Włochy kojarzą mi
się głównie ze słońcem i z muzyką, jakoś tak do tej pory miałam szczęście
doświadczać tego akurat zestawu. Tym razem tez tak było: najpierw prawie dwa
tygodnie na festiwalu muzyki kameralnej Incontri di Canna w Calabrii, potem
tydzień w Rzymie – i znowu recital, tym razem w pięknym Teatro di Marcello tuż
przy Kapitolu. Ale najpierw Calabria, południe Włoch spalone słońcem, z prostymi
ale szczerymi ludźmi, drzewami oliwnymi, z krajobrazem przepięknym i trochę nierealnym
jak dla nas – ludzi Północy.
Sam Festiwal to
osobny ewenement. Zjeżdząją się tam muzycy z różnych stron świata (w tym roku
to była Kanada, Polska, Włochy, Niemcy, Rosja, USA, ale już w zeszłym roku urozmaicały
to dodatkowo reprezentacje Japonii, Szwecji i Czech), mieszkamy w maciupeńkiej
mieścinie przylepionej do skał, jeździmy na plażę, wspólnie jemy i pijemy
lokalne wino – i wieczorami co kilka dni gramy w lokalnym Palazzo koncerty
muzyki kameralnej. Przychodzą nas posłuchać głównie mieszkańcy samej Canny i to
jest równie piękne jak samo wspólne granie: kiedy się widzi tych prostych, szorstkich
ludzi, często z dziećmi na rękach albo w wózkach, jak zasiadają z pietyzmem na
krzesełkach i dzielnie wysłuchują niełatwych przecież czasem dzieł światowej
klasyki. Czasem dziecko zapłacze, czasem pies wejdzie sprawdzić co się dzieje,
czasem ktoś z szurgotem odstawi krzesło i wyjdzie – bo właśnie nadeszła
odpowiednia pora na wino i pizzę w barze, rzecz w końcu priorytetowa. Ale w tym
wszystkim świetnie się jednak gra, dla siebie, dla dzieci, psów i znajomych
muzyków na widowni, dla przyjemności grania po prostu. No i ta Calabria!
Rozgadana, rozgestykulowana, rozkrzyczana i bardzo w tym wszystkim przyjazna;
tam się ludzi lubi od razu, nie sposób inaczej. Tam się nie zamyka drzwi pokoju
na klucz, a drzwi wejściowe osłania jedynie siatka na muchy i komary
(nieszczelna zresztą, ale kto by się tam przejmował takimi drobiazgami).
Pamiętam jak kiedyś siedzieliśmy na plaży i przysłuchiwaliśmy się (trudno było
tego uniknąć) gorącej dyskusji i pokrzykiwania sąsiadów-Włochów. Jedna z
pianistek zauważyła wtedy: „Nic dziwnego, że stąd właśnie wyrosła opera. Oni
już jak mówią to śpiewają!” I coś w tym jest, w śpiewie włoskiego języka.
No i słońce,
wechobecne i mocne. Popołudniowa sjesta to najświętsza świętość, zamierają
wtedy radia, telewizory (i nikt z nas nie śmiałby, broń Boże, wtedy ćwiczyć),
Canna kładzie się do poobiedniej drzemki i przesypia najbardziej męczące
godziny dnia. Nie da się po prostu żyć w środku dnia, w upale od którego mózg wysycha na kupkę popiołu. Za to potem można szaleć do drugiej w nocy, kiedy temperatura
spada do „lekkich” 27 st.C. Wtedy
kwitnie życie towarzyskie, je się, pije, gada, tańczy, śpiewa. Oraz zajada
przypadkowe skarby prostu z drzew: figi, pomarańcze, śliwki... Mmmmm... Piguły
słońca Calabrii.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz