czwartek, 23 sierpnia 2012

Pocztówki z Italii


Włochy kojarzą mi się głównie ze słońcem i z muzyką, jakoś tak do tej pory miałam szczęście doświadczać tego akurat zestawu. Tym razem tez tak było: najpierw prawie dwa tygodnie na festiwalu muzyki kameralnej Incontri di Canna w Calabrii, potem tydzień w Rzymie – i znowu recital, tym razem w pięknym Teatro di Marcello tuż przy Kapitolu. Ale najpierw Calabria, południe Włoch spalone słońcem, z prostymi ale szczerymi ludźmi, drzewami oliwnymi, z krajobrazem przepięknym i trochę nierealnym jak dla nas – ludzi Północy. 


Sam Festiwal to osobny ewenement. Zjeżdząją się tam muzycy z różnych stron świata (w tym roku to była Kanada, Polska, Włochy, Niemcy, Rosja, USA, ale już w zeszłym roku urozmaicały to dodatkowo reprezentacje Japonii, Szwecji i Czech), mieszkamy w maciupeńkiej mieścinie przylepionej do skał, jeździmy na plażę, wspólnie jemy i pijemy lokalne wino – i wieczorami co kilka dni gramy w lokalnym Palazzo koncerty muzyki kameralnej. Przychodzą nas posłuchać głównie mieszkańcy samej Canny i to jest równie piękne jak samo wspólne granie: kiedy się widzi tych prostych, szorstkich ludzi, często z dziećmi na rękach albo w wózkach, jak zasiadają z pietyzmem na krzesełkach i dzielnie wysłuchują niełatwych przecież czasem dzieł światowej klasyki. Czasem dziecko zapłacze, czasem pies wejdzie sprawdzić co się dzieje, czasem ktoś z szurgotem odstawi krzesło i wyjdzie – bo właśnie nadeszła odpowiednia pora na wino i pizzę w barze, rzecz w końcu priorytetowa. Ale w tym wszystkim świetnie się jednak gra, dla siebie, dla dzieci, psów i znajomych muzyków na widowni, dla przyjemności grania po prostu. No i ta Calabria! Rozgadana, rozgestykulowana, rozkrzyczana i bardzo w tym wszystkim przyjazna; tam się ludzi lubi od razu, nie sposób inaczej. Tam się nie zamyka drzwi pokoju na klucz, a drzwi wejściowe osłania jedynie siatka na muchy i komary (nieszczelna zresztą, ale kto by się tam przejmował takimi drobiazgami). Pamiętam jak kiedyś siedzieliśmy na plaży i przysłuchiwaliśmy się (trudno było tego uniknąć) gorącej dyskusji i pokrzykiwania sąsiadów-Włochów. Jedna z pianistek zauważyła wtedy: „Nic dziwnego, że stąd właśnie wyrosła opera. Oni już jak mówią to śpiewają!” I coś w tym jest, w śpiewie włoskiego języka.

No i słońce, wechobecne i mocne. Popołudniowa sjesta to najświętsza świętość, zamierają wtedy radia, telewizory (i nikt z nas nie śmiałby, broń Boże, wtedy ćwiczyć), Canna kładzie się do poobiedniej drzemki i przesypia najbardziej męczące godziny dnia. Nie da się po prostu żyć w środku dnia, w upale od którego mózg wysycha na kupkę popiołu. Za to potem można szaleć do drugiej w nocy, kiedy temperatura spada do „lekkich” 27 st.C.  Wtedy kwitnie życie towarzyskie, je się, pije, gada, tańczy, śpiewa. Oraz zajada przypadkowe skarby prostu z drzew: figi, pomarańcze, śliwki... Mmmmm... Piguły słońca Calabrii.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz