita Zycha,
naszego krakowskiego młodego kompozytora. Zima może już nie w tak dosłownym,
ilustracyjnym znaczeniu muzycznym. Zych napisał swój Pejzaż na klarnet basowy solo,
z towarzyszeniem dwudziestu instrumentów smyczkowych. I ta „zima”, „zmarznięcie”,
„odrętwienie” jest tam bardziej w kolorycie dźwięków, w zderzeniach zdarzeń
muzycznych, w ogólnym pozornym chłodzie, jakby skupieniu umysłu. Co nie znaczy,
że to utwór statyczny i odrętwiały, broń Boże. Zaczyna się owszem, oszczędnymi
pobłyskami smyczków (które, notabene, powinny być ustawione nie na scenie – ale
rozproszone wokół widowni, pod ścianami sali), w które wplata się soczysty,
przepiękny dźwięk klarnetu. Klarnet basowy to w ogóle wciąż za mało doceniany
instrument, zepchnięty najczęściej do roli kolorowego uzupełnienia brzmienia
orkiestry. Chwała Zychowi, że docenia możliwości tego dużego brata wesołych klarnetów,
ponieważ Solilokwium II nie jest
bynajmniej jedynym jego utworem na klarnet basowy solo! Ale wracając na scenę,
do samotnego solisty opuszczonego przez rozproszone po sali instrumenty smyczkowe i dyrygenta (który przeniesie
się w centrum koncertowego universum, pomiędzy rzędy krzeseł). Kompozytor podpowiada,
że pojedynczość klarnecisty to jakby pojedynczość monologu teatralnego. Dialog
z samym sobą i swoimi myślami. Nie będzie więc bynajmniej chłodu w emocjach,
tak jak nie ma chłodu w ludzkim umyśle poddanym analizie. Zych to intelektualista
i jego muzyczne „wycieczki” w głąb umysłu niepokoją, zastanawiają, fascynują,
ale raczej nie obruszają. Podobnie jak tegoroczny jubilat Lutosławski, Zych
jest w swoich kompozycjach estetą – oczywiście w zakresie własnego języka
muzycznego. Zatem znowu: przygotujmy się na język współczesny, ale dajmy mu
szansę i zauważmy jego piękno. A gdyby już gust nam się bardzo skrzywił na „niemelodyjne”
pasaże, to poddajmy się chociaż tej „zmrożonej”, zimowej aurze, która wprowadza
utwór na początku oszczędnymi szmerami skrzypiec i w podobny sposób, jakby
zamierając, wygasa na końcu. Uwaga także na oklaski, powstrzymajmy się i wyczekajmy
do końca! Pejzaż myśli zamarzłych
kończy się „zamarzając”, zimnym migotaniem pojedynczych dźwięków, jak
kryształki lodu na gałęziach drzew. Jak lodowa biżuteria w świetle księżyca.
Brrrr...
Myślę, że zestaw utworów w
tym tygodniu jest wyjątkowo dobrze dobrany. To jakby cztery pory roku: gorące lato
w Hiszpanii, jesień w niemieckich lasach nad Renem, polska mroźna zima i...
wiosenna naiwna świeżość młodości małego czarnoksiężnika. Solilokwium II Wojciecha Ziemowita Zycha oprócz uzupełnienia cyklu
roku, daje także świeży oddech nowego języka, uzupełnia te prześliczne – ale już
czasem zbanalizowane – muzyczne wcześniejsze obrazy. Tak jak ciężko nam żyć w
klimacie stricte słonecznym i po roku w Afryce będziemy tęsknić wariacko i
nielogicznie za polską jesienną pluchą i zimowym mrozem, tak po słodyczy
Ravela, Dukasa i Francka będziemy mieli orzeźwienie w utworze Zycha. Jak łyk schłodzonej
oranżady na plaży, pod parasolką. Perfetto.
A solistą w tym koncercie będzie mój kolega, Michał Poniżnik! Idę go posłuchać oczywiście i juz ostrzę sobie uszy, bo chłopak świetnie zna klarnet basowy i dużo sobie po tym koncercie obiecuję!
| Trochę tak wyobrażam sobie Pejzaż myśli zamarzłych W.Z. Zycha... Tak jak jeszcze nie tak dawno było w Krakowie. fot. R.Marczak |
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)