Samej mi się nie
chce wierzyć, ale dopiero w ostatni weekend po raz PIERWSZY w życiu byłam w...
Kazimierzu Dolnym. Tyle człowiek o nim słyszy, wie, nawet mu się wydaje że zna!
– że umknęła mi jakoś w życiorysie sama fizyczna wizyta w tym miasteczku. Drobne
niedopatrzenie, które z przyjemnością skorygowałam korzystając z przyjaznej
jeszcze wrześniowej aury. Kilka notatek zatem, szybkich mgnień oka z małej
wizyty z maluśkim miasteczku.
Po pierwsze, Kazimierz
naprawdę jest wdzięczny i piękny. Jak już się człowiek oswoi z jego mikro-rozmiarem
to docenia się detale, piękno otoczenia i wpisanej w otoczenie architektury, ogólną atmosferę i „uzdrowiskowy”
styl całości. Dla mnie był jak pomieszanie Zakopanego z Iwoniczem-Zdrojem, ze
szczyptą „naszego”, krakowskiego Kazimierza. Fascynujące wąwozy i jary, śliczna
fara (śliczna z zewnątrz – zamknięta do remontu...) i błyszczące nowością ruiny
zamku (jak wyżej – niedostepne...), masa małych galeryjek malarstwa w każdej zgrzebnej
chałupie. Co mnie jednak zastanowiło i zdumiało to... no cóż, specyficzna i
powiedziałabym wręcz uboga oferta gastronomiczna. Dobra kawa to wynik czujnego
polowania poprzedzonego porażkami, dobra kuchnia (niekoniecznie „domowa”, zlituj
się Polsko, nie każdy chce schaboszczaki) to... no, nam się nie trafiła. Ale
może nie szukałam dość wnikliwie. Natomiast ludzie przyjemni, czasem wręcz
rekompensujący braki wyżywieniowe, to prawda. A, za to pizzerie! – ho ho – na każdym
rogu, do wyboru do koloru. Fenomen polskich szlaków smakowych. Pizza. Szczyt
popularności i stylu. Ale są także koguty z maślanego ciasta, pyszna wizytóweczka
miasta, więc z głodu się nie zginie.
Były też w
Kazimierzu jasne strony, a raczej jasny wieczór który zdarzył się w Willi pod
Wiewiórką, czyli domu Kuncewiczów. Uprzedzona zapowiedzią w sieci wybrałam się
tam na wieczór autorski Dariusza Bugalskiego, większości (ze mną włącznie! –
wstyd) znanego z dziennikarstwa radiowego, ostatnio głównie z Trójki. I nie
zawiodłam się, wieczór był śliczny, autor wierszy kulturalny i po ludzku miły,
co aż dech zapiera z radości. Czemu to, swoją drogą, taki rarytas w świecie? –
normalni, kulturalni i wykształceni ludzie? Dla mnie pan Bugalski natychmiast
zapunktował, kiedy mimochodem nadmienił, że słucha muzyki klasycznej (o! I w
dodatku się do tego publicznie przyznaje), a jednym z najpiękniejszych utworów według
niego jest... uwaga: X Symfonia Szostakowicza. Plus preludia i fugi tegoż, zresztą
w wykonaniu Richtera. Ech, jeśli ktoś wie w ogóle kto to był Szostakowicz, a
jeszcze kojarzy go w pakiecie z Richterem! – no, to od razu się go słucha inaczej. I te
wiersze, przecieki, okruchy, historie... Ciekawe i wciągające, bo oczywiście
mam tomik capnięty po spotkaniu i oglądany ciagle od paru dni, pomału i z
wracaniem do niebanalnych skojarzeń. Poezja i muzyka idą ramię w ramię, lubią
się ze sobą. Każda sztuka się zresztą lubi z innymi, to towarzyskie bestie. Myślę
że nie sposób być wrażliwym wybiórczo, ścieżki sztuki zawsze plączą się między
sobą. Kwestia tylko, żeby się nie bać zerkać na boki, żeby nam ktoś w życiu
pokazał – że to tak blisko siebie, tyle pięknych światów.
DOBRANOC
odlecą
i będzie zima
aż oczy przymarzną do gwiazd
(D. Bugalski)









