czwartek, 4 października 2012

Muzyka w Krakowie



Nie było mnie tutaj przez jakiś czas, tak to bywa przy niespodziewanych – oraz spodziewanych – dodatkowych zajęciach. Czasami po prostu ciężko znaleźć spokojną chwilę przy komputerze, a w końcu nie chciałabym tutaj pisać rzeczy przypadkowych i chaotycznych, jednak trochę trzeba zebrać myśli żeby wysypać je potem w formie paru linijek na blogu. Jak zwykle myślę o paru tematach naraz, chciałabym wspomnieć o kilku rzeczach – ale na dziś zatrzymam się jednak znowu na muzyce, edukacji  i dzieciach, bo to temat ciagle obecny, aktualny i ciągle pilny w Polsce.

Nie dalej jak wczoraj radio TOK FM także podjęło to zagadnienie, nie mogłam słuchać ich przez cały dzień, ale w porannym bloku z przyjemnością ale i przerażeniem wysłuchałam apeli o JAKĄKOLWIEK edukację muzyczną w Polsce, a także raportu o potwierdzonych i udowodnionych korzyściach z nauki muzyki oraz o koszmarnym stanie tejże edukacji w naszym kraju. Jest źle, to wiedziałam i niestety ciągle to słyszę. Nie bardzo mogę się wypowiadać na temat całej Polski, ale na przykładzie samego Krakowa widzę jak bardzo jesteśmy wszyscy pod tym względem zaniedbani. Ja sama należę akurat do elitarnego grona wybrańców: miałam 5 lat kiedy zaczęłam się uczyć grac na fortepianie, najpierw w ognisku przy szkole muzycznej, a potem już „regularnie”: w pierwszym i drugim stopniu. To, że następnie zdecydowałam się iść dalej, na Akademię Muzyczną i zostać w tym pieknym świecie na zawsze, było już moim własnym świadomym wyborem. Ale dostałam taką szansę na początku i wiem, że miałam duże szczęście. Już wtedy (no, nie tak strasznie dawno ostatecznie – ale jednak tych ładnych trochę lat temu...) tzw. „wychowanie muzyczne” w podstawówkach to była raczej parodia niż faktyczna radość z muzyki. Niemniej – muzyka ciągle była jako przedmiot i nauczyciele mniej lub bardziej odważnie próbowali się z nią zmierzyć. Bywały jeszcze tu i tam chóry szkolne, grało się na nieszczęsnych fletach prostych (wcale nie taki to prosty instrument, olaboga!), śpiewało się czasem to i owo. Nauczyciele nie bardzo wiedzieli co z tym fantem zrobić, ale jednak COŚ się próbowało realizować, jakieś resztki chyba z przedwojennych programów edukacji muzycznej.
Teraz, jak wiadomo, padło nawet i to. Przy kolejnych pomysłowych reformach wtłoczono muzykę do jednego worka z malarstwem, rzeźbą, ze wszystkim co się da oznaczyć nalepką „sztuka” – i już. Ręce otrzepane, sprawa kultury rozwiązana. Spanikowani i zdezorientowani nauczyciele-ignoranci na jednej lekcji udają, że wiedzą co to znaczy „ultramaryna” i „kolumna jońska” , w drugim tygodniu dyktują życiorys Bacha i ćwiczą skomplikowaną umiejetność zawijania klucza wiolinowego w precelek, w kolejnym przeskakują do Rodina albo sztuki etrusków. A gdzie, pytam się, na przykład wspomniany chór szkolny? A gdzie choćby niewielki zespół rozrywkowy, złożony z dowolnych, naprawdę dowolnych instrumentów? Noooo... ale tak – do tego trzeba by mieć fachowców, czyli trzeba zatrudnić wykształconych muzyków, a nie ludzi „od wszystkiego” (czyli de facto do niczego), trzeba na to czasu, zapału i ciężkiej, żmudnej pracy od podstaw. Tyle, że ta praca się opłaca! I to wszystkim. I to jak! Dzieciom: bo ci, którzy kiedykolwiek uczyli się muzyki uczą się potem WSZYSTKIEGO lepiej, szybciej, łatwiej. Fizyki, geografii, księgowości, języków, informatyki, po prostu UCZĄ się łatwiej. To naukowo udowodnione. Opłaca się to szkole, bo muzyka – och, tu będzie trywializm – łagodzi obyczaje, zbliża ludzi, wyzwala kreatywność, poprawia nastroje... Szkoła będzie lepsza, bezpieczniejsza, spokojniejsza, jej poziom się podniesie. Skorzystają i rodzice: przez wspomniany lepszy rozwój dzieci i piękno w domu jako bonus. No i w końcu my wszyscy, całe społeczeństwo, że tak wystąpię górnolotnie. Jak to mi powiedział ostatnio mądry człowiek: nie potrzebujemy wielu koncertujących pianistów – lecz dużo bardziej potrzebujemy prawników, lekarzy, geologów, architektów, managerów, którzy będą potrafili zagrać sobie na fortepianie! Dla siebie, dla przyjaciół i z przyjaciółmi, dla przyjemności. Ci ludzie będą potem chcieli i potrafili iść na elitarny koncert muzyki tzw. klasycznej i sprawi im on przyjemność. Będą należeli do tego grona wybrańców, którzy w przerwie w operze swobodnie podejmą rozmowę na temat stylu śpiewu danego tenora i porównają go z tym, który tu był w zeszłym miesiącu. Będą głosowali z pebiscycie na najlepszego dyrektora artystycznego orkiestry w ostatnim dwudziestoleciu i będą bronili zaciekle swoich przekonań w tej kwestii. To będzie nasza elita miasta, która będzie miała karnety na sezon koncertowy w filharmonii czy operze i będzie uważała to za naturalną piękną rozrywkę: wyjście w piątek czy sobotę w stroju wieczorowym na elegancką kolację do restauracji, a potem na koncert. Snobizm w najlepszym wydaniu. 

Kraków, tak bardzo jestem z niego dumna – i tak, z drugiej strony, mi żal, że nam jeszcze tak strasznie dużo brakuje do „przeciętnego” poziomu kulturalnego światowego miasta. Chlubimy się kulturą w Krakowie, ale popatrzmy na duże (a przecież i tak malutkie w porównaniu do standardów światowych) sale koncertowe straszące chłodem pustych krzeseł, na małe i wieksze koncerty kameralne przechodzące bez echa, z widownią jakby sklonowaną: ciągle te same, powtarzające się twarze, najczęściej sami muzycy i ich znajomi, czasem jakiś krytyk, czasem jakiś optymistyczny i odważny turysta. Ciągle jeszcze coś jest nie do końca w porządku z kulturą w Krakowie... A zacząć trzeba jak najwcześniej, po prostu, Najlepiej od jutra. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz