niedziela, 23 grudnia 2012

Pięknych i roześmianych Świąt!

Wszystkim moim Znajomym i Nieznajomym Czytelnikom życzę cudownych, spokojnych i uśmiechniętych Świąt. Czasu na zabawy z dziećmi, nastroju do kolędowania (przy tle z CD, jeśli ktoś nieśmiały - lub po prostu samemu, solo lub w rodzinnym spontanicznym chórze!), dobrych myśli i optymizmu na przyszły rok. Oraz zdrowia, zdrowia przede wszystkim! Wszystkiemu damy radę, byle tylko zdrowie było.

WESOŁYCH ŚWIĄT!

Kasia i Elfy



środa, 19 grudnia 2012

Paryski szyk



W tym tygodniu w Filharmonii koncert będzie tylko jeden: w piątek. Będzie to także koncert honorujący 150-lecie urodzin Claude’a Debussy’ego, chociaż trudno nie zauważyć, że jubileusz to jakby mało świeży, jako że dokładna data urodzin Debussy’ego przypada na 22 sierpnia (1862 r.) a więc w pełni lata. Krakowska Filharmonia zamyka rok kalendarzowy tegorocznym Jubilatem, ale z drugiej strony jakież to śliczne zakończenie! Więc może przymknijmy oko na poślizgi czasowe i nacieszmy się po prostu Francją z początków i ze środka XX wieku.

Jak zwykle w przypadku kompozytorów znanych i uwielbianych powszechnie nie ma potrzeby pisać tutaj trywializmów i powtarzać fakty wszystkim znane. Jak zwykle – staram się jedynie wyłapywać nieco mniej popularne drobiazgi (chociaż i te będą oczywiste dla fachowców, ale jak już ustaliliśmy – pisuję te przedkoncertowe notatki nie dla nich, a raczej dla „cywilnych” melomanów). Warto zatem może przypomnieć, że Debussy, okrzyknięty już za życia „impresjonistą” (i nazywany tak pełnym głosem po dzień dzisiejszy), sam nie cierpiał tej etykietki. Był szalenie nowatorskim twórcą, szukającym nowych brzmień i kolorów, był rewolucjonistą w wielu aspektach kompozycji; śmiały i otwarty umysł. W jednym ze swoich listów tak komentował niefortunne próby klasyfikacji jego stylu: Próbuję stworzyć ‘coś innego’ – jakieś odbicie rzeczywistości... co niektórzy imbecyle nazywają ‘impresjonizmem’. Pojęcie to jest używane w niewyobrażalnie złym rozumieniu, zwłaszcza przez krytyków, którzy nie wahają się odnieść tego terminu także do J.M.W.Turnera – najdoskonalszego twórcy tajemniczych efektów w świecie sztuki.
Mieliśmy niedawno okazję oglądać część prac Turnera w Muzeum Narodowym w Krakowie, możemy sobie zatem wyobrazić do czego odnosił się Debussy. Z drugiej strony, trudno jest czasem wdawać się w dyskusje znaczeniowe i etymologiczne, zwłaszcza jeśli chodzi o język obcy. Czy „impresjonizm” faktycznie nie pasuje do Debussy’ego? I czy on sam był, z drugiej strony, najlepszym autorytetem w kwestii zdefiniowania swojego stylu?  To zawsze aktualne pytania, jeśli chodzi o artystów i krytyków: wyobrażenia jednych i fachową wiedzę oraz definicje drugich.
Debussy szalenie wysoko cenił sobie także wolność, w szerokim tego słowa rozumieniu, również w odniesieniu do swojej twórczości. Próby jakiejkolwiek kontroli kwitował słowami: „Nic na to nie poradzę! Zbyt jestem przywiązany do mojej wolności, zbyt sobie cenię moje własne pomysły.

Na symfoniczne Images (Obrazy) składają się trzy części, z czego środkowa sama w sobie ma formę tryptyku. Powstały one w różnych latach, początkowo pomyślane jako utwór na dwa fortepiany, ostatecznie złożone w cykl orkiestrowy w 1912 roku.
I. Gigues (1909-1912), oryginalnie zatytułowane Gigues tristes (smutne gigues), zawierają w sobie nutkę nostalgii za Anglią (oraz nawiązanie do angielskiej piosenki ludowej „The Keel Row”)
II. Iberia (1905-1908), szalenie obrazowa i „malarska” część, tryskająca hiszpańskimi kolorami i temperamentem. Jej „podczęści” to:
- Na ulicach i w zaułkach
- Zapachy nocy
- Świąteczny poranek
III. Wiosenne tance w kółku (1905-1909) – wykorzystujące dwie francuskie ludowe piosenki, "Nous n'irons plus au bois" i "Do, do l'enfant do".

Uzupełnieniem iskrzących, wielobarwnych Obrazów Debussy’ego będzie w piątek Gloria Francisa Poulenca, utwór niemal pól wieku młodszy, jednak również bardzo „francuski” w brzmieniu. Styl Poulenca jest jednak – rzecz jasna – zupełnie inny, bardziej może „mozaikowy” od niezwykle spójnego w wyrazie Debussy’ego. Gloria napisana została na zamówienie Koussevitsky Foundation (Fundacji Kusewickich) dla uhonorowania wielkiego rosyjskiego dyrygenta Sergiusza Kusewickiego i jego żony Natalii. Jest to bodaj najbardziej znane dzieło Poulenca (chociaż my, muzycy grający na instrumentach dętych znamy go i kochamy zwłaszcza za prześliczne sonaty: na klarnet, na flet, na obój...), przeznaczone na sopran solo, chór i orkiestrę. Tekst rzymsko-katolickiego hymnu Gloria jest zapewne znany większości słuchaczy; jeśli nie z coniedzielnych mszy to chociażby ze słyszenia kiedyś w życiu, w kościele lub na koncercie („Chwała na wysokości Bogu a na ziemi pokój ludziom dobrej woli...”). Dla wygody podaję jednak tutaj tekst w oryginalnej wersji łacińskiej (tak jak użył go Poulenc), ponieważ ja sama lubię mieć świadomość dokładnego znaczenia słów wykorzystanych przez kompozytora, a nie zawsze da się je wysłyszeć w śpiewie (zwłaszcza jeśli się nie zna łacińskiego oryginału na pamięć). Poulenc rozbił tekst na sześć części, wydzielę je poniżej w tekście grubszą czcionką. Dodam jeszcze tylko bardzo prywatnie, że wszyscy klarneciści na sali (ci w orkiestrze i ci na widowni) będą czekali niecierpliwie na piątą część, z solo sopranu. Tę cudowną, anielską muzykę kompozytor wykorzystał potem w Sonacie na klarnet, w pierwszej i drugiej części, a delikatne arabeski klarnetu pojawiające się tutaj jako króciutkie muzyczne duszki, tam nabierają śmiałości i rozwijają się w całe pajęczyny melodii. Kto nie zna Sonaty Poulenca na klarnet niech sobie jej posłucha po koncercie na deser, to będzie bardzo dobre kameralne uzupełnienie francuskiego wieczoru.

I.  Glória in excélsis Deo
et in terra pax homínibus bonae voluntátis.
II.  Laudámus te,
benedícimus te,
adorámus te,
glorificámus te,
grátias ágimus tibi propter magnam glóriam tuam,
III.  Dómine Deus, Rex cæléstis,
Deus Pater omnípotens.
IV.  Dómine Fili Unigénite, Iesu Christe,
V.  Dómine Deus, Agnus Dei, Fílius Patris,
qui tollis peccáta mundi, miserére nobis;
qui tollis peccáta mundi, súscipe deprecatiónem nostram.
VI.  Qui sedes ad déxteram Patris, miserére nobis.
Quóniam tu solus Sanctus, tu solus Dóminus, tu solus Altíssimus,
Iesu Christe, cum Sancto Spíritu: in glória Dei Patris. Amen.


fot.: A.Valier

wtorek, 11 grudnia 2012

Klasycy romantyzmu. Chopin i Schubert.



Koncerty fortepianowe Fryderyka Chopina są bodaj najsłynniejszymi koncertami fortepianowymi na świecie; a już na pewno w Polsce. Pomijając Konkursy Chopinowskie, grywa się je i odtwarza z nagrań często, słyszy się Chopina w radiu, w tle filmów i reklam telewizyjnych, w wytwornych sklepach i przy romantycznych kolacjach. A Chopin to wszystko wytrzymuje i nie „tanieje”, niezmiennie zachwyca i nie traci na klasie. „Panowie, czapki z głów – to geniusz”, jak napisał kiedyś o nim Robert Schumann. To naprawdę geniusz. Amen. 

Ale też w związku z tym tak wiele już powiedziano i napisano o obu koncertach fortepianowych Chopina, że nie będę tutaj jednak wyważała otwartych muzykologicznych drzwi. Może tylko przypomnę kilka mniej popularnych ciekawostek z okolic powstania obu kompozycji, jako że powstały niemal jednocześnie, między 1829 a 1830 rokiem, w „sąsiednich” tonacjach, e-moll i f-moll. Prawykonanie Koncertu e-moll miało miejsce w Warszawie, 11 października 1830 roku a tuż zaraz – jak pamiętamy – w listopadzie tego roku wybuchło Powstanie Listopadowe. Chopina w czasie Powstania nie było już w kraju, wyjechał najpierw do Wiednia, potem dalej do Paryża, lecz w związku z Powstaniem nie wrócił już do Polski i został – na zawsze – na emigracji. Oba jego koncerty nie mają jednak w sobie dramatyzmu przedpowstaniowych dni, są raczej, jak mawiają historycy, ostatnimi porywami popularnego wówczas muzycznego stylu brillant (błyskotliwego, efektownego, lekko sentymentalnego...). Młodziutki, dwudziestoletni Chopin był świadomy nastrojów politycznych w Polsce, ale za bardzo skupiony był na swojej muzyce, żeby brać czynny udział w przygotowaniach do walk, czy też potem – w samym Powstaniu.
O drugiej części swojego Koncertu pisał do przyjaciela Tytusa Woyciechowskiego: „Jest to jakieś dumanie w piękny czas wiosnowy, ale przy księżycu”. Na pewno dumał niemało i on sam, zauroczony w owym czasie śliczną młodą śpiewaczką Konstancją Gładkowską, przeżywający typowe młodzieńcze rozterki i dylematy uczuciowe. 2 listopada wyjechał na zawsze z Polski, z wierszykiem od Konstancji w sztambuchu:

„Ażeby wieniec sławy w niezwiędły zamienić,
Rzucasz lubych przyjaciół i rodzinę drogą.
Mogą Cię obcy lepiej nagrodzić, ocenić,
Lecz od nas kochać mocniej pewno Cię nie mogą.”

W jakiś czas później Chopin dopisał pod spodem lakonicznie: „Mogą.”


VIII Symfonia h-moll Franza Schuberta, zwana Niedokończoną dorównuje niesłabnącą popularnością kompozycjom Chopina. I znowu, przyczyna jest prosta: to dzieło geniusza, po prostu, majstersztyk... Swą potoczną nazwę zawdzięcza zachowanej formie – dwuczęściowej, podczas gdy wszystkie tradycyjne symfonie z tamtych czasów miały, jak Pan Bog przykazał, cztery uczciwe części. A tu – dwie. Nie wiadomo do końca dlaczego tak się stało, skoro istnieją zachowane szkice trzeciej części (Scherza), mówi się, że ostatnia, czwarta część powstała tylko zaginęła, jeszcze inni twierdzą, że Schubert myślał właśnie o finale VIII Symfonii kiedy komponował Entr’act h-moll z Rosamundy (muzyki do sztuki teatralnej „Rosamunda, księżniczka Cypru”). Wykonuje się zatem Symfonię w różnych wariacjach: od dwuczęściowej (zachowanej „oficjalnie”), przez trzyczęściową, ze zrekonstruowanym i zinstrumentalizowanym Scherzo, oraz czteroczęściową. Pełen wachlarz opcji... Niemniej, nawet w dwuczęściowej wersji minimum jest Niedokończona skończonym arcydziełem. Uważa się ją za pierwszą prawdziwie romantyczną symfonię Schuberta, powstała ona zresztą w 1822 roku (nieco wcześniej od Koncertu e-moll Chopina) a kompozytor w momencie jej tworzenia miał 25 lat. Obaj notabene – Chopin i Schubert – zmarli młodo, Chopin dożył 39 lat, a Schubert zaledwie 31, pierwszy zmarł na gruźlicę, drugi na syfilis. Niełatwe to były czasy dla kompozytorów... 
Symfonia Niedokończona zachwyca rozmachem harmonii, pięknym rysunkiem melodii (uśmiechnijmy się słysząc „temat ze Smerfów” w pierwszej części! Tak, tak, Schubert dostał się także i do tej kreskówki, ilustrując dramaty niebieskich łebków), mistrzostwem kolorów instrumentacji. Schubert jakby bawił się ze smakiem orkiestrą i jej instrumentami, kształtuje dźwięki jak plastyczną masę, gra nam wprost na sercach. To będzie koncert geniuszów, cóż można więcej powiedzieć. Taki na długie suknie i fraki. I wytworną romantyczną kolację po nim. Polecam! 


fot.: Alvise Valier

wtorek, 4 grudnia 2012

Francuska elegancja i polskie sentymenty



Właściwie nie powinnam już chyba w ogóle rozpatrywać kwestii „Iść czy nie iść na koncert w tym tygodniu”, bo wyjdzie mi ciągle ta sama, powtarzająca się mantra: „Oczywiście, że iść... Oczywiście, że iść...” Rzecz będę zatem stawiała inaczej, a mianowicie DLACZEGO warto iść w tym tygodniu do Filharmonii i jakie smaki nas tam czekają. I czasami będę w stanie napisać więcej na ten temat, czasami mniej (życie i obowiązki bywają okrutne dla planu dnia i najlepsze chęci literackie czasami po prostu umierają w prozie codzienności). Tym razem będzie chyba mniej, za to, postaram się, nie mniej celnie. 

Na co więc idziemy w tym tygodniu? Idziemy więc posłuchać dzieł dwóch kompozytorów, Francuza Gabriela Fauré i Polaka, krakowianina zresztą! – Jerzego Gablenza. Zacznijmy zatem od naszego rodaka, którego nazwisko jest prawie zupełnie nieznane melomanom. Konia z rzędem temu, kto wymieni chociaż trzy jego utwory! Żył dosyć krótko, zaledwie 49 lat, na przełomie XIX i XX wieku, zginął w 1937 roku w katastrofie lotniczej pod Warszawą. Całe życie borykał się właściwie z problemem jakże bliskim naszym czasom, czyli z koniecznością wyboru między sztuką, komponowaniem, do czego rwało mu się serce, a twardymi realiami życia i utrzymania rodziny, co zapewniała mu nieduża fabryczka odziedziczona po ojcu. Czas spędzony w biurze fabryki był czasem wyrwanym muzyce i Gablenz często ubolewał nad tą sytuacją. W 1928 roku w ogóle był zmuszony porzucić pisanie na osiem długich lat, o czym pisał w jednym ze swoich listów: „...wieczorem nie mogę się do niczego zabrać, coś mi się stało, że się tak obijam bez żadnego zajęcia. Przypuszczam, że to jest to, że ciągle myślę tylko o tym, czy będziemy w możności doprowadzić do końca tę nieszczęsną budowę. Czasami siądę do fortepianu, ale nawet bez zamiaru komponowania, bo nie idzie mi zupełnie, zdaje się, że wskutek forsownej roboty we fabryce...”. Ciekawe, jak bliskie są te same dylematy wielu naszym współczesnym twórcom: tworzenie i poświęcenie się sztuce, wyższym ideom i pięknu a prozaiczny problem zarobienia pieniędzy i utrzymania rodziny. Niewielu udaje się to z sukcesem połączyć... Warto jednak zauważyć właśnie tych, którzy mimo wszystko nie poddają się – jak Gablenz, który wrócił do komponowania, z uporem dyktowanym potrzebą wrażliwego ducha. Warto docenić ich walkę o zapewnienie godnego bytu rodzinie i jednocześnie ich talent, który mimo że często zaniedbywany, nie daje o sobie zapomnieć. 

Pielgrzym, którego usłyszymy w tym tygodniu to utwór dosyć wczesny, z 1923 roku. Poemat symfoniczny na dużą orkiestrę, w stylu właściwie jeszcze polsko-romantycznym, który znamy może z niektórych dzieł Fitelberga, Żeleńskiego, może nawet wczesnego Karłowicza. Prawie zupełnie nieznany, jak większość dzieł Gablenza. Ja sama – przyznaję – niewiele wiem zarówno o kompozytorze jak i o jego kompozycjach. Ale fragment Pielgrzyma do jakiego udało mi się dotrzeć i posłuchać brzmi bardzo obiecująco, naprawdę nie mamy się czego wstydzić jako Polacy i krakowianie. Szkoda, że tak mało słyszy się o tym kompozytorze, ale może to się właśnie zmienia? Oby! Z przyjemnością byłabym dumna z kolejnego krakowskiego artysty.

Drugiego z kompozytorów nie trzeba bardzo przedstawiać, bo Gabriel Fauré jest znany na świecie, zresztą głównie za przyczyną utworu, który w tym tygodniu usłyszymy, czyli Requiem d-moll na orkiestrę, chór i dwójkę solistów. Anthony Payne, krytyk z „The Independent”  w jednej ze swoich recenzji przywołuje ciekawe określenie na tę kompozycję: „słodka kołysanka śmierci”, co bardzo dobrze oddaje jej nastrój. Bardzo „francuska” w stylu, delikatna i impresyjna, muzyka Fauré nie wybucha operowym dramatem Verdiego, nie kryje głębi Mozarta ani ciemnych, mięsistych kolorów Brahmsa. A jednak Fauré wzrusza nie mniej od innych i łapie za serce zwłaszcza solowymi ariami w środkowej części, Hostias, Pie Jesu i Libera me. Ta missa pro de functis należy już do światowego kanonu gatunku i można ją znaleźć w wielu wykonaniach na płytach CD. Ale zawsze warto wypatrzeć wykonanie na żywo, to jeden z tych utworów, którym się człowiek poddaje bez trudu, utwór otulający uszy po prostu piękną, intymną  muzyką. Jakby kompozytor mówił nam do ucha. Po francusku w dodatku (tekst mszy jest śpiewany, oczywiście, po łacinie, ale sama muzyka jest bardzo „francuska”. Jak język francuski, stworzony po prostu do poezji miłosnej i miękkich szeptów do ucha).

Nieco mniej znany, chociaż również dosyć popularny, jest drugi utwór Fauré, który będzie otwierał piątkowy i sobotni koncert. Czteroczęściowa suita Peleas i Melizanda powstała w 1901 roku jako „streszczenie” muzyki teatralnej, jak to powiedzielibyśmy dzisiaj, napisanej przez Fauré do sztuki Maeterlincka pod tym samym tytułem. Sam dramat opowiada historię nieszczęśliwej – oczywiście, oczywiście! – miłości Melizandy (poślubionej nieopatrznie królowi Golaudowi) i Peleasa, brata niefortunnego małżonka. Nie wnikając w zawiłości sztuki, powinniśmy jedynie pamiętać, że miłość tytułowych bohaterów była, rzecz jasna, od początku skazana na cierpienie i że ostatecznie, jak można się domyślić, oboje giną (Peleas z ręki słusznie zazdrosnego brata, Melizanda wprawdzie także zraniona przez małżonka, lecz ostatecznie umiera z... melancholii i braku chęci do życia). Cztery części suity są jak cztery obrazy ilustrujące historię dwojga kochanków. Pierwsze Preludium w ciasnych i splatanych liniach ukazuje Melizandę, jej introwertyczny i melancholijny charakter, pierwsze spotkanie w lesie z przyszłym mężem, Golaudem. Po nim następuje Kołowrotek, młoda żona jako prząśniczka plecie nić delikatnej melodii oboju. Siciliana to sielski obraz ulotnej i słodkiej, acz nadal podszytej lekką melancholią chwili szczęścia Peleasa i Melizandy (niezwykle popularna melodia, oderwana często z suity i wykonywana w różnych aranżacjach). Suitę zamyka Śmierć Melizandy

Jakoś zawsze przy okazji czytania ciekawostek o utworach, stylach i gatunkach interesują mnie także po prostu kompozytorzy i ich życie, zwyczajne ludzkie życie. Zawsze lubię ich sobie wyobrażać i lubię wiedzieć jakimi byli ludźmi. To bardzo potem przebija w muzyce, jaką piszą; jestem zwolennikiem teorii, że osobowość kompozytora i codzienne jego życie mają wielki wpływ na utwory, jakie tworzy. W przypadku Fauré bawi mnie zaś zwłaszcza informacja, że był… niepoprawnym kobieciarzem. Szczęśliwie (no, a w każdym razie długo i tylko raz) żonaty, z Marie Fremiet, córką słynnego rzeźbiarza, nie odmawiał sobie bynajmniej wielu (naprawdę wielu!) romansów i erotycznych epizodów, bardziej lub mniej umiejetnie ukrywanych przed światem i żoną. Powodzenie u płci przeciwnej, urok osobisty i francuski wdzięk, a do tego wspaniały talent muzyczny, otwarty umysł i ciekawość życia– czy można nie pokochać od razu takiego łobuza? Mnie się jakoś bardzo dobrze o nim myśli, bardzo dobrze mi się słucha jego utworów. Czy to dlatego, ze jestem kobietą?... Hmmm. Oj, Gabriel, fachowiec z Ciebie, doprawdy!

A w Krakowie już piękna zima! (fot. Ryszard Marczak)