Trochę już za późno na nastroje
około-zaduszkowe, ale jeszcze napiszę słowo, bo jednak listopad to w Polsce
tradycyjnie – cały miesiąc naznaczony zadumą, jesienią i myśleniem o tych,
którzy odeszli. Oczywiście najbardziej w ten nastrój wpisują się ostatnie dni października
i początek listopada, czyli same święto Wszystkich Świętych. Wtedy też na
salach koncertowych i w radiu słychać więcej muzyki „poważnej”, w szerokim tego
słowa rozumieniu. Bo też dla stacji na codzień popularnej i mocno rozrywkowej
puszczenie w tym czasie muzyki filmowej wykonywanej – och, och! – przez orkiestrę,
jest już posunięciem odważnym i poważnym. Dla radiowej Dwójki natomiast będzie
to czas głównie muzyki sakralnej i oczywiście – requiem.
Requiem, missa pro
defunctis. Bardzo lubię ten gatunek, zawsze lubiłam, od kiedy miałam szansę go
poznac bliżej. Requiem to, zasadniczo, muzycznie opracowana msza żałobna. Msze
jako formy muzyczne pisano od dawien dawna, opracowując tzw. „stałe” i „zmienne”
części liturgii (skrótem myślowym piszę tu teraz o mszy w obrzędzie
rzymsko-katolickim, chociaż oczywiście liturgii i mszy muzycznych może być
wiecej). A zatem to, co bywający w kościele rozpoznają jako powtarzające się,
od zawsze znane części, np. Intruitus, Kyrie, Gloria, Evangelium, Lectio,
Credo, Sanctus, Benedictus, Agnus Dei... Znamy to, nawet często śpiewamy w kościele. Msza żałobna ma większość
części podobnych do mszy zwykłej, tylko niektóre miejsca są zmienione lub
rozszerzone, właśnie o westchnienia „Wieczny odpoczynek racz im dać Panie...”
czy też „Niech aniołowie zaniosą cię do raju...” etc. Piękne, emocjonalne i
wzruszające słowa, przynoszące często arcydzieła muzyki klasycznej.
Wszyscy znamy oczywiście
Requiem Mozarta. Genialne w swej prostocie i mistrzostwie, doskonałe,
zapierające dech w piersiach. Ze słynną boską Lacrimosą, której ósmy takt jest
ostatnim napisanym przez Mozarta (utwór dokończył po jego śmierci uczeń Mozarta,
Süssmayr). Ale jest też kilka innych missae pro defunctis, które chociaż mniej
słynne od mozartowskiego, to przecież też niosą ogromny ładunek emocjonalny. Ja
sama uwielbiam Niemieckie Requiem (Ein Deutsches Requiem) Brahmsa, oparte na
tekstach biblijnych, nie liturgicznych, w języku niemieckim (w przeciwieństwie
do tradycyjnego requiem łacińskiego). Jego druga część zawsze przyprawia mnie o
ciarki, jest w niej coś mistycznego i nieodgadnionego, połączenie nieuchronności
fatum z nadzieją na życie wieczne. Jest też dzieło Giuseppe Verdiego, przepiękne,
bardzo operowe, napisane z rozmachem formy i środków muzycznych. Piekło, które
się tam rozpętuje przy słowach Dies irae (dzień gniewu) może wstrząsnąć niejednym
współczesnym zblazowanym hipsterem. Niech się schowają wszyscy autorzy muzyki
filmowej, Verdi chłoszcze nas dźwiękami bez skrępowania, malując dosadnie obraz
dnia Sądu Ostatecznego. Dalej – msze żałobne Gabriela Faure i Maurice’a Durufle,
dwa prześliczne utwory, bardzo podobne do siebie w swojej delikatnej i barwnej „francuskości”,
a jednocześnie bardzo różne... Tych missae pro defunctis jest wiele, każde
inne, każde bardzo osobiste i każde warte uwagi. Ja lubię jeszcze czasem wracać
do Requiem Romana Maciejewskiego, pięknego i ciągle niedocenianego utworu,
lubię też Requiem polskie Pendereckiego z pięknym wezwaniem „Święty Boże”... Zazwyczaj
w okolicach listopada poddaję się naszej polskiej tradycji i wracam sobie do
słuchania tych utworów. W tym roku akurat były to głównie trzy: Mozart, Brahms i
Verdi.
Akurat tak się
złożyło, że w tym roku we wrześniu odeszła moja pierwsza pani profesor
fortepianu, piękna osoba, pani Irena Sitko. Nauczyła mnie wiele na temat muzyki
w ogóle i fortepianu w szczególności, wprowadziła mnie w cały ten świat, który
teraz jest moim zawodem, przyjemnością i pasją. Pani Sitko lubiła wielu
kompozytorów, ale pamiętam doskonale, jak mówiła, ze absolutną doskonałością w
muzyce jest Wolfgang Amadeusz Mozart i jego Requiem. Uważała, że to jest szczyt
ludzkiego geniuszu, piękno doskonałe i niedoścignione, przy którym „idzie się
prosto do nieba”. Pamiętam też jak kiedyś mówiła – z lekkim uśmiechem, ale na
pewno poważnie – że chciałaby, aby na jej pogrzebie zagrano jedynie to: Requiem
Mozarta. Nie stało się tak, pogrzeb był skromny i jakiś przytłumiony, niezwykle
smutny jak dla mnie. Pogrzeby nie są wesołe z zasady, ale są jeszcze
smutniejsze, kiedy z licznego morza wychowanków wieloletniej nauczycielki
przychodzi na nie jedynie malutka garstka... W każdym razie Mozarta tam wtedy
nie było, ale ja przed Wszystkimi Świętymi słuchałam sobie sama jego Requiem i
myślałam o mojej dawnej nauczycielce fortepianu, która chciała iść do nieba z
Mozartem.
I drugi mój
nauczyciel muzyki, z tej samej zresztą szkoły im. Karłowicza, cudowny i
niepowtarzalny pan Zdzisław Tryczyński, nauczyciel harmonii. Zmarł już wiele
lat temu, niedługo po moim odejściu ze szkoły, ale jakoś go w tym roku
szczególnie pamiętałam, kiedy poszłam pierwszego listopada sama na cmentarz ze
słuchawkami w uszach i Ein Deutsches Requiem Brahmsa otulającym mnie jak ciepły
szal. Chodziłam niespiesznie po cmentarzu, czytałam nagrobki nieznanych mi
ludzi, patrzyłam na śliczne płomyki świec i myślałam o tych bliskich mi
ludziach, którzy już są „po drugiej stronie”: o pani Sitko, o „Dziadku”
Tryczyńskim, który z kolei wielbił Brahmsa, o wszystkich którzy byli i już ich
nie ma tutaj, z nami. Muzyka niosła mnie oddzielając od rozgadanego tłumu,
stwarzała ciepłą izolację od reszty świata i pozwalała skupić się na własnych
myślach...
A w domu słuchałam także
Verdiego, ponieważ „przedstawiłam go” w tym roku moim siostrzenicom. Chciałam,
żeby juz zaczęły pomału poznawać wielkie formy muzyczne, a listopad z żałobną
zadumą jest do tego świetną okazją. Powiedziałam im ogólnie jak to jest z
komponowaniem mszy i requiem, powiedziałam jaki tam jest tekst i czego można
słuchać i – gruchnęłam Verdim. I wytrzymały!
![]() |
| fot. Alvise Valier |

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz