piątek, 7 września 2012

W niedzielę spotkajmy się z przyjaciółmi



Była dawniej taka ładna tradycja, w zamierzchłych czasach przed wszechobecną w świecie telewizją: że w niedzielne pogodne przedpołudnie szło się bez pośpiechu na spacer z rodziną, do parku albo do ZOO, po drodze na lody i wstępowało się do znajomych, ot, tak właśnie po drodze. Ja sama nie pamiętam co prawda czasów zupełnie bez telewizji, ale pamiętam jeszcze te właśnie, kiedy telewizja nie dominowała w życiu i pojawiała się tylko co jakiś czas, z wybranymi pozycjami (reszta to były projekty typu „Rolnicze rozmowy”...). I pamiętam zwłaszcza niedziele wakacyjne spędzane u dziadków w Krośnie, w domu który stał przy jednej z głównych ulic miasta. Niewielkiego miasta, dodajmy – więc i tak ta główna ulica nie zabijała jeszcze wtedy męczącym ruchem samochodowym (co też się już ostatnio zmieniło). W pogodne niedziele można było być niemal pewnym, że co jakiś czas pojawią się w drzwiach znajomi, którzy wpadali na pogawędkę, na herbatę czy kawę, tak po prostu: bo przechodzili pod oknami i widzieli że ktoś jest w domu. A jeśli jest, to przecież można wpaść, pogadać, zamienić słowo. Bywało to męczące, bo taki gość potrafił się też niespodziewanie zasiedzieć, ale jednak częściej miłe. Niedzielne spotkania z przyjaciółmi i znajomymi, kontakt z sąsiadami i rodziną (u nas akurat dosyć liczną i rozproszoną po mieście), jakie to proste, ważne – i zapomniane już. 

fot. Ryszard Marczak


W Krakowie i tak mamy szczęście: mamy przepiekne miasto, które w niedziele kusi spacerami w okolicach Rynku, co w pewnym sensie zastępuje przecież dawne przechadzki po malutkich głównych uliczkach niewielkich miast. Zamiast do znajomych wchodzi się do kawiarni czy pierogarni, odwiedza się gołębie i dorożki na Rynku, idzie się na zorganizowane imprezy, pikniki, targi i koncerty. Nie spotykamy się już tak często w domach, a zwłaszcza nie wpadamy bez zapowiedzi, ale jednak wychodzimy rodzinnie, przynajmniej w Krakowie, przynajmniej niektórzy z nas. Czasem sama gdzieś zaglądnę, tu i tam – i cieszy mnie zawsze widok niedzielnych rodzin. To dobry zwyczaj. Nawet jeśli to się dzieje tylko w niedzielę, jeśli to tylko kropla w morzu towarzyskich i rodzinnych potrzeb, to już coś. I to już jest miłe.
Więc tak sobie myślę, że może i do nas przyjdą w niedzielę takie miłe, „rozchodzone” rodziny? Jesteśmy tylko jedną z weekendowych atrakcji Krakowa, ale z tego co widzę, jesteśmy ciągle jedną z niewielu atrakcji skierowanych do tych maciupkich maluchów, do najmłodszych dzieci. Miałyśmy dziś rano u nas Telewizję Kraków, która nakręciła z nami niewielki materiał o naszych pomysłach na umuzykalnianie dzieci, potem pobiegłyśmy do naszego patrona medialnego, Radia Kraków, w którym nagrałyśmy kolejną porcję przemyśleń na ten temat – a temat jest przecież tak wielki, że dech zapiera! Można o tym mówić godzinami, wciągając się coraz bardziej w detale, anegdoty, światowe badania i odkrycia medycyny na temat mózgu ludzkiego i naszej muzykalności. Czuję się trochę jak przed doktoratem, kiedy miałam głowę przeładowaną fascynującymi wiadomościami i ciągle mi było mało i mało, ciagle szperałam po jeszcze, czytałam kolejne książki i artykuły, wyciągałam z Internetu ciekawostki. I z przyjemnością właściwie czekałam na obronę! – ze świadomością, że w końcu będę miała do dyspozycji przez parę godzin kilka osób, które będą musiały mnie wysłuchać! Co za frajda. Moi bliscy wtedy już opędzali się ode mnie, mrucząc: „O nie, o nie, znowu ten Stockhausen... znowu ten Arlekin i commedia dell’arte...”. Mam teraz podobne uczucie, wciagam się w coraz głębsze rejony wiedzy, którą przecież muszę mieć, żeby ładnie potem opowiedzieć o naszych pomysłach innym – a przy okazji odkrywam coraz to nowe i nowe rzeczy do czytania, oglądania i sluchania i... za chwilę trzeba będzie chyba wprowadzić wentyl bezpieczeństwa dla tych wszystkich fascynujących informacji i po prostu to spisać. Troszkę pisuję tutaj – ale coś czuję, że zbiera się na więcej. Zobaczymy, zobaczymy...
A tymczasem przygotowujemy się na niedzielę. Baloniki są, smakołyki w części już też są, świeże pojawią się w niedzielę. Nagrody do wylosowania już też czekają, mamy nadzieję, że będą ładną pamiątką tej wrześniowej niedzieli dla najmłodszych. Oszczędzam głos na niedzielne śpiewanie a jednocześnie podśpiewuję pod nosem nasze melodyjki. Zaczęłam znowu o nich myśleć i przylepiają się do uszu jak świeże lizaki do małych łapek. Trudno je potem odkleić! – chodzę i nucę: „Małe rączki klaszczą tak... małe nózki tupią tak... hmmm.... hm... hmmmm...”.


fot. Alvise Valier

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz