niedziela, 14 października 2012

Nasze dzieci, nasze zajęcia



Jak to naprawdę jest na tych naszych zajęciach w „Gai” dla dzieci? 

Zajęcia są różne, bo też różne są dzieci i różnie reagują na rozmaite rzeczy. Ale przede wszystkim i ciągle – śpiewamy. Dużo. To zawsze się sprawdza, to zawsze przyciąga uwagę dzieci i wiemy że wchłania się w małe twarde dyski ich łebków jak w gąbkę. Dzieci uwielbiają też rutynę, więc z przyjemnością powtarzamy niektóre „stałe fragmenty gry”: piosenki na dzień dobry, na zakończenie, kołysanki. Ja sama promienieję za każdym razem, kiedy śpiewamy „Witamy się brawami” i wszystkie, nawet te najmniejsze łapki klaszczą z zapałem z nami, już wiedzą doskonale kiedy i czekają na tę chwilę. I buzie się rozjaśniają, kiedy słyszą swoje imię zaśpiewane przez wszystkich razem. Każdy by się rozjaśnił! Drugi cudowny moment to kiedy biorę klarnet do ręki i gram, jak to nazywamy „alfabet muzyczny”. Proste motywy, melodie, frazy. Nie trzeba dużo – ale trzeba ładnie, pięknym i czystym dźwiękiem. Wtedy się też oczka zawieszają na instrumencie, małe mózgi chłoną te muzyczne wyrazy, zapisują w podświadomości. I nawet jeśli za moment juz dziecko odchodzi do misia czy chusteczki, albo idzie sobie pospacerować po sali – to ciągle słyszy. Słyszało przez chwilę świadomie a teraz słyszy nadal, tylko jeszcze dodaje sobie do tego inne zmienne bodźce. I świetnie! Przynajmniej się u nas nie nudzą, to na pewno.
Czasem – coraz częściej – udaje nam się wciagnąć do śpiewania i nucenia także rodziców. I wtedy jest od razu o tyle lepiej! Im więcej głosów tym lepiej brzmią te nasze proste, powtarzane frazy, a dzieci wchłaniają wszystko jeszcze lepiej przez własnych rodziców. A i nam się oczywiście przyjemniej śpiewa w chórze... Jak te ptaszęta polne, ekhem... 


 
Nie wiem czy mi się kiedyś znudzi ta praca, ale jak na razie nic na to nie wskazuje. Nie dość, że nadal mam do czynienia z muzyką, że śpiewam dużo, co samo w sobie jest po prostu frajdą, to jeszcze patrzę na te „nasze” dzieci i nie mogę się napatrzeć i nacieszyć. To nie jest ostatecznie tak, że mało w życiu miałam do czynienia z dziećmi. Chodzi bardziej o całość środowiska naszych zajęć, zestaw maluszków i rodziców, którzy do nas przychodzą, jasnej przyjaznej sali, kolorowych chustek i dźwięków. Przychodzą te cudne koraliki do nas, tańczą, śpiewają, bawią się, a ja przy okazji widzę jak błyskawicznie i cudownie się rozwijają. I nie mogę ciagle w to uwierzyć. Czary! Pewnie, że dzieci rosną i rozwijają się w tym wieku tak czy inaczej – ale ja je widzę regularnie i oczywiście przywiązuję się już do nich jak wariatka, i dumna jestem, i już się zastanawiam co to z nich wyrośnie... Cudownie mieć tyle dzieci, nawet nie całkiem swoich.
No a co poza śpiewaniem robimy na zajęciach? Bawimy się prostymi dźwiękowymi rzeczami i znajdujemy kolejne preteksty do zajęcia małych oczu i łapek kiedy do uszek wpływa muzyka. Mamy trochę grzechotek, mamy trochę kolorowych rekwizytów, trochę tańczymy i uczymy rodziców prostych zabaw rytmicznych, rymowanek, masażyków i kołysanek. Ta nauka jest też mało stresująca, bo u nas nic się nie musi – dźwięki i tak przejdą przez małe i duże uszy, a cokolwiek się z tego potem świadomie zapamięta do powtarzania w domu, to czysty zysk. Natomiast jeśli się nie zapamięta to też nie szkodzi, za tydzień coś powtórzymy, dodamy coś nowego, połączymy przyjemną rutynę dla dzieci z niewielkimi zmianami dla dorosłych. A nam ciągle się to nie nudzi. Świetna praca, hm?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz