Jak to naprawdę
jest na tych naszych zajęciach w „Gai” dla dzieci?
Zajęcia są różne,
bo też różne są dzieci i różnie reagują na rozmaite rzeczy. Ale przede wszystkim
i ciągle – śpiewamy. Dużo. To zawsze się sprawdza, to zawsze przyciąga uwagę
dzieci i wiemy że wchłania się w małe twarde dyski ich łebków jak w gąbkę.
Dzieci uwielbiają też rutynę, więc z przyjemnością powtarzamy niektóre „stałe fragmenty
gry”: piosenki na dzień dobry, na zakończenie, kołysanki. Ja sama promienieję
za każdym razem, kiedy śpiewamy „Witamy się brawami” i wszystkie, nawet te
najmniejsze łapki klaszczą z zapałem z nami, już wiedzą doskonale kiedy i
czekają na tę chwilę. I buzie się rozjaśniają, kiedy słyszą swoje imię
zaśpiewane przez wszystkich razem. Każdy by się rozjaśnił! Drugi cudowny moment
to kiedy biorę klarnet do ręki i gram, jak to nazywamy „alfabet muzyczny”. Proste
motywy, melodie, frazy. Nie trzeba dużo – ale trzeba ładnie, pięknym i czystym
dźwiękiem. Wtedy się też oczka zawieszają na instrumencie, małe mózgi chłoną te
muzyczne wyrazy, zapisują w podświadomości. I nawet jeśli za moment juz dziecko
odchodzi do misia czy chusteczki, albo idzie sobie pospacerować po sali – to ciągle
słyszy. Słyszało przez chwilę świadomie a teraz słyszy nadal, tylko jeszcze
dodaje sobie do tego inne zmienne bodźce. I świetnie! Przynajmniej się u nas
nie nudzą, to na pewno.
Czasem – coraz częściej
– udaje nam się wciagnąć do śpiewania i nucenia także rodziców. I wtedy jest od
razu o tyle lepiej! Im więcej głosów tym lepiej brzmią te nasze proste,
powtarzane frazy, a dzieci wchłaniają wszystko jeszcze lepiej przez własnych rodziców.
A i nam się oczywiście przyjemniej śpiewa w chórze... Jak te ptaszęta polne,
ekhem...
Nie wiem czy mi
się kiedyś znudzi ta praca, ale jak na razie nic na to nie wskazuje. Nie dość,
że nadal mam do czynienia z muzyką, że śpiewam dużo, co samo w sobie jest po
prostu frajdą, to jeszcze patrzę na te „nasze” dzieci i nie mogę się napatrzeć
i nacieszyć. To nie jest ostatecznie tak, że mało w życiu miałam do czynienia z
dziećmi. Chodzi bardziej o całość środowiska naszych zajęć, zestaw maluszków i
rodziców, którzy do nas przychodzą, jasnej przyjaznej sali, kolorowych chustek
i dźwięków. Przychodzą te cudne koraliki do nas, tańczą, śpiewają, bawią się, a
ja przy okazji widzę jak błyskawicznie i cudownie się rozwijają. I nie mogę
ciagle w to uwierzyć. Czary! Pewnie, że dzieci rosną i rozwijają się w tym
wieku tak czy inaczej – ale ja je widzę regularnie i oczywiście przywiązuję się
już do nich jak wariatka, i dumna jestem, i już się zastanawiam co to z nich
wyrośnie... Cudownie mieć tyle dzieci, nawet nie całkiem swoich.
No a co poza
śpiewaniem robimy na zajęciach? Bawimy się prostymi dźwiękowymi rzeczami i
znajdujemy kolejne preteksty do zajęcia małych oczu i łapek kiedy do uszek
wpływa muzyka. Mamy trochę grzechotek, mamy trochę kolorowych rekwizytów,
trochę tańczymy i uczymy rodziców prostych zabaw rytmicznych, rymowanek,
masażyków i kołysanek. Ta nauka jest też mało stresująca, bo u nas nic się nie
musi – dźwięki i tak przejdą przez małe i duże uszy, a cokolwiek się z tego
potem świadomie zapamięta do powtarzania w domu, to czysty zysk. Natomiast
jeśli się nie zapamięta to też nie szkodzi, za tydzień coś powtórzymy, dodamy
coś nowego, połączymy przyjemną rutynę dla dzieci z niewielkimi zmianami dla
dorosłych. A nam ciągle się to nie nudzi. Świetna praca, hm?


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz