Trudno w paru
słowach opisać Włochy, ale wychodzę z założenia, że ostatecznie lepiej nawet
skrótowo, w kilku zdaniach – niż wcale. Po festiwalu na południu szrunęłam więc
do źrodła źródeł, do boskiego Wiecznego Miasta, Rzymu. Tak się szczęśliwie złożyło,
że udało nam się zorganizować dwa recitale mojego Tria sTREgi: jeden jako duo
(ja z Eriką, klarnet + fortepian), drugi Erika solo na fortepianie. Miejsce
prześliczne, bo ruiny (jakże by inaczej) Teatro di Marcello, tuż koło Kapitolu,
na skraju getta, czyli dzielnicy żydowskiej. Koncerty plenerowe, jak to w lecie
w Rzymie, sama radość. Po plakaty dokumentujące naszą sierpniową działalność koncertową odsyłam na stronę sTREgi – click!
A sam Rzym oczywiście przepiękny, jak zwykle. Tym razem nie miałam zbyt wiele czasu na krajoznawcze włóczenie się po mieście, ponieważ większość godzin dziennych spędzałyśmy pracowicie na ćwiczeniu i przygotowywaniu się do koncertów. Oraz na plotkach, kawie, winie i niekończących się rozmowach o muzyce, życiu, planach, jak to dwie przyjaciółki, które nie widziały się od wielu miesięcy i muszą przecież omowić wiele spraw. Do serca Rzymu urywałyśmy się zatem wieczorami i nocą, kiedy trudno robić zdjęcia, za to dużo łatwiej się oddycha i spaceruje, wśrod tłumu turystów zresztą, jak to w sierpniu... Przy Schodach Hiszpańskich natknęłyśmy się w pewien wieczór na urocze widowisko z okazji Ferragosto: na niedużej scence występowała grupka śpiewaków operowych, prezentując z towarzyszeniem fortepianu najsłynniejsze arie operowe i popularne pieśni włoskie. Śliczne to było, zwłaszcza, że publiczność – mniej lub bardziej przypadkowi turyści w końcu – jeśli tylko byli Włochami to natychmiast wciągali się do śpiewu, radośnie towarzyszyli artystom na scenie i żywiołowo reagowali na każdą pozycję wiwatami i oklaskami. Oni faktycznie mają operę we krwi, nie mówiąc o tym drobnym fakcie, że większość najsłynniejszych oper jest po prostu śpiewana po włosku, więc oni odbierają te arie – dla nas obco brzmiące, napuszone i nobliwe – jak piękne piosenki, z całkiem frywolnymi nierzadko słowami.
Ale też udało mi się wyskoczyć raz w okolice Watykanu,
pochodzić (cieniem! Zawsze się znajdzie jakiś litościwy kawałek cienia) po
okolicy, naładować akumulator liśnieniem rzymskiej architektury. Bazylika św.
Piotra, to obłędne cudo Michała Anioła z kolumnadą Berniniego, sama już
wystarczy za wielką lekcję historii sztuki. A każda kolejna uliczka kryje
fantastyczne detale, drobiazgi, szczegóły, kościoły, fontanny, pałace i ruiny.
Przepych, aż dech zapiera.
Nieodmiennie cieszą mnie też dwa cudne zjawiska w
Rzymie. Po pierwsze: pompy z wodą pitną na ulicach starego Rzymu. W lecie, w
skwarze i zmęczeniu widok takiej pompy zawsze rozjaśni mi twarz uśmiechem;
zawsze mam też przy sobie butelkę na wodę i odświeżam sobie zawartość świeżą,
lodowatą wodą z kolejnych kraników. I popijam spokojnie, wiedząc, że nie
wyschnę na zapałkę pod nieubłaganym sierpniowym słońcem Italii.
A drugi mój rzymski – a właściwie ogólnowłoski – „rozweselacz”
to skutery! Genialny pomysł, czemu ach czemu one się u nas nie mogą przyjąć?
Przejedzie to znacznie szybciej przez korki, nie zrobi w ogóle takich korków
jak samochody, zaparkuje to-to byle gdzie, a przy okazji wdzięczne maleństwo, urocze,
z charakterkiem... Bywają różne oczywiście, bywają i takie krzyczące pieniędzmi
i snobizmem, ale najczęściej to jednak po prostu użytkowy środek lokomocji.
Cudowny.
A można i tak...
I na koniec jeszcze szybka zapowiedź: uwaga, są nowinki na stronie Gai, będziemy w galerii Krakowskiej w najbliższą sobotę, a potem zapraszamy do siebie na kolejny Dzień Otwarty! Więcej szczegółów dopiszę tutaj już niebawem, na razie zapraszam na stronę Gai (click!) i przy okazji pochwalę się, że powstaje także jej angielska wersja, na razie pomalutku tlumaczę i dodaję kolejne strony, więc proszę jeszcze o cierpliwość! Całość pojawi się już niedługo, obiecuję.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz