środa, 16 stycznia 2013

Zaczynamy wysoko!



Rok 2013 to Rok Witolda Lutosławskiego.
I tu właściwie należałoby najpierw pochylić głowy z nabożeństwem... 







Dopiero potem można przejść do słów. Chociaż, tak między nami mówiąc, nie bardzo śmiem dosypywać jeszcze wiele moich – z natury rzeczy skromnych objętościowo – słów do tej pięknej lawiny tekstów o cudownym Lutosie, która nas już nieco obsypała złotym pyłem Jubileuszu, a mam nadzieję, że jeszcze sypnie hojnie bogactwem koncertów, nagrań, publikacji, artykułów, filmów... Oby! Zatem jedynie bardzo pobieżnie, zacznijmy od niewielkiego „wstępu do zarysu wprowadzenia do sylwetki...”, czyli, mówiąc po ludzku – kilka słów o Witoldzie L.
Bezsprzecznie jeden z największych polskich kompozytorów. Jeśli ktoś w szerokim świecie wie cokolwiek o polskich kompozytorach, to wymieni na jednym oddechu Chopina, Szymanowskiego, Lutosławskiego i Pendereckiego. Innych zdecydowanie rzadziej, w zależności od zainteresowań i zawziętości badawczej (bo ciagle jesteśmy, niestety, słabi w promocji naszych rodzimych tworców i żeby któregoś z nich „odkryć” dla siebie, przeciętny muzykalny cudzoziemiec potrzebuje wiele samozaparcia i optymizmu). Lutosławski urodził się dokładnie sto lat temu: 25 stycznia 1913 roku. W rodzinie ziemiańskiej, jak to się ładnie mówi – co przekłada się na wysoko wykształconych rodziców, stryjów i ciotki, na piękną tradycję muzykowania w domu (O! Czy nie to samo mówimy wszystkim rodzicom o dawaniu dzieciom muzyki jak najwcześniej? Jakże to potem procentuje!), w końcu na staranne wykształcenie samego Witolda. Co ciekawe, jak wielu innych wielkich kompozytorów, nie ograniczał się on jedynie do muzyki i przez jakiś studiował także... matematykę. Porzucił ją w końcu dla wyłącznego oddania się dźwiękom, ale w pewien sposób tę matematyczną logikę i uporządkowany spokój można w muzyce Lutosławskiego usłyszeć. 

Urocze, „klasyczne” zdjęcie małego Witolda siedzącego w domu przy fortepianie. Fotografia z archiwum domowego


Studia przerwała wojna, ktora także zmiotła z powierzchni ziemi wszystkie przedwojenne kompozycje Lutosławskiego (sprzed 1937 roku), prócz wczesnej Sonaty fortepianowej. Po wojnie były najpierw ciężkie lata tuż po wyzwoleniu, potem ciężkie lata narzuconego socrealizmu i jedynie słusznego stylu komponowania, jaki próbowano narzucać polskim twórcom. Lutosławski cierpko odnosił się do odgórnych dyrektyw, ale z właściwym sobie spokojem i klasą zdołał przetrwać i aroganckie dekrety komunistycznych władz na zjeździe kompozytorów w Łagowie (w 1949 roku), i histeryczne szaleństwa późniejszej awangardy, i kolejne zachwiania oraz mody w muzyce. Pozostał sobą, oparty na mocnych podstawach solidnego warsztatu i genialnego talentu, ewoluujący w stylu, ale wierny swojej nadrzędnej idei piękna i doskonałości konstrukcji.



Najsłynniejsze zdjęcie Lutosławskiego, autorstwa norweskiego fotografa, Mortena Krogvolda. © Morten Krogvold


Trudno pisać „w skrócie” o muzyce i stylu Lutosławskiego, to fenomen o wiele za skomplikowany jak na krótką notkę informacyjną; nie będę zatem zagłębiała się za daleko w te rejony. Kto jest ciekawy, może znaleźć wiele opracowań, zarówno wydanych jak i wirtualnych, na temat samego kompozytora oraz jego dzieł. Ja zerknę więc jedynie na najbliższy program krakowskiej Filharmonii, która w tym tygodniu zaoferuje nam dwa przepiękne dzieła Mistrza: Koncert wiolonczelowy z 1970 roku i Czwartą Symfonię (1992).
Koncert został napisany dla legendarnego wiolonczelisty Mścisława Roztropowicza i otwiera go tajemnicze, rozbudowane solo wiolonczeli, jakby kompozytor chciał od razu pokazać kto tu rządzi i kto będzie decydował o utworze... Ten niecodzienny wstęp, ten monolog głównego aktora, ustawia nam jakby dalszą dramaturgię akcji. Sam Lutosławski zresztą określił formę Koncertu jako „dramatyczną”, mówiąc: „Szereg sytuacji typowych raczej dla dramatu niz dla muzyki został tu zastosowany jako zasada wiązania następujących po sobie myśli muzycznych. Nie ma tu jednak żadnych analogii z muzyką „programową”, przekazującą jakieś pozamuzyczne treści” (fragment z rozmowy z B. Pociejem, 1979 r.). Utwory Lutosławskiego mają to właśnie do siebie: tam się wiele „dzieje” w sensie muzycznej opowieści, czasem ma się wręcz wrażenie śledzenia zapisu czyjegoś EEG; nie widać słów, ale dokładnie widać sens poszczególnych zdarzeń. Skomplikowana linia wykresu ma ciągłość i staranny rysunek. Podobnie jest także w jednoczęściowej Symfonii. Można ją analizować formalnie, rozkładać na kwanty i kwarki stylu, wpływów, tendencji i konstrukcji, a można po prostu poddać się narracji kompozytora i zapomnieć o teoretyczno-warsztatowym zapleczu współczesnego języka muzycznego. Bowiem należy tutaj uczciwie i jasno Państwa uprzedzić: uwaga, w tym tygodniu Filharmonia zaprasza nas – och! – na koncert muzyki współczesnej. I o tym nie zapominajmy, kiedy będziemy wiązali krawat i wykańczali makijaż przed wyjściem. Witold Lutosławski był genialnym, cudownym kompozytorem, był jednym z muzycznych gigantów na skalę światową, ale mówił do nas językiem muzyki XX wieku i tego się właśnie spodziewajmy. Co jednak nie znaczy, że mamy się bać! Nie, mamy tylko się nie uprzedzać i ja sama polecałabym Państwu po pierwsze dobrą mocną kawę przed koncertem, żeby mieć umysł i uszy wyostrzone na intensywny odbiór, a po drugie... właściwie najchętniej poleciłabym także lekką dawkę amnezji... Zapomnijmy na chwilę o tonalności (często przereklamowanej i nadużywanej), zapomnijmy o tzw. konwencjonalnej melodii i motywach „do nucenia”. Poddajmy się abstrakcyjnej muzyce i usłyszmy co też kompozytor nam nią opowiada. Bo mówi mądrze, ciekawie i zarazem przepięknie, tylko ten język nie zatrzymuje się już na pierwszym naskórku banalnych melodii ale sięga od razu do mózgu i serca. To muzyka, która w inteligentny sposób operuje emocjami, nie stroni nawet od tych skrajnych, ale nigdy nie sięga wulgarności. Trzeba jej tylko zaufać i poddać się, nie oczekiwać niczego „znanego” (inżynier Mamoń w tym tygodniu raczej nie przyjdzie na koncert). Trzeba skupić się, słuchać, wyłapywać niuanse. Tam się szalenie dużo dzieje, będzie się Państwu kręciło w głowie od kalejdoskopu dźwięków, ale będziecie cięgle nasłuchiwali: „No a dalej?... A co teraz powie?...”
Ta kawa przyda się zaś zwłaszcza dlatego, że uzupełnieniem programu Lutosławskiego będzie Muzyka pożegnalna Krzysztofa Meyera. Domyślam się, że utwór nie został wybrany przypadkowo, jako że Meyer oprócz tego, że jest znakomitym kompozytorem (podobnym w swoim „intelektualno-kulturalnym” podejściu do muzyki do Lutosławskiego), jest także autorem olbrzymiej dwutomowej biografii Witolda Lutosławskiego, którą napisał wspólnie z żoną, Danutą Gwizdalanką. Niestety, nie mam teraz możliwości rozwinąć tematu wielu talentów Krzysztofa Meyera (a szkoda! To naprawdę świetny kompozytor), więc tylko ponowię na zakonczenie mój apel do „cywilnych” melomanów: proszę się nie bać repertuaru w tym tygodniu! Będzie jednolity stylistycznie, ale dostaniecie Państwo w prezencie wspaniałe dzieła wybitnych polskich twórców ostatnich lat. Można śmiało pękać z dumy i wiązać najlepszy krawat. Kropla wytwornych perfum też nie zaszkodzi.

I jeszcze na dokładkę mała prywatna retrospekcja... W grudniu 1995 roku na krakowskiej Akademii Muzycznej odbyła się sesja naukowa na temat muzyki polskiej „ostatniego pięćdziesięciolecia” (1945-1995), podsumowująca w pewien sposób nasz powojenny dorobek muzyczny. Na zakończenie teoretycy zafundowali sobie wtedy małą „branżową” zabawę, wybierając listę NUPów według SEMPów (NUP – „Najwybitniejszy Utwór Pięćdziesięciolecia”; SEMP – „Sumienny Elektor Muzyki Pięćdziesięciolecia”). Do zabawy zaproszono czołówkę polskich teoretyków i kompozytorów, a wyniki zostaly ogłoszone na końcowym spotkaniu sesji oraz wydane następnie w publikacji pt. „Materiały sesji naukowej... etc.”. Głosowanie było przeprowadzone niezwykle sumiennie a cała zabawa – mimo niezaprzeczalnej rozrywki dla „zakręconych” teoretyków – przyniosła także wymierne korzyści w postaci sprawnego, choć szacunkowego, podsumowania drugiej połowy XX wieku w muzyce polskiej. Oczywiście domyślają się Państwo dlaczego wspominam teraz o tym zdarzeniu sprzed lat. Rzecz jasna, na pierwszym miejscu w rankingu najczęściej wymienianych kompozytorów uplasował się Witold Lutosławski, deklasując resztę rywali. Natomiast na samej ostatecznej liście NUPów utwór Lutosławskiego był także w ścisłej czołówce, wprawdzie nie pierwszy, bo wygrała wtedy III Symfonia Góreckiego a zaraz po niej Pasja wg. św. Łukasza Pendereckiego, ale już na trzeciej pozycji dogonił ich Witold Wielki swoją Trzecią Symfonią. Zaufajmy zatem SEMPom, bo wiedzą co mówią!



 

6 komentarzy:

  1. Szanowana Pani, W tym złym okresie o którym Pani wspomina, Lutosławski nie marnował czasu i tworzył modne w tym czasie pieśni, zwane masowymi i inne lżejsze utwory. Niektóre były wcale ładne i do dziś pamiętam w uszach melodie. Czy jest jakiś zbiór tych pieśni? A nad utworami klasycznymi muszę jeszcze wiele popracować zanim polubię i pojmę ich piękno.

    OdpowiedzUsuń
  2. O tak, oczywiście ma Pan rację - po wojnie Lutosławski komponował także (bo nie wyłącznie) rzeczy wykorzystujące tzw. twórczość ludową, co potem niektórzy chcieli mu wypominać... To były skomplikowane układy, jak wszystko zresztą w tych trudnych czasach. Ja tam się po prostu cieszę, że napisał także wiele utworów właśnie "okołoludowych", bo są piękne i nic nie tracą przez swoją stylizację. No i przecież Lutosławski nie był pierwszy, który to robił: już Chopin i Szymanowski pięknie przetarli te ścieżki przed nim! No a nasze ulubione "Preludia taneczne" Lutosławskiego (na klarnet z orkiestrą lub z fortepianem), brylanciki literatury klarnetowej, cóż byśmy bez nich zrobili?
    A po te pieśni z okresu powojennego proszę zerknąć do Wydawnictwa PWM, bo mają wiele z nich u siebie, w postaci partytur, rzecz jasna. Ale jeśli Pan do nich napisze, to powinni wiedzieć czy coś z tego zostało nagrane i gdzie, ewentualnie może mają w bibliotece? Warto ich zaczepić!
    I jeszcze na koniec, odnośnie późniejszych utworów Wielkiego Lutosa. Proszę sprobować! Zawsze mówię: to w pewnym sensie jest kwestia zaufania kompozytorowi. ja sama zakładam na początku ryzykownie, że ten akurat kompozytor był świetnym muzykiem i wielkim kompozytorem (a był) i że wiedział co pisze. I że KAŻDA nuta napisana przez niego ma sens (i ma!). A potem trzeba siąść spokojnie i poddać się tej muzyce. Każda nuta w pozornie ostrym akordzie została przez Lutosławskiego przemyślana i wstawiona dokładnie tam gdzie jest. Więc może to ma sens? Może to ma jakiś swój dziwny - ale ciekawy! - kolor? Jest tam i euforia, i smutek, i samotność, i strach, i radość... Powiedziane inaczej, ale bardzo humanistycznie, po ludzku... Ciekawa jestem czy Pan jednak spróbuje, trzymam kciuki!

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem inżynierem i na koncert pójdę. Wolę jednakże te "banalne melodie" Schuberta, Beethovena, Chopina lub Czajkowskiego. Byłem bardzo dawno temu na inauguracyjnym koncercie kiedy grano utwór Meyera. On był niezmiernie podniecony, co zrozumiałe, a mnie utwór się nie podobał. Podobne wspomnienia mam z pierwszego wykonania Marka Stachowskiego. Może dlatego że jestem inżynierem i nie dla mnie tego typu muzyka.

    OdpowiedzUsuń
  4. Noooo... i ciekawa jestem czy Pan wytrzymał wczoraj na całości? Muszę Panu powiedzieć, że mój Tato - także inżynier! - poszedł wczoraj odważnie, nastawiony właśnie na "coś niekonwencjonalnego" i... bardzo mu się podobało! Po koncercie zapowiedział wręcz, że od dzisiaj będzie chodził wyłącznie na Lutosławskiego. Ale niezależnie od żartów i dobrego humoru, myślę że dobre nastawienie plus jednak wielkość kompozytora zrobiły swoje. Wiolonczelista też był przecież znakomity! - a to zawsze pomaga w odbiorze. Szkoda, że część publiczności wyszła po przerwie; zakładam, że poszli gratulować soliście i potem świętować z nim sukces... Wolę pomyśleć tak niż domyślać się jakichś uprzedzeń stylistycznych. Albo może to zima? I trudna komunikacja wieczorna do domu? Kto wie?

    OdpowiedzUsuń
  5. Droga Pani, Wytrzymałem końca. Jestem całkowitym ignorantem odnośnie technicznej strony muzyki i jej wewnętrznych struktur. Ale to muzyka nie dla mnie. Odnoszę wrażenie, że cały wysiłek solisty skupiony był na walce z instrumentem, z jego strukturą i strunami. Po koncercie był oblany potem. Wczoraj wieczorem oglądałem i słuchałem Roztropowicza w pierwszym koncercie Haydna. Cóż za piękno, swoboda i lekkość. Artysta prawie płynął na falach banalnych melodii, wypoczęty i świeży a ja z nim. To samo dzieje się przy koncercie Dworzaka lub podwójnym Brahmasa. Proszę mi wyjaśnić skąd tu taka męka, podobnie jak u Penderckiego. Myślę, że wkrótce ludzie zapomną o tej muzyce i powrócą do banałów. Muzyka musie grać na najczulszych wrażliwościach człowieka a nie drażnić ich. Czytałem, że w historii naliczono skomponowanych ponad 15 tysięcy oper. Ile ich pozostało w repertuarze? 100, 150 nie więcej. To samo stanie się z dzisiejszą muzyką. Zniknie bez śladu. Po Pendereckim pozostaną drzewa w parku i pusta sala koncertowa.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ech, temat ktory Pan porusza to temat-rzeka, dawny problem "współczesności" i tradycji, nowatorstwa i weryfikacji przez czas. Kiedyś jeszcze do tego też wrócę, bo ma Pan dużo racji, ale też trzeba dać tym "nowszym" trochę szansy. Mozart też kiedyś był w strasznej awangardzie i byli tacy którzy przewracali oczami na jego stylistyczne fanaberie. Ale cieszę się bardzo, że Pan jednak wytrzymał na całym koncercie, dziękuję w imieniu sztuki współczesnej i kompozytorów! A już bardzo na marginesie przyznam się, że Lutosławskiego także sama nie słucham sobie do porannej kawy, na rozluźnienie i ukojenie nerwów. On - przynajmniej dla mnie - jest "po coś innego" i to też sobie jakoś tam z góry zakładam. Jak mówię - temat to wdzięczny do dyskusji, pewnie się jakoś niedługo dam wypuścić i tutaj, w jakimś tekście. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń