Była dawniej
taka ładna tradycja, w zamierzchłych czasach przed wszechobecną w świecie telewizją:
że w niedzielne pogodne przedpołudnie szło się bez pośpiechu na spacer z
rodziną, do parku albo do ZOO, po drodze na lody i wstępowało się do znajomych,
ot, tak właśnie po drodze. Ja sama nie pamiętam co prawda czasów zupełnie bez
telewizji, ale pamiętam jeszcze te właśnie, kiedy telewizja nie dominowała w
życiu i pojawiała się tylko co jakiś czas, z wybranymi pozycjami (reszta to
były projekty typu „Rolnicze rozmowy”...). I pamiętam zwłaszcza niedziele
wakacyjne spędzane u dziadków w Krośnie, w domu który stał przy jednej z
głównych ulic miasta. Niewielkiego miasta, dodajmy – więc i tak ta główna ulica
nie zabijała jeszcze wtedy męczącym ruchem samochodowym (co też się już
ostatnio zmieniło). W pogodne niedziele można było być niemal pewnym, że co
jakiś czas pojawią się w drzwiach znajomi, którzy wpadali na pogawędkę, na
herbatę czy kawę, tak po prostu: bo przechodzili pod oknami i widzieli że ktoś
jest w domu. A jeśli jest, to przecież można wpaść, pogadać, zamienić słowo.
Bywało to męczące, bo taki gość potrafił się też niespodziewanie zasiedzieć, ale
jednak częściej miłe. Niedzielne spotkania z przyjaciółmi i znajomymi, kontakt
z sąsiadami i rodziną (u nas akurat dosyć liczną i rozproszoną po mieście),
jakie to proste, ważne – i zapomniane już.
![]() |
| fot. Ryszard Marczak |
W Krakowie i
tak mamy szczęście: mamy przepiekne miasto, które w niedziele kusi spacerami w
okolicach Rynku, co w pewnym sensie zastępuje przecież dawne przechadzki po
malutkich głównych uliczkach niewielkich miast. Zamiast do znajomych wchodzi
się do kawiarni czy pierogarni, odwiedza się gołębie i dorożki na Rynku, idzie
się na zorganizowane imprezy, pikniki, targi i koncerty. Nie spotykamy się już
tak często w domach, a zwłaszcza nie wpadamy bez zapowiedzi, ale jednak
wychodzimy rodzinnie, przynajmniej w Krakowie, przynajmniej niektórzy z nas.
Czasem sama gdzieś zaglądnę, tu i tam – i cieszy mnie zawsze widok niedzielnych
rodzin. To dobry zwyczaj. Nawet jeśli to się dzieje tylko w niedzielę, jeśli to
tylko kropla w morzu towarzyskich i rodzinnych potrzeb, to już coś. I to już jest
miłe.
Więc tak sobie
myślę, że może i do nas przyjdą w niedzielę takie miłe, „rozchodzone” rodziny?
Jesteśmy tylko jedną z weekendowych atrakcji Krakowa, ale z tego co widzę,
jesteśmy ciągle jedną z niewielu atrakcji skierowanych do tych maciupkich
maluchów, do najmłodszych dzieci. Miałyśmy dziś rano u nas Telewizję Kraków,
która nakręciła z nami niewielki materiał o naszych pomysłach na umuzykalnianie
dzieci, potem pobiegłyśmy do naszego patrona medialnego, Radia Kraków, w którym
nagrałyśmy kolejną porcję przemyśleń na ten temat – a temat jest przecież tak
wielki, że dech zapiera! Można o tym mówić godzinami, wciągając się coraz
bardziej w detale, anegdoty, światowe badania i odkrycia medycyny na temat
mózgu ludzkiego i naszej muzykalności. Czuję się trochę jak przed doktoratem,
kiedy miałam głowę przeładowaną fascynującymi wiadomościami i ciągle mi było
mało i mało, ciagle szperałam po jeszcze, czytałam kolejne książki i artykuły,
wyciągałam z Internetu ciekawostki. I z przyjemnością właściwie czekałam na obronę!
– ze świadomością, że w końcu będę miała do dyspozycji przez parę godzin kilka
osób, które będą musiały mnie wysłuchać! Co za frajda. Moi bliscy wtedy już opędzali
się ode mnie, mrucząc: „O nie, o nie, znowu ten Stockhausen... znowu ten
Arlekin i commedia dell’arte...”. Mam teraz podobne uczucie, wciagam się w coraz
głębsze rejony wiedzy, którą przecież muszę mieć, żeby ładnie potem opowiedzieć
o naszych pomysłach innym – a przy okazji odkrywam coraz to nowe i nowe rzeczy
do czytania, oglądania i sluchania i... za chwilę trzeba będzie chyba
wprowadzić wentyl bezpieczeństwa dla tych wszystkich fascynujących informacji i
po prostu to spisać. Troszkę pisuję tutaj – ale coś czuję, że zbiera się na
więcej. Zobaczymy, zobaczymy...
A tymczasem
przygotowujemy się na niedzielę. Baloniki są, smakołyki w części już też są,
świeże pojawią się w niedzielę. Nagrody do wylosowania już też czekają, mamy
nadzieję, że będą ładną pamiątką tej wrześniowej niedzieli dla najmłodszych.
Oszczędzam głos na niedzielne śpiewanie a jednocześnie podśpiewuję pod nosem
nasze melodyjki. Zaczęłam znowu o nich myśleć i przylepiają się do uszu jak świeże
lizaki do małych łapek. Trudno je potem odkleić! – chodzę i nucę: „Małe rączki
klaszczą tak... małe nózki tupią tak... hmmm.... hm... hmmmm...”.
![]() |
| fot. Alvise Valier |


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz