środa, 19 września 2012

Kazimierz przecież nie tylko w Krakowie



Samej mi się nie chce wierzyć, ale dopiero w ostatni weekend po raz PIERWSZY w życiu byłam w... Kazimierzu Dolnym. Tyle człowiek o nim słyszy, wie, nawet mu się wydaje że zna! – że umknęła mi jakoś w życiorysie sama fizyczna wizyta w tym miasteczku. Drobne niedopatrzenie, które z przyjemnością skorygowałam korzystając z przyjaznej jeszcze wrześniowej aury. Kilka notatek zatem, szybkich mgnień oka z małej wizyty z maluśkim miasteczku.

Po pierwsze, Kazimierz naprawdę jest wdzięczny i piękny. Jak już się człowiek oswoi z jego mikro-rozmiarem to docenia się detale, piękno otoczenia i wpisanej w otoczenie  architektury, ogólną atmosferę i „uzdrowiskowy” styl całości. Dla mnie był jak pomieszanie Zakopanego z Iwoniczem-Zdrojem, ze szczyptą „naszego”, krakowskiego Kazimierza. Fascynujące wąwozy i jary, śliczna fara (śliczna z zewnątrz – zamknięta do remontu...) i błyszczące nowością ruiny zamku (jak wyżej – niedostepne...), masa małych galeryjek malarstwa w każdej zgrzebnej chałupie. Co mnie jednak zastanowiło i zdumiało to... no cóż, specyficzna i powiedziałabym wręcz uboga oferta gastronomiczna. Dobra kawa to wynik czujnego polowania poprzedzonego porażkami, dobra kuchnia (niekoniecznie „domowa”, zlituj się Polsko, nie każdy chce schaboszczaki) to... no, nam się nie trafiła. Ale może nie szukałam dość wnikliwie. Natomiast ludzie przyjemni, czasem wręcz rekompensujący braki wyżywieniowe, to prawda. A, za to pizzerie! – ho ho – na każdym rogu, do wyboru do koloru. Fenomen polskich szlaków smakowych. Pizza. Szczyt popularności i stylu. Ale są także koguty z maślanego ciasta, pyszna wizytóweczka miasta, więc z głodu się nie zginie.




Były też w Kazimierzu jasne strony, a raczej jasny wieczór który zdarzył się w Willi pod Wiewiórką, czyli domu Kuncewiczów. Uprzedzona zapowiedzią w sieci wybrałam się tam na wieczór autorski Dariusza Bugalskiego, większości (ze mną włącznie! – wstyd) znanego z dziennikarstwa radiowego, ostatnio głównie z Trójki. I nie zawiodłam się, wieczór był śliczny, autor wierszy kulturalny i po ludzku miły, co aż dech zapiera z radości. Czemu to, swoją drogą, taki rarytas w świecie? – normalni, kulturalni i wykształceni ludzie? Dla mnie pan Bugalski natychmiast zapunktował, kiedy mimochodem nadmienił, że słucha muzyki klasycznej (o! I w dodatku się do tego publicznie przyznaje), a jednym z najpiękniejszych utworów według niego jest... uwaga: X Symfonia Szostakowicza. Plus preludia i fugi tegoż, zresztą w wykonaniu Richtera. Ech, jeśli ktoś wie w ogóle kto to był Szostakowicz, a jeszcze kojarzy go w pakiecie z Richterem! – no, to od razu się go słucha inaczej. I te wiersze, przecieki, okruchy, historie... Ciekawe i wciągające, bo oczywiście mam tomik capnięty po spotkaniu i oglądany ciagle od paru dni, pomału i z wracaniem do niebanalnych skojarzeń. Poezja i muzyka idą ramię w ramię, lubią się ze sobą. Każda sztuka się zresztą lubi z innymi, to towarzyskie bestie. Myślę że nie sposób być wrażliwym wybiórczo, ścieżki sztuki zawsze plączą się między sobą. Kwestia tylko, żeby się nie bać zerkać na boki, żeby nam ktoś w życiu pokazał – że to tak blisko siebie, tyle pięknych światów.


DOBRANOC

odlecą
i będzie zima
aż oczy przymarzną do gwiazd



 (D. Bugalski)







czwartek, 13 września 2012

Wybawione, wyśpiewane!



Znowu ciężko mi trochę zebrać myśli w konstruktywną całość i ogarnąć mini-reportażowo tę ostatnią niedzielę (że tak zacytuję tu klasykę piosenki polskiej...) w „Kwadracie”. Działo się sporo, bo zazwyczaj się dzieje przy takiej ilości dzieci naraz – ale tak naprawdę działo się po prostu to, co robimy zazwyczaj, czyli brzęczało muzycznie ze wszystkich stron budynku. Ruch mieliśmy duży i na szczęście wszystko działo się w tak bardzo nam przyjaznym „Kwadracie”, gdzie jest przytulnie, czysto i jasno, a gospodarze (poza nami) to świetni młodzi ludzie, dzięki którym jeszcze bardziej nam się wszystkim chce tam przychodzić. Rodzice z dziećmi siadali i bawili się z nami, co jakiś czas sobie mogli wyjść na korytarz (albo i na spacerek), capnąć coś dobrego plus kolejny balonik, wracali potem znowu i śpiewali z nami dalej. Bo tym razem mieliśmy akurat sporo rozśpiewanych rodziców i aż nam serca rosły, kiedy rósł nam też ten improwizowany chór otulający dzieci melodiami! A już „Pana Jana” wykonaliśmy pełnymi i pewnymi głosami i kapitalnie zgranym chórem. I niech mi teraz ktoś powiada, że nie umiemy śpiewać! Umiemy, większość z nas potrafi! – tylko się boimy, wstydzimy, krępujemy otoczenia, nie wierzymy w siebie. A to jest takie proste i takie przyjemne. Jasne, że najprzyjemniej jest właśnie śpiewać w zespole, w chórze, z kimś jeszcze. Ale grunt to zacząć i odważyć się, potem zaraz znienacka włączają się inni. Polecam ćwiczenie z dziećmi w samochodzie; nasze domowe Blondynki od kiedy tylko potrafią mówić to śpiewają, a repertuar kolęd na przykład zawsze w sezonie odśpiewujemy przy okazji podróży około-i-do-szkolnych. O ileż to lepsze od radia!

Wklejam tutaj kilka fotograficznych migawek z niedzieli, na potwierdzenie tych kilku słów sprawozdania. Więcej zdjęć jest na stronie „Gai” (tutaj: klick!), można je sobie oglądać. Można też pisać do mnie, tutaj (jako komentarze) albo emailem ze strony Gai, ciekawa jestem zawsze opinii innych na temat muzyki „społecznej”, na temat tego co robię.

Rewelacyjne rodzeństwo, Martynka i Maciuś

Bardzo lubimy rytmiczne masażyki - i każde dziecko je lubi, niezależnie od wieku  





W Krakowie dziś mży dżdż...

... i jakoś tak już meloncholijnie i jesiennie. Ale w niedzielę było ciągle bardzo ładnie i goście nam dopisali. Więcej już niebawem, a tymczasem można już zobaczyć zdjęcia z niedzieli u nas na stronie (tutaj: klick!)


piątek, 7 września 2012

W niedzielę spotkajmy się z przyjaciółmi



Była dawniej taka ładna tradycja, w zamierzchłych czasach przed wszechobecną w świecie telewizją: że w niedzielne pogodne przedpołudnie szło się bez pośpiechu na spacer z rodziną, do parku albo do ZOO, po drodze na lody i wstępowało się do znajomych, ot, tak właśnie po drodze. Ja sama nie pamiętam co prawda czasów zupełnie bez telewizji, ale pamiętam jeszcze te właśnie, kiedy telewizja nie dominowała w życiu i pojawiała się tylko co jakiś czas, z wybranymi pozycjami (reszta to były projekty typu „Rolnicze rozmowy”...). I pamiętam zwłaszcza niedziele wakacyjne spędzane u dziadków w Krośnie, w domu który stał przy jednej z głównych ulic miasta. Niewielkiego miasta, dodajmy – więc i tak ta główna ulica nie zabijała jeszcze wtedy męczącym ruchem samochodowym (co też się już ostatnio zmieniło). W pogodne niedziele można było być niemal pewnym, że co jakiś czas pojawią się w drzwiach znajomi, którzy wpadali na pogawędkę, na herbatę czy kawę, tak po prostu: bo przechodzili pod oknami i widzieli że ktoś jest w domu. A jeśli jest, to przecież można wpaść, pogadać, zamienić słowo. Bywało to męczące, bo taki gość potrafił się też niespodziewanie zasiedzieć, ale jednak częściej miłe. Niedzielne spotkania z przyjaciółmi i znajomymi, kontakt z sąsiadami i rodziną (u nas akurat dosyć liczną i rozproszoną po mieście), jakie to proste, ważne – i zapomniane już. 

fot. Ryszard Marczak


W Krakowie i tak mamy szczęście: mamy przepiekne miasto, które w niedziele kusi spacerami w okolicach Rynku, co w pewnym sensie zastępuje przecież dawne przechadzki po malutkich głównych uliczkach niewielkich miast. Zamiast do znajomych wchodzi się do kawiarni czy pierogarni, odwiedza się gołębie i dorożki na Rynku, idzie się na zorganizowane imprezy, pikniki, targi i koncerty. Nie spotykamy się już tak często w domach, a zwłaszcza nie wpadamy bez zapowiedzi, ale jednak wychodzimy rodzinnie, przynajmniej w Krakowie, przynajmniej niektórzy z nas. Czasem sama gdzieś zaglądnę, tu i tam – i cieszy mnie zawsze widok niedzielnych rodzin. To dobry zwyczaj. Nawet jeśli to się dzieje tylko w niedzielę, jeśli to tylko kropla w morzu towarzyskich i rodzinnych potrzeb, to już coś. I to już jest miłe.
Więc tak sobie myślę, że może i do nas przyjdą w niedzielę takie miłe, „rozchodzone” rodziny? Jesteśmy tylko jedną z weekendowych atrakcji Krakowa, ale z tego co widzę, jesteśmy ciągle jedną z niewielu atrakcji skierowanych do tych maciupkich maluchów, do najmłodszych dzieci. Miałyśmy dziś rano u nas Telewizję Kraków, która nakręciła z nami niewielki materiał o naszych pomysłach na umuzykalnianie dzieci, potem pobiegłyśmy do naszego patrona medialnego, Radia Kraków, w którym nagrałyśmy kolejną porcję przemyśleń na ten temat – a temat jest przecież tak wielki, że dech zapiera! Można o tym mówić godzinami, wciągając się coraz bardziej w detale, anegdoty, światowe badania i odkrycia medycyny na temat mózgu ludzkiego i naszej muzykalności. Czuję się trochę jak przed doktoratem, kiedy miałam głowę przeładowaną fascynującymi wiadomościami i ciągle mi było mało i mało, ciagle szperałam po jeszcze, czytałam kolejne książki i artykuły, wyciągałam z Internetu ciekawostki. I z przyjemnością właściwie czekałam na obronę! – ze świadomością, że w końcu będę miała do dyspozycji przez parę godzin kilka osób, które będą musiały mnie wysłuchać! Co za frajda. Moi bliscy wtedy już opędzali się ode mnie, mrucząc: „O nie, o nie, znowu ten Stockhausen... znowu ten Arlekin i commedia dell’arte...”. Mam teraz podobne uczucie, wciagam się w coraz głębsze rejony wiedzy, którą przecież muszę mieć, żeby ładnie potem opowiedzieć o naszych pomysłach innym – a przy okazji odkrywam coraz to nowe i nowe rzeczy do czytania, oglądania i sluchania i... za chwilę trzeba będzie chyba wprowadzić wentyl bezpieczeństwa dla tych wszystkich fascynujących informacji i po prostu to spisać. Troszkę pisuję tutaj – ale coś czuję, że zbiera się na więcej. Zobaczymy, zobaczymy...
A tymczasem przygotowujemy się na niedzielę. Baloniki są, smakołyki w części już też są, świeże pojawią się w niedzielę. Nagrody do wylosowania już też czekają, mamy nadzieję, że będą ładną pamiątką tej wrześniowej niedzieli dla najmłodszych. Oszczędzam głos na niedzielne śpiewanie a jednocześnie podśpiewuję pod nosem nasze melodyjki. Zaczęłam znowu o nich myśleć i przylepiają się do uszu jak świeże lizaki do małych łapek. Trudno je potem odkleić! – chodzę i nucę: „Małe rączki klaszczą tak... małe nózki tupią tak... hmmm.... hm... hmmmm...”.


fot. Alvise Valier

poniedziałek, 3 września 2012

Wrzesień rozpoczynamy ekologicznie



Wrzesień ledwo się zaczął a już atrakcji co niemiara, przynajmniej dla nas w „Gai”. W minioną sobotę, 1 września odwiedziłyśmy Galerię Krakowską, gdzie byłyśmy gośćmi na imprezie EKORODZICE.  Było naprawdę bardzo miło, opowiedziałyśmy trochę o tym co i dlaczego robimy, a potem pokazałyśmy trochę co i dlaczego robimy.
Po raz kolejny przekonałam się, że muzyka – zwłaszcza w tzw. przestrzeni publicznej – bardzo przyciąga uwagę ludzi. Inna sprawa, że już kiedy zaczęłyśmy mówić, to ludzie jednak przystawali i słuchali o czym opowiadałyśmy; ale też ostatecznie dzieci+muzyka to dosyć ciekawy temat niemal dla każdego. Natomiast kiedy zeszłyśmy do parteru, do dzieci, i zaczęłyśmy z nimi podśpiewywać, grać, klaskać i pokazywać małe zabawy – to tłumek zebrał się już znacznie większy. Proste, niewyszukane melodie, proste zabawy, które każdy może wykorzystać sam w domu –  zdecydowanie zaciekawiały i przyciągały ludzi.
 
z panią Katarzyną Dowbor na scenie


A maluchy, jak zwykle, nie zawiodły. Naprawdę aż łapie za serce, kiedy się widzi małe dzieci lgnące do dźwięków. Zwłaszcza, kiedy im pomagamy kolorowymi szmatkami (to w sobotę), oraz grzechotkami, pałkami do bębnienia, wstążkami, kolorowym wężem, balonikami (to w naszym „Kwadracie”). Ale prawdą jest, że niezależnie od rekwizytów, dzieciaki po prostu lubią dźwięk, rytm, śpiewanie (zwłaszcza wspólne), rymowanki i zabawy muzyczne. Tym razem na koniec miałyśmy mini-konkurs, z nagrodami-książeczkami od naszego zaprzyjaźnionego PWMu. Trzeba było zaśpiewać piosenkę, publicznie – czyli do mikrofonu. Kilkoro dzielnych się znalazło, niektórzy z naszą lekką pomocą suflerską w kwestii tekstu („Wlazł kotek...” też się może zawiesić w pamięci jak się ma ledwie kilka lat!), niektórzy ze wsparciem mamy... Był też i gwiazdor, luzacki świetny chłopiec (Jaś) w... statku na głowie, który nie dość, że wykonał ze swadą „medley” z kilku piosenek, to na koniec podszedł drugi raz i zaśpiewał swoją własna piosenkę, dedykowaną „kochanej cioci Joli”, której zresztą pomachał ręką bo stała z boczku z jego rodziną. Showman, doprawdy! 



Niewielką galerię zdjęć z soboty można zobaczyć u nas na stronie (tutaj – klick!), można tam także już znaleźć – uwaga, uwaga! – pierwsze video z naszego poprzedniego Dnia Otwartego w maju! Zapraszam do sprawdzenia (klick! – tutaj), to niewielkie tylko migawki z całego dnia, ale mniej więcej oddają nastrój tego co się działo i co – mam nadzieję! – będzie się działo znowu, w najbliższą niedzielę.
Bo już za chwileczkę, już za momencik otwieramy znowu drzwi Gai w Czyżynach, pokazujemy zajęcia, dajemy nagrody, bawimy się i zapraszamy na regularne zajęcia. Oraz – uwaga znowu! – proszę nastawić telewizory w piątek wieczorem na kanał krakowski, TV Kraków chce także zapowiedzieć nasz Dzień Otwarty u siebie, zainteresowali się ideą muzyki dla maciupkich. I świetnie!