czwartek, 25 października 2012

To wina muzyki!



Dziś trochę nietypowo bo... o winie! Cóż, nie ukrywam, że lubię i cenię wino, a zwłaszcza lubię całą dodatkową otoczkę wokół niego, oraz uwielbiam ludzi z winem związanych. Winiarze to zazwyczaj ludzie z pasją, potrafią i lubią dużo mówić, są towarzyscy, bo wino nie lubi samotności, cenią dobre jedzenie, bo to też niezbędne do picia, i tak dalej, i tak dalej. To styl życia, który mi odpowiada, słońce, ziemia, zapachy i radość życia. Nie przypominam sobie, żebym kiedyś spotkała zgorzkniałego winiarza...

Łatwo zatem zrozumieć, dlaczego ostatnio wpadłam w zachwyt kiedy odkryłam rewelacyjne cudo w świecie wina: muzyczną winiarnię! Oczywiście we Włoszech, w Toskanii, bo któż inny mógłby wpaść na pomysł połączenia muzyki z winem jak nie Włosi? Otóż, w miejscowości Montalcino jest winiarnia Il Paradiso di Frassina należąca do Carlo Cignozziego, gdzie winorośle rosną... w rytm muzyki Mozarta! I to nie w przenośni ale dosłownie: na polach rozstawione są głośniki, z których pan Cignozzi odtwarza winoroślom muzykę klasyczną a one w zamian rosną jak na drożdżach, rosną jak urzeczone w kierunku źródła dźwięku i są zdecydowanie tym większe i piękniejsze im bliżej głośników. Czary?? Może. A może nie, w końcu dźwięk to po prostu fale elektromagnetyczne, to konkretne częstotliwości, które na pewno jakoś oddzialywują na żywe organizmy, na glebę… Właściel Il Paradiso di Frassina współpracuje z naukowcami z uniwersytetów z Florencji i Pizy, którzy robią tam już u niego badania nad wpływem muzyki na rośliny. Na razie są oczywiście ostrożni w ostatecznych opiniach (nauka musi być ostrożna), ale podchodzą do zagadnienia poważnie.

Mnie się natomiast podoba cały pomysł, wino zrodzone z muzyki, w różnych tonacjach, harmonijne i intrygujące. Wino jak muzyka! Genialne połączenie. Zauważyłam je niedawno na półce w pewnym niedużym sklepie, nieomylnym okiem wychwytując piękną etykietę z nutami, na co zaraz ucieszył się sprzedawca i opowiedział mi tę uroczą historię pasji zwariowanego włoskiego winiarza. Trzeba być tak cudownie zwariowanym, żeby zacząć „grać Mozarta winoroślom”. Cignozzi mówi: „Mnie samemu lepiej się pracuje w winiarni przy muzyce, więc pomyślałem że czemu by nie miało to także wpływać dodatnio na moje winorośle?” I dodaje: „...prowadzenie winnicy skąpanej w muzyce to piękny sposob na połączenie poezji z nauką”. Amen to that! -  jak powiedzą w Kanadzie. To właśnie uwielbiam w ludziach, niekonwencjonalne pomysły i wprowadzanie ich w życie! Świetny człowiek, mam wielką nadzieję, że go kiedyś odwiedzę osobiście, a na razie chodzę naokoło jego butelek, bo niestety, jako obiektywnie dobre wina (a nie tylko „muzykalne”) nie należą do najtańszych. Napiszę tu pewnie wrażenia z mojego pierwszego spotkania z muzycznym winem. Na razie już sam pomysł mnie cieszy i podnosi na duchu.

Muzyczne wino można znaleźć w Krakowie w miłym niedużym sklepiku La Wina przy ul. Asnyka (link do nich tutaj - click!), natomiast poniżej polecam krótki filmik z kanału Discovery na temat Il Paradiso di Frassina. W sam raz na nostalgiczną polską jesień.




 

niedziela, 14 października 2012

Nasze dzieci, nasze zajęcia



Jak to naprawdę jest na tych naszych zajęciach w „Gai” dla dzieci? 

Zajęcia są różne, bo też różne są dzieci i różnie reagują na rozmaite rzeczy. Ale przede wszystkim i ciągle – śpiewamy. Dużo. To zawsze się sprawdza, to zawsze przyciąga uwagę dzieci i wiemy że wchłania się w małe twarde dyski ich łebków jak w gąbkę. Dzieci uwielbiają też rutynę, więc z przyjemnością powtarzamy niektóre „stałe fragmenty gry”: piosenki na dzień dobry, na zakończenie, kołysanki. Ja sama promienieję za każdym razem, kiedy śpiewamy „Witamy się brawami” i wszystkie, nawet te najmniejsze łapki klaszczą z zapałem z nami, już wiedzą doskonale kiedy i czekają na tę chwilę. I buzie się rozjaśniają, kiedy słyszą swoje imię zaśpiewane przez wszystkich razem. Każdy by się rozjaśnił! Drugi cudowny moment to kiedy biorę klarnet do ręki i gram, jak to nazywamy „alfabet muzyczny”. Proste motywy, melodie, frazy. Nie trzeba dużo – ale trzeba ładnie, pięknym i czystym dźwiękiem. Wtedy się też oczka zawieszają na instrumencie, małe mózgi chłoną te muzyczne wyrazy, zapisują w podświadomości. I nawet jeśli za moment juz dziecko odchodzi do misia czy chusteczki, albo idzie sobie pospacerować po sali – to ciągle słyszy. Słyszało przez chwilę świadomie a teraz słyszy nadal, tylko jeszcze dodaje sobie do tego inne zmienne bodźce. I świetnie! Przynajmniej się u nas nie nudzą, to na pewno.
Czasem – coraz częściej – udaje nam się wciagnąć do śpiewania i nucenia także rodziców. I wtedy jest od razu o tyle lepiej! Im więcej głosów tym lepiej brzmią te nasze proste, powtarzane frazy, a dzieci wchłaniają wszystko jeszcze lepiej przez własnych rodziców. A i nam się oczywiście przyjemniej śpiewa w chórze... Jak te ptaszęta polne, ekhem... 


 
Nie wiem czy mi się kiedyś znudzi ta praca, ale jak na razie nic na to nie wskazuje. Nie dość, że nadal mam do czynienia z muzyką, że śpiewam dużo, co samo w sobie jest po prostu frajdą, to jeszcze patrzę na te „nasze” dzieci i nie mogę się napatrzeć i nacieszyć. To nie jest ostatecznie tak, że mało w życiu miałam do czynienia z dziećmi. Chodzi bardziej o całość środowiska naszych zajęć, zestaw maluszków i rodziców, którzy do nas przychodzą, jasnej przyjaznej sali, kolorowych chustek i dźwięków. Przychodzą te cudne koraliki do nas, tańczą, śpiewają, bawią się, a ja przy okazji widzę jak błyskawicznie i cudownie się rozwijają. I nie mogę ciagle w to uwierzyć. Czary! Pewnie, że dzieci rosną i rozwijają się w tym wieku tak czy inaczej – ale ja je widzę regularnie i oczywiście przywiązuję się już do nich jak wariatka, i dumna jestem, i już się zastanawiam co to z nich wyrośnie... Cudownie mieć tyle dzieci, nawet nie całkiem swoich.
No a co poza śpiewaniem robimy na zajęciach? Bawimy się prostymi dźwiękowymi rzeczami i znajdujemy kolejne preteksty do zajęcia małych oczu i łapek kiedy do uszek wpływa muzyka. Mamy trochę grzechotek, mamy trochę kolorowych rekwizytów, trochę tańczymy i uczymy rodziców prostych zabaw rytmicznych, rymowanek, masażyków i kołysanek. Ta nauka jest też mało stresująca, bo u nas nic się nie musi – dźwięki i tak przejdą przez małe i duże uszy, a cokolwiek się z tego potem świadomie zapamięta do powtarzania w domu, to czysty zysk. Natomiast jeśli się nie zapamięta to też nie szkodzi, za tydzień coś powtórzymy, dodamy coś nowego, połączymy przyjemną rutynę dla dzieci z niewielkimi zmianami dla dorosłych. A nam ciągle się to nie nudzi. Świetna praca, hm?


piątek, 5 października 2012

Wracam do klarnetu

... a raczej nie tyle wracam, co jestem z nim ciagle, tylko bywają dni, że mniej o klarnecie piszę czy mówię. Ale on jest ze mną ciagle, ostatnio na przykład w formie artykułów pisanych dla magazynu Scala, wydanego przez PWM i poświęconego w tym numerze wyłącznie klarnetowi. Miałam przyjemność nie tylko napisać kilka rzeczy do Scali, ale także doglądać całości od strony merytorycznej i edytorskiej, co było niezwykle ciekawym i wciagającym zajęciem. Na efekty zapraszam poniżej, do poczytania nie tylko dla klarnecistów. Bardzo jestem teraz ciekawa jak naszą pierwszą jaskółkę wydawniczą przyjmą jej adresaci, czyli głównie klarneciści. Znajdą tam coś dla siebie? A pozostali muzycy? A ludzie "cywilni"? Moim zdaniem zawartość jest raczej ciekawa, chociaż poruszamy tylko pobieżnie kilka wstępnych tematów, ale przecież gdzieś trzeba zacząć, a to chyba dobry początek. W każdym razie - ładny!


czwartek, 4 października 2012

Muzyka w Krakowie



Nie było mnie tutaj przez jakiś czas, tak to bywa przy niespodziewanych – oraz spodziewanych – dodatkowych zajęciach. Czasami po prostu ciężko znaleźć spokojną chwilę przy komputerze, a w końcu nie chciałabym tutaj pisać rzeczy przypadkowych i chaotycznych, jednak trochę trzeba zebrać myśli żeby wysypać je potem w formie paru linijek na blogu. Jak zwykle myślę o paru tematach naraz, chciałabym wspomnieć o kilku rzeczach – ale na dziś zatrzymam się jednak znowu na muzyce, edukacji  i dzieciach, bo to temat ciagle obecny, aktualny i ciągle pilny w Polsce.

Nie dalej jak wczoraj radio TOK FM także podjęło to zagadnienie, nie mogłam słuchać ich przez cały dzień, ale w porannym bloku z przyjemnością ale i przerażeniem wysłuchałam apeli o JAKĄKOLWIEK edukację muzyczną w Polsce, a także raportu o potwierdzonych i udowodnionych korzyściach z nauki muzyki oraz o koszmarnym stanie tejże edukacji w naszym kraju. Jest źle, to wiedziałam i niestety ciągle to słyszę. Nie bardzo mogę się wypowiadać na temat całej Polski, ale na przykładzie samego Krakowa widzę jak bardzo jesteśmy wszyscy pod tym względem zaniedbani. Ja sama należę akurat do elitarnego grona wybrańców: miałam 5 lat kiedy zaczęłam się uczyć grac na fortepianie, najpierw w ognisku przy szkole muzycznej, a potem już „regularnie”: w pierwszym i drugim stopniu. To, że następnie zdecydowałam się iść dalej, na Akademię Muzyczną i zostać w tym pieknym świecie na zawsze, było już moim własnym świadomym wyborem. Ale dostałam taką szansę na początku i wiem, że miałam duże szczęście. Już wtedy (no, nie tak strasznie dawno ostatecznie – ale jednak tych ładnych trochę lat temu...) tzw. „wychowanie muzyczne” w podstawówkach to była raczej parodia niż faktyczna radość z muzyki. Niemniej – muzyka ciągle była jako przedmiot i nauczyciele mniej lub bardziej odważnie próbowali się z nią zmierzyć. Bywały jeszcze tu i tam chóry szkolne, grało się na nieszczęsnych fletach prostych (wcale nie taki to prosty instrument, olaboga!), śpiewało się czasem to i owo. Nauczyciele nie bardzo wiedzieli co z tym fantem zrobić, ale jednak COŚ się próbowało realizować, jakieś resztki chyba z przedwojennych programów edukacji muzycznej.
Teraz, jak wiadomo, padło nawet i to. Przy kolejnych pomysłowych reformach wtłoczono muzykę do jednego worka z malarstwem, rzeźbą, ze wszystkim co się da oznaczyć nalepką „sztuka” – i już. Ręce otrzepane, sprawa kultury rozwiązana. Spanikowani i zdezorientowani nauczyciele-ignoranci na jednej lekcji udają, że wiedzą co to znaczy „ultramaryna” i „kolumna jońska” , w drugim tygodniu dyktują życiorys Bacha i ćwiczą skomplikowaną umiejetność zawijania klucza wiolinowego w precelek, w kolejnym przeskakują do Rodina albo sztuki etrusków. A gdzie, pytam się, na przykład wspomniany chór szkolny? A gdzie choćby niewielki zespół rozrywkowy, złożony z dowolnych, naprawdę dowolnych instrumentów? Noooo... ale tak – do tego trzeba by mieć fachowców, czyli trzeba zatrudnić wykształconych muzyków, a nie ludzi „od wszystkiego” (czyli de facto do niczego), trzeba na to czasu, zapału i ciężkiej, żmudnej pracy od podstaw. Tyle, że ta praca się opłaca! I to wszystkim. I to jak! Dzieciom: bo ci, którzy kiedykolwiek uczyli się muzyki uczą się potem WSZYSTKIEGO lepiej, szybciej, łatwiej. Fizyki, geografii, księgowości, języków, informatyki, po prostu UCZĄ się łatwiej. To naukowo udowodnione. Opłaca się to szkole, bo muzyka – och, tu będzie trywializm – łagodzi obyczaje, zbliża ludzi, wyzwala kreatywność, poprawia nastroje... Szkoła będzie lepsza, bezpieczniejsza, spokojniejsza, jej poziom się podniesie. Skorzystają i rodzice: przez wspomniany lepszy rozwój dzieci i piękno w domu jako bonus. No i w końcu my wszyscy, całe społeczeństwo, że tak wystąpię górnolotnie. Jak to mi powiedział ostatnio mądry człowiek: nie potrzebujemy wielu koncertujących pianistów – lecz dużo bardziej potrzebujemy prawników, lekarzy, geologów, architektów, managerów, którzy będą potrafili zagrać sobie na fortepianie! Dla siebie, dla przyjaciół i z przyjaciółmi, dla przyjemności. Ci ludzie będą potem chcieli i potrafili iść na elitarny koncert muzyki tzw. klasycznej i sprawi im on przyjemność. Będą należeli do tego grona wybrańców, którzy w przerwie w operze swobodnie podejmą rozmowę na temat stylu śpiewu danego tenora i porównają go z tym, który tu był w zeszłym miesiącu. Będą głosowali z pebiscycie na najlepszego dyrektora artystycznego orkiestry w ostatnim dwudziestoleciu i będą bronili zaciekle swoich przekonań w tej kwestii. To będzie nasza elita miasta, która będzie miała karnety na sezon koncertowy w filharmonii czy operze i będzie uważała to za naturalną piękną rozrywkę: wyjście w piątek czy sobotę w stroju wieczorowym na elegancką kolację do restauracji, a potem na koncert. Snobizm w najlepszym wydaniu. 

Kraków, tak bardzo jestem z niego dumna – i tak, z drugiej strony, mi żal, że nam jeszcze tak strasznie dużo brakuje do „przeciętnego” poziomu kulturalnego światowego miasta. Chlubimy się kulturą w Krakowie, ale popatrzmy na duże (a przecież i tak malutkie w porównaniu do standardów światowych) sale koncertowe straszące chłodem pustych krzeseł, na małe i wieksze koncerty kameralne przechodzące bez echa, z widownią jakby sklonowaną: ciągle te same, powtarzające się twarze, najczęściej sami muzycy i ich znajomi, czasem jakiś krytyk, czasem jakiś optymistyczny i odważny turysta. Ciągle jeszcze coś jest nie do końca w porządku z kulturą w Krakowie... A zacząć trzeba jak najwcześniej, po prostu, Najlepiej od jutra.