Właściwie nie
powinnam już chyba w ogóle rozpatrywać kwestii „Iść czy nie iść na koncert w
tym tygodniu”, bo wyjdzie mi ciągle ta sama, powtarzająca się mantra: „Oczywiście,
że iść... Oczywiście, że iść...” Rzecz będę zatem stawiała inaczej, a
mianowicie DLACZEGO warto iść w tym tygodniu do Filharmonii i jakie smaki nas
tam czekają. I czasami będę w stanie napisać więcej na ten temat, czasami mniej
(życie i obowiązki bywają okrutne dla planu dnia i najlepsze chęci literackie czasami
po prostu umierają w prozie codzienności). Tym razem będzie chyba mniej, za to,
postaram się, nie mniej celnie.
Na co więc
idziemy w tym tygodniu? Idziemy więc posłuchać dzieł dwóch kompozytorów, Francuza Gabriela
Fauré i Polaka, krakowianina zresztą! – Jerzego Gablenza. Zacznijmy zatem od
naszego rodaka, którego nazwisko jest prawie zupełnie nieznane melomanom. Konia
z rzędem temu, kto wymieni chociaż trzy jego utwory! Żył dosyć krótko, zaledwie
49 lat, na przełomie XIX i XX wieku, zginął w 1937 roku w katastrofie lotniczej
pod Warszawą. Całe życie borykał się właściwie z problemem jakże bliskim naszym
czasom, czyli z koniecznością wyboru między sztuką, komponowaniem, do czego
rwało mu się serce, a twardymi realiami życia i utrzymania rodziny, co
zapewniała mu nieduża fabryczka odziedziczona po ojcu. Czas spędzony w biurze
fabryki był czasem wyrwanym muzyce i Gablenz często ubolewał nad tą sytuacją. W
1928 roku w ogóle był zmuszony porzucić pisanie na osiem długich lat, o czym
pisał w jednym ze swoich listów: „...wieczorem nie mogę się do niczego zabrać,
coś mi się stało, że się tak obijam bez żadnego zajęcia. Przypuszczam, że to
jest to, że ciągle myślę tylko o tym, czy będziemy w możności doprowadzić do
końca tę nieszczęsną budowę. Czasami siądę do fortepianu, ale nawet bez zamiaru
komponowania, bo nie idzie mi zupełnie, zdaje się, że wskutek forsownej roboty
we fabryce...”. Ciekawe, jak bliskie są te same dylematy wielu naszym współczesnym
twórcom: tworzenie i poświęcenie się sztuce, wyższym ideom i pięknu a
prozaiczny problem zarobienia pieniędzy i utrzymania rodziny. Niewielu udaje
się to z sukcesem połączyć... Warto jednak zauważyć właśnie tych, którzy mimo
wszystko nie poddają się – jak Gablenz, który wrócił do komponowania, z uporem
dyktowanym potrzebą wrażliwego ducha. Warto docenić ich walkę o zapewnienie godnego
bytu rodzinie i jednocześnie ich talent, który mimo że często zaniedbywany, nie
daje o sobie zapomnieć.
Pielgrzym,
którego usłyszymy w tym tygodniu to utwór dosyć wczesny, z 1923 roku. Poemat
symfoniczny na dużą orkiestrę, w stylu właściwie jeszcze polsko-romantycznym, który
znamy może z niektórych dzieł Fitelberga, Żeleńskiego, może nawet wczesnego Karłowicza.
Prawie zupełnie nieznany, jak większość dzieł Gablenza. Ja sama – przyznaję –
niewiele wiem zarówno o kompozytorze jak i o jego kompozycjach. Ale fragment Pielgrzyma
do jakiego udało mi się dotrzeć i posłuchać brzmi bardzo obiecująco, naprawdę nie
mamy się czego wstydzić jako Polacy i krakowianie. Szkoda, że tak mało słyszy
się o tym kompozytorze, ale może to się właśnie zmienia? Oby! Z przyjemnością
byłabym dumna z kolejnego krakowskiego artysty.
Drugiego z kompozytorów
nie trzeba bardzo przedstawiać, bo Gabriel Fauré jest znany na świecie, zresztą
głównie za przyczyną utworu, który w tym tygodniu usłyszymy, czyli Requiem d-moll
na orkiestrę, chór i dwójkę solistów. Anthony Payne, krytyk z „The Independent”
w jednej ze swoich recenzji przywołuje ciekawe
określenie na tę kompozycję: „słodka kołysanka śmierci”, co bardzo dobrze
oddaje jej nastrój. Bardzo „francuska” w stylu, delikatna i impresyjna, muzyka Fauré
nie wybucha operowym dramatem Verdiego, nie kryje głębi Mozarta ani ciemnych,
mięsistych kolorów Brahmsa. A jednak Fauré wzrusza nie mniej od innych i łapie
za serce zwłaszcza solowymi ariami w środkowej części, Hostias, Pie Jesu i Libera me. Ta missa pro de functis należy już do światowego kanonu gatunku i można
ją znaleźć w wielu wykonaniach na płytach CD. Ale zawsze warto wypatrzeć wykonanie
na żywo, to jeden z tych utworów, którym się człowiek poddaje bez trudu, utwór otulający
uszy po prostu piękną, intymną muzyką.
Jakby kompozytor mówił nam do ucha. Po francusku w dodatku (tekst mszy jest
śpiewany, oczywiście, po łacinie, ale sama muzyka jest bardzo „francuska”. Jak
język francuski, stworzony po prostu do poezji miłosnej i miękkich szeptów do
ucha).
Nieco mniej
znany, chociaż również dosyć popularny, jest drugi utwór Fauré, który będzie otwierał
piątkowy i sobotni koncert. Czteroczęściowa suita Peleas i Melizanda powstała
w 1901 roku jako „streszczenie” muzyki teatralnej, jak to powiedzielibyśmy
dzisiaj, napisanej przez Fauré do sztuki Maeterlincka pod tym samym tytułem. Sam
dramat opowiada historię nieszczęśliwej – oczywiście, oczywiście! – miłości Melizandy
(poślubionej nieopatrznie królowi Golaudowi) i Peleasa, brata niefortunnego
małżonka. Nie wnikając w zawiłości sztuki, powinniśmy jedynie pamiętać, że
miłość tytułowych bohaterów była, rzecz jasna, od początku skazana na cierpienie
i że ostatecznie, jak można się domyślić, oboje giną (Peleas z ręki słusznie zazdrosnego
brata, Melizanda wprawdzie także zraniona przez małżonka, lecz ostatecznie umiera
z... melancholii i braku chęci do życia). Cztery części suity są jak cztery
obrazy ilustrujące historię dwojga kochanków. Pierwsze Preludium w ciasnych i splatanych liniach ukazuje Melizandę, jej introwertyczny
i melancholijny charakter, pierwsze spotkanie w lesie z przyszłym mężem,
Golaudem. Po nim następuje Kołowrotek,
młoda żona jako prząśniczka plecie nić delikatnej melodii oboju. Siciliana to sielski obraz ulotnej i
słodkiej, acz nadal podszytej lekką melancholią chwili szczęścia Peleasa i
Melizandy (niezwykle popularna melodia, oderwana często z suity i wykonywana w
różnych aranżacjach). Suitę zamyka Śmierć
Melizandy.
Jakoś zawsze
przy okazji czytania ciekawostek o utworach, stylach i gatunkach interesują
mnie także po prostu kompozytorzy i ich życie, zwyczajne ludzkie życie. Zawsze
lubię ich sobie wyobrażać i lubię wiedzieć jakimi byli ludźmi. To bardzo potem
przebija w muzyce, jaką piszą; jestem zwolennikiem teorii, że osobowość
kompozytora i codzienne jego życie mają wielki wpływ na utwory, jakie tworzy. W
przypadku Fauré bawi mnie zaś zwłaszcza informacja, że był… niepoprawnym kobieciarzem.
Szczęśliwie (no, a w każdym razie długo i tylko raz) żonaty, z Marie Fremiet,
córką słynnego rzeźbiarza, nie odmawiał sobie bynajmniej wielu (naprawdę wielu!)
romansów i erotycznych epizodów, bardziej lub mniej umiejetnie ukrywanych przed
światem i żoną. Powodzenie u płci przeciwnej, urok osobisty i francuski wdzięk,
a do tego wspaniały talent muzyczny, otwarty umysł i ciekawość życia– czy można
nie pokochać od razu takiego łobuza? Mnie się jakoś bardzo dobrze o nim myśli,
bardzo dobrze mi się słucha jego utworów. Czy to dlatego, ze jestem kobietą?...
Hmmm. Oj, Gabriel, fachowiec z Ciebie, doprawdy!
 |
| A w Krakowie już piękna zima! (fot. Ryszard Marczak) |