czwartek, 31 stycznia 2013

Dwaj Panowie B.



Słynny dziewiętnastowieczny dyrygent niemiecki, Hans von Bülow, zwrócił kiedyś uwagę, że muzyka niemiecka „stoi” na trzech Panach B: Bach, Beethoven, Brahms. Słusznie. Nie byłoby niemieckiej potęgi muzycznej bez genialnego kontrapunktu Bacha, bez symfoniki Beethovena i Brahmsa. Na najbliższych koncertach usłyszymy tych dwóch ostatnich kompozytorów z niemieckiej Wielkiej Trójcy. W wielu aspektach byli do siebie podobni, Brahms był wręcz uważany za bezpośredniego spadkobiercę i kontynuatora muzycznej myśli Beethovena. Nigdy się nie spotkali, Beethoven zmarł trzy lata przed narodzinami swojego symfonicznego następcy.
A jednak wiele – nawet powierzchownych – cech mieli wspólnych. Obaj byli genialnymi symfonikami, operowali z jednakową łatwością wielkim aparatem orkiestrowym. Nie gardzili też mniejszymi formami kameralnymi (tu znowu chwila prywaty: klarneciści uwielbiają Brahmsa za zachwycający zestaw utworów z klarnetem: dwie Sonaty, Kwintet i Trio, absolutne arcydzieła). Obaj samotni przez całe życie, nie założyli rodzin, uważani przez otoczenie za gburowatych dziwaków A jednak obaj mieli – oprócz wybitnego talentu – także wielkie serca dla przyjaciół, pomagając im w trudnych chwilach. Znana jest wielka, wręcz histeryczna czasami, miłość Beethovena do bratanka Karla, którego przez wiele lat utrzymywał finansowo i traktował jak własnego syna. Mniej znane są wielkoduszne gesty Brahmsa, który wspierał finansowo przyjaciół w potrzebie, biedniejszych muzyków, studentów. Dla szerokiego grona zamknięci w sobie niezgrabni ponuracy, dla bliskich wrażliwe i szlachetne dusze. Obaj lubili naturę i przechadzki na świeżym powietrzu, spacerując w charakterystycznej pozie, z rękami sztywno splecionymi za plecami. Zajęci swoim światem, skupieni na wewnętrznej muzyce.

Beethovena znamy głównie z jego dziewięciu Symfonii, ale – jak to zazwyczaj bywa z dziełami stworzonymi w pewnej serii – skupiamy się najczęściej na tych późniejszych, jako dojrzalszych, pełniejszych, doskonalszych. A przecież i one musiały się gdzieś zacząć, kiedyś musiała powstać ta Pierwsza Symfonia, inauguracja wielkiej symfoniki niemieckiej. Powstała ona, jakże wygodnie dla nas, ustawiających teraz kamienie milowe, w okrągłym roku 1800. Nowatorska i współczesna dla publiczności. Zabawne jest, kiedy pomyślimy dzisiaj, że i ten utwór był przecież kiedyś premierą, „muzyką współczesną”, odbieraną rozmaicie i nierzadko z dużą nieufnością. Mimo znacznej popularności, którą zaczęła się szybko cieszyć, Pierwsza Symfonia zebrała także cierpkie słowa od konserwatywnych krytyków, którzy nazwali ją m.in. „bezwstydną obelgą młodzieńca”, inni zaś – jeszcze nadal w dziesięć lat po premierze! – zarzucali jej na przykład „zbyt rozrzutne użycie barbarzyńskich dysonansów” i „nadużycie instrumentów dętych”. Interesujące opinie, powiedzielibyśmy dzisiaj... Ale zabawmy się przez moment, spróbujmy posłuchać w tym tygodniu Beethovena uchem jemu współczesnych, wejdźmy w rolę osiemnastowiecznego melomana, wychowanego na eleganckiej muzyce salonowej i radosnych symfoniach Mozarta i „papy” Haydna. Może rzeczywiście Beethoven drażnił swoją soczystością brzmienia, masywnością dźwięków? Nam dzisiaj wydaje się, że to nadal „wczesne”, zwiewne i koronkowe jeszcze dzieło Mistrza, ale my znamy już jego dalsze utwory (nie mówiąc o dwustu z górą latach późniejszej historii muzyki). Spóbujmy posłuchać go tym razem „na świeżo”, z ciekawością klasycznych melomanów. Tak jak dziś słuchalibyśmy, powiedzmy, nowej symfonii Mykietyna. Ciekawe czym nas zaszokuje...

Po Beethovenie będzie już tylko mocniej, bardziej gęsto. Usłyszymy dwa wielkie utwory Johannesa Brahmsa, chociaż Druga Serenada także – podobnie jak wczesne symfonie Beethovena – jest raczej rzadziej obecna na salach koncertowych. Złożona z pięciu części i dedykowana wieloletniej bliskiej przyjaciółce kompozytora, pianistce Clarze Schumann. Brahms przyjaźnił się zresztą serdecznie zarówno z nią jak i jej mężem, kompozytorem Robertem Schumannem. Po śmierci Schumanna Clara stała się dla Brahmsa przyjaciółką i powierniczką, pierwszą recenzentką wielu jego dzieł. Dedykowana jej Serenada jest pierwszym dziełem, które Brahms napisał na orkiestrę, z takim właśnie założeniem (w przeciwieństwie wcześniejszych utworów na fortepian, Pierwszej Serenady początkowo pomyślanej jako nonet, czy pierwszego koncertu fortepianowego który zaczynał swoje istnienie jako sonata na dwa fortepiany). Można uznać, że Serenada A-dur jest pierwszą – mistrzowską – wprawką późniejszego geniusza symfonii na wielką orkiestrę. Orkiestrę wielką, ale co interesujące, pozbawioną skrzypiec, co daje zespołowi specyficzną, nieco ciemną barwę. Nie spodziewajmy się jednak studenckich ćwiczeń z instrumentacji, nie dajmy się zwieść młodzieńczości i braku doświadczenia kompozytora. Serenada, przyćmiona z czasem przez cztery symfonie, jest prawdziwym majstersztykiem w swoim stylu, a swoją wyjątkową wartość zawdzięcza między innymi właśnie tej świeżości młodego Brahmsa, nie obarczonej jeszcze zbytnią powagą i złożonością. Warto także wiedzieć, że środkowa, wolna część (Adagio) była szczególnie ukochana przez Clarę, która przegrywała sobie po wielokroć jej fragmenty na fortepianie, nie mogąc się dość nacieszyć pięknem kompozycji.  

W 1868 roku Johannes Brahms odwiedził swego przyjaciela, Alberta Dietricha w Wilhelmshaven, małym portowym miasteczku w północno-zachodniej części Niemiec. W prywatnej bibliotece gospodarza Brahms odkrył tomik poety Friedricha Hӧlderlina z Pieśnią przeznaczenia Hyperiona, której słowa zainspirowały go do napisania kolejnego arcydzieła, oprócz Deutches Requiem najważniejszego jego utworu chóralnego. Schicksalslied („Pieśń przeznaczenia”) to przykład muzyki ściśle zintegrowanej z tekstem, uzupełniającej słowa i ich znaczenie – chociaż dalekiej od dosłownej ilustracyjności. Dobrze jest mieć przed sobą tekst oryginalny (niemiecki) oraz tłumaczenie polskie, żeby móc jak najlepiej podążać za myślą i inspiracją kompozytora. Muzycznie Schicksalslied ma formę wewnętrznie trzyczęściową, z otwierającym jakby preludium instrumentalnym, które następnie powraca w zakończeniu – jednak z optymistycznym, durowym wzniesieniem ostatniego pasażu, jakby na przekór spadającym w otchłań słowom tekstu. Nadzieja niesiona muzyką, postscriptum wiersza.


Friedrich Hӧlderlin 

Hyperions Schicksalslied

Ihr wandelt droben im Licht
Auf weichem Boden selige Genieen!
Glӓnzende Gӧtterlüfte
Rühren Euch leicht,
Wie die Finger der Künstlerin
Heilige Saiten.


Schicksallos, wie der Schlafende
Sӓugling, atmen die Himmlischen;
Keusch bewahrt,
In bescheidener Knospe
Blühet ewig
Ihnen der Geist,
Und die seligen Augen
Blicken in stiller
Ewiger Klarheit

Doch uns ist gegeben
Auf keener Stӓtte zu ruh’n;
Es schwinden, es fallen
Die leidenden Menschen
Blindlings von einer
Stunde zur andern,
Wie Wasser von Klippe
Zu Klippe geworfen
Jahrlang in's Ungewisse hinab.




Hyperiona pieśń Losu

Wy tam, na wysokości, 
Po jedwabistym gruncie i w świetle się przechadzacie,
Błogosławione istoty!
A boskie, świetliste powiewy
Zaledwie was muskają,
Jak palce muzykantki muskają święte struny.

Nieśmiertelni istnieją
Jak śpiące niemowlęta,
Nie podlegają Losowi.
Ich duch
W niewinnym pąku
Przez całą wieczność kwitnie,
A oczom błogosławionym
Jawi się wiecznie jasność
Łagodna i niezmącona.

Nam zaś nie dane jest
Zagrzać gdziekolwiek miejsca.
My, ludzie, cierpiąc, znikamy,
Spadamy gdzieś na oślep –
Z godziny na godzinę,
Jak woda
Z progów skalnych,
Przez wszystkie nasze lata –
W nieodgadniony dół.

(Tłum. Antoni Libera)



3 komentarze:

  1. Łaskawa Pani. Ta druga serenada Brahmsa była monotonna, lub wręcz nudna. Pieśń przeznaczenia mimo ogromnego aparatu nie mogła zrobić wrażenia, bo zanim się nie rozejrzał i wsłuchał, a już się skończyła, ku ogólnej konsternacji. Symfonie Beethovena pełna wigoru dzięki także ekwilibrystycznym wyczynom dyrygenta. W sumie miły koncert, aczkolwiek ciągle otwartym pozostaje pytanie o wartość każdego utworu. Czytam właśnie Dzienni Mycielskiego,a w nim znajduję taką oto opinie o II koncercie Rachmaninowa. "Okropieństwo górnolotnego pustosłowia w II Koncercie fortepianowym Rachmaninowa. Nie mogę już słuchać takiej muzyki, ale słucham,żeby sobie określić, na czym polega zło takiej muzyki. Ładne miejsca to tylko gdy temat przychodzi czysto i bez awantur...." A ja zaliczałem ten koncert do ulubionych, często go grają. Mycielskiego praktycznie nigdy. I bądź tu mądry?

    OdpowiedzUsuń
  2. Ach, no właśnie, bo koniec końców adrzędnym kryterium jest po prostu indywidualny gust słuchacza - i świetnie! Prawdę powiedziawszy cieszę się, że jest Pan na tyle doświadczonym słuchaczem, że ma Pan swoich ulubienców i animozje. Nie ma w tym nic złego, że akurat ten konkretny Brahms Pana znudzi. Muszę się przyznać, że i ja nie zawsze mam dobry dzień na odpowiedni odbiór Brahmsa, tyle że ja mu nie zapomnę obłędnych kilku rzeczy, które ubóstwiam, więc tym mniej oczywistym utworom daję i tak kredyt geniuszu na dzień dobry.
    A opinia Mycielskiego zabawna, przyznam się, że nie czytałam tych Dzienników... Gusta, gusta! - każdy ma prawo do swojego zdania, ja tylko lubię jak ten gust ma jednak jakieś oparcie w minimalnej choćby erudycji. Są i tacy których nudzi Chopin, są i tacy, których męczy Bach. Dla mnie Bach to kosmos dźwięków i maestria mózgu, a jednak tez nie zawsze mam dobry dzień na słuchanie każdego Bacha. Fascynująca rzecz ten nasz gust i upodobania, tyle z nich jest uwarunkowane wspomnieniami, doświadczeniami, wczytanymi szablonami, uprzedzeniami. A przecież nawet poznanie genezy upodobań nie umniejsza ich wartości! Dopóki gust jest szczery - jest dobry.
    Najbliższe koncerty będą za to szalenie kolorowe, postaram się jutro tutaj coś niewielkiego napisać na zachętę. Ale już mogę Panu z czystym sumieniem zaostrzyć apetyt, będą naprawdę śliczne rzeczy. Bardzo plastyczne i bezwstydnie obrazowe. Takie po prostu do nacieszenia się nimi. Ravel, Dukas i Franck, a z nimi nasz młody krakowski kompozytor Wojtek Zych, myślę, że się jakoś tam koło nich zmieści!

    OdpowiedzUsuń
  3. Łaskawa Pani. Z muzyką to tak jak z winem. Niezależnie od kształtu butelki, pochodzenia, koloru i ceny, najlepsze wino jest to które Pani lubi. Nawet to za 10 złotych. Warto przeczytać Dzienniki Mycielskiego, aczkolwiek to książka o tragicznym wymiarze. Hrabia, jeden z ostatnich ludzi starej dobrej epoki. Żołnierz, 5 lat w oflagu wrócił do ojczyzny, której nienawidził. W której dostąpił zaszczytów i żył czerpiąc z niej garściami, jako intelektualista, pisarz, podróżnik, kompozytor bez sukcesów, opozycjonista także wobec dzisiejszych bohaterów. Był odważny w ocenach innych. Pisze m.in. "Słuchałem Polskiego Requiem Pendereckiego. Niestety jest to kryminalna wręcz "chała", z jękliwym, powtarzającym się 'Święty Boże'. Co się stało z autorem Pasji według św Łukasza?? Okropność!" Wypada się zgodzić z autorem.

    OdpowiedzUsuń