niedziela, 23 grudnia 2012

Pięknych i roześmianych Świąt!

Wszystkim moim Znajomym i Nieznajomym Czytelnikom życzę cudownych, spokojnych i uśmiechniętych Świąt. Czasu na zabawy z dziećmi, nastroju do kolędowania (przy tle z CD, jeśli ktoś nieśmiały - lub po prostu samemu, solo lub w rodzinnym spontanicznym chórze!), dobrych myśli i optymizmu na przyszły rok. Oraz zdrowia, zdrowia przede wszystkim! Wszystkiemu damy radę, byle tylko zdrowie było.

WESOŁYCH ŚWIĄT!

Kasia i Elfy



środa, 19 grudnia 2012

Paryski szyk



W tym tygodniu w Filharmonii koncert będzie tylko jeden: w piątek. Będzie to także koncert honorujący 150-lecie urodzin Claude’a Debussy’ego, chociaż trudno nie zauważyć, że jubileusz to jakby mało świeży, jako że dokładna data urodzin Debussy’ego przypada na 22 sierpnia (1862 r.) a więc w pełni lata. Krakowska Filharmonia zamyka rok kalendarzowy tegorocznym Jubilatem, ale z drugiej strony jakież to śliczne zakończenie! Więc może przymknijmy oko na poślizgi czasowe i nacieszmy się po prostu Francją z początków i ze środka XX wieku.

Jak zwykle w przypadku kompozytorów znanych i uwielbianych powszechnie nie ma potrzeby pisać tutaj trywializmów i powtarzać fakty wszystkim znane. Jak zwykle – staram się jedynie wyłapywać nieco mniej popularne drobiazgi (chociaż i te będą oczywiste dla fachowców, ale jak już ustaliliśmy – pisuję te przedkoncertowe notatki nie dla nich, a raczej dla „cywilnych” melomanów). Warto zatem może przypomnieć, że Debussy, okrzyknięty już za życia „impresjonistą” (i nazywany tak pełnym głosem po dzień dzisiejszy), sam nie cierpiał tej etykietki. Był szalenie nowatorskim twórcą, szukającym nowych brzmień i kolorów, był rewolucjonistą w wielu aspektach kompozycji; śmiały i otwarty umysł. W jednym ze swoich listów tak komentował niefortunne próby klasyfikacji jego stylu: Próbuję stworzyć ‘coś innego’ – jakieś odbicie rzeczywistości... co niektórzy imbecyle nazywają ‘impresjonizmem’. Pojęcie to jest używane w niewyobrażalnie złym rozumieniu, zwłaszcza przez krytyków, którzy nie wahają się odnieść tego terminu także do J.M.W.Turnera – najdoskonalszego twórcy tajemniczych efektów w świecie sztuki.
Mieliśmy niedawno okazję oglądać część prac Turnera w Muzeum Narodowym w Krakowie, możemy sobie zatem wyobrazić do czego odnosił się Debussy. Z drugiej strony, trudno jest czasem wdawać się w dyskusje znaczeniowe i etymologiczne, zwłaszcza jeśli chodzi o język obcy. Czy „impresjonizm” faktycznie nie pasuje do Debussy’ego? I czy on sam był, z drugiej strony, najlepszym autorytetem w kwestii zdefiniowania swojego stylu?  To zawsze aktualne pytania, jeśli chodzi o artystów i krytyków: wyobrażenia jednych i fachową wiedzę oraz definicje drugich.
Debussy szalenie wysoko cenił sobie także wolność, w szerokim tego słowa rozumieniu, również w odniesieniu do swojej twórczości. Próby jakiejkolwiek kontroli kwitował słowami: „Nic na to nie poradzę! Zbyt jestem przywiązany do mojej wolności, zbyt sobie cenię moje własne pomysły.

Na symfoniczne Images (Obrazy) składają się trzy części, z czego środkowa sama w sobie ma formę tryptyku. Powstały one w różnych latach, początkowo pomyślane jako utwór na dwa fortepiany, ostatecznie złożone w cykl orkiestrowy w 1912 roku.
I. Gigues (1909-1912), oryginalnie zatytułowane Gigues tristes (smutne gigues), zawierają w sobie nutkę nostalgii za Anglią (oraz nawiązanie do angielskiej piosenki ludowej „The Keel Row”)
II. Iberia (1905-1908), szalenie obrazowa i „malarska” część, tryskająca hiszpańskimi kolorami i temperamentem. Jej „podczęści” to:
- Na ulicach i w zaułkach
- Zapachy nocy
- Świąteczny poranek
III. Wiosenne tance w kółku (1905-1909) – wykorzystujące dwie francuskie ludowe piosenki, "Nous n'irons plus au bois" i "Do, do l'enfant do".

Uzupełnieniem iskrzących, wielobarwnych Obrazów Debussy’ego będzie w piątek Gloria Francisa Poulenca, utwór niemal pól wieku młodszy, jednak również bardzo „francuski” w brzmieniu. Styl Poulenca jest jednak – rzecz jasna – zupełnie inny, bardziej może „mozaikowy” od niezwykle spójnego w wyrazie Debussy’ego. Gloria napisana została na zamówienie Koussevitsky Foundation (Fundacji Kusewickich) dla uhonorowania wielkiego rosyjskiego dyrygenta Sergiusza Kusewickiego i jego żony Natalii. Jest to bodaj najbardziej znane dzieło Poulenca (chociaż my, muzycy grający na instrumentach dętych znamy go i kochamy zwłaszcza za prześliczne sonaty: na klarnet, na flet, na obój...), przeznaczone na sopran solo, chór i orkiestrę. Tekst rzymsko-katolickiego hymnu Gloria jest zapewne znany większości słuchaczy; jeśli nie z coniedzielnych mszy to chociażby ze słyszenia kiedyś w życiu, w kościele lub na koncercie („Chwała na wysokości Bogu a na ziemi pokój ludziom dobrej woli...”). Dla wygody podaję jednak tutaj tekst w oryginalnej wersji łacińskiej (tak jak użył go Poulenc), ponieważ ja sama lubię mieć świadomość dokładnego znaczenia słów wykorzystanych przez kompozytora, a nie zawsze da się je wysłyszeć w śpiewie (zwłaszcza jeśli się nie zna łacińskiego oryginału na pamięć). Poulenc rozbił tekst na sześć części, wydzielę je poniżej w tekście grubszą czcionką. Dodam jeszcze tylko bardzo prywatnie, że wszyscy klarneciści na sali (ci w orkiestrze i ci na widowni) będą czekali niecierpliwie na piątą część, z solo sopranu. Tę cudowną, anielską muzykę kompozytor wykorzystał potem w Sonacie na klarnet, w pierwszej i drugiej części, a delikatne arabeski klarnetu pojawiające się tutaj jako króciutkie muzyczne duszki, tam nabierają śmiałości i rozwijają się w całe pajęczyny melodii. Kto nie zna Sonaty Poulenca na klarnet niech sobie jej posłucha po koncercie na deser, to będzie bardzo dobre kameralne uzupełnienie francuskiego wieczoru.

I.  Glória in excélsis Deo
et in terra pax homínibus bonae voluntátis.
II.  Laudámus te,
benedícimus te,
adorámus te,
glorificámus te,
grátias ágimus tibi propter magnam glóriam tuam,
III.  Dómine Deus, Rex cæléstis,
Deus Pater omnípotens.
IV.  Dómine Fili Unigénite, Iesu Christe,
V.  Dómine Deus, Agnus Dei, Fílius Patris,
qui tollis peccáta mundi, miserére nobis;
qui tollis peccáta mundi, súscipe deprecatiónem nostram.
VI.  Qui sedes ad déxteram Patris, miserére nobis.
Quóniam tu solus Sanctus, tu solus Dóminus, tu solus Altíssimus,
Iesu Christe, cum Sancto Spíritu: in glória Dei Patris. Amen.


fot.: A.Valier

wtorek, 11 grudnia 2012

Klasycy romantyzmu. Chopin i Schubert.



Koncerty fortepianowe Fryderyka Chopina są bodaj najsłynniejszymi koncertami fortepianowymi na świecie; a już na pewno w Polsce. Pomijając Konkursy Chopinowskie, grywa się je i odtwarza z nagrań często, słyszy się Chopina w radiu, w tle filmów i reklam telewizyjnych, w wytwornych sklepach i przy romantycznych kolacjach. A Chopin to wszystko wytrzymuje i nie „tanieje”, niezmiennie zachwyca i nie traci na klasie. „Panowie, czapki z głów – to geniusz”, jak napisał kiedyś o nim Robert Schumann. To naprawdę geniusz. Amen. 

Ale też w związku z tym tak wiele już powiedziano i napisano o obu koncertach fortepianowych Chopina, że nie będę tutaj jednak wyważała otwartych muzykologicznych drzwi. Może tylko przypomnę kilka mniej popularnych ciekawostek z okolic powstania obu kompozycji, jako że powstały niemal jednocześnie, między 1829 a 1830 rokiem, w „sąsiednich” tonacjach, e-moll i f-moll. Prawykonanie Koncertu e-moll miało miejsce w Warszawie, 11 października 1830 roku a tuż zaraz – jak pamiętamy – w listopadzie tego roku wybuchło Powstanie Listopadowe. Chopina w czasie Powstania nie było już w kraju, wyjechał najpierw do Wiednia, potem dalej do Paryża, lecz w związku z Powstaniem nie wrócił już do Polski i został – na zawsze – na emigracji. Oba jego koncerty nie mają jednak w sobie dramatyzmu przedpowstaniowych dni, są raczej, jak mawiają historycy, ostatnimi porywami popularnego wówczas muzycznego stylu brillant (błyskotliwego, efektownego, lekko sentymentalnego...). Młodziutki, dwudziestoletni Chopin był świadomy nastrojów politycznych w Polsce, ale za bardzo skupiony był na swojej muzyce, żeby brać czynny udział w przygotowaniach do walk, czy też potem – w samym Powstaniu.
O drugiej części swojego Koncertu pisał do przyjaciela Tytusa Woyciechowskiego: „Jest to jakieś dumanie w piękny czas wiosnowy, ale przy księżycu”. Na pewno dumał niemało i on sam, zauroczony w owym czasie śliczną młodą śpiewaczką Konstancją Gładkowską, przeżywający typowe młodzieńcze rozterki i dylematy uczuciowe. 2 listopada wyjechał na zawsze z Polski, z wierszykiem od Konstancji w sztambuchu:

„Ażeby wieniec sławy w niezwiędły zamienić,
Rzucasz lubych przyjaciół i rodzinę drogą.
Mogą Cię obcy lepiej nagrodzić, ocenić,
Lecz od nas kochać mocniej pewno Cię nie mogą.”

W jakiś czas później Chopin dopisał pod spodem lakonicznie: „Mogą.”


VIII Symfonia h-moll Franza Schuberta, zwana Niedokończoną dorównuje niesłabnącą popularnością kompozycjom Chopina. I znowu, przyczyna jest prosta: to dzieło geniusza, po prostu, majstersztyk... Swą potoczną nazwę zawdzięcza zachowanej formie – dwuczęściowej, podczas gdy wszystkie tradycyjne symfonie z tamtych czasów miały, jak Pan Bog przykazał, cztery uczciwe części. A tu – dwie. Nie wiadomo do końca dlaczego tak się stało, skoro istnieją zachowane szkice trzeciej części (Scherza), mówi się, że ostatnia, czwarta część powstała tylko zaginęła, jeszcze inni twierdzą, że Schubert myślał właśnie o finale VIII Symfonii kiedy komponował Entr’act h-moll z Rosamundy (muzyki do sztuki teatralnej „Rosamunda, księżniczka Cypru”). Wykonuje się zatem Symfonię w różnych wariacjach: od dwuczęściowej (zachowanej „oficjalnie”), przez trzyczęściową, ze zrekonstruowanym i zinstrumentalizowanym Scherzo, oraz czteroczęściową. Pełen wachlarz opcji... Niemniej, nawet w dwuczęściowej wersji minimum jest Niedokończona skończonym arcydziełem. Uważa się ją za pierwszą prawdziwie romantyczną symfonię Schuberta, powstała ona zresztą w 1822 roku (nieco wcześniej od Koncertu e-moll Chopina) a kompozytor w momencie jej tworzenia miał 25 lat. Obaj notabene – Chopin i Schubert – zmarli młodo, Chopin dożył 39 lat, a Schubert zaledwie 31, pierwszy zmarł na gruźlicę, drugi na syfilis. Niełatwe to były czasy dla kompozytorów... 
Symfonia Niedokończona zachwyca rozmachem harmonii, pięknym rysunkiem melodii (uśmiechnijmy się słysząc „temat ze Smerfów” w pierwszej części! Tak, tak, Schubert dostał się także i do tej kreskówki, ilustrując dramaty niebieskich łebków), mistrzostwem kolorów instrumentacji. Schubert jakby bawił się ze smakiem orkiestrą i jej instrumentami, kształtuje dźwięki jak plastyczną masę, gra nam wprost na sercach. To będzie koncert geniuszów, cóż można więcej powiedzieć. Taki na długie suknie i fraki. I wytworną romantyczną kolację po nim. Polecam! 


fot.: Alvise Valier

wtorek, 4 grudnia 2012

Francuska elegancja i polskie sentymenty



Właściwie nie powinnam już chyba w ogóle rozpatrywać kwestii „Iść czy nie iść na koncert w tym tygodniu”, bo wyjdzie mi ciągle ta sama, powtarzająca się mantra: „Oczywiście, że iść... Oczywiście, że iść...” Rzecz będę zatem stawiała inaczej, a mianowicie DLACZEGO warto iść w tym tygodniu do Filharmonii i jakie smaki nas tam czekają. I czasami będę w stanie napisać więcej na ten temat, czasami mniej (życie i obowiązki bywają okrutne dla planu dnia i najlepsze chęci literackie czasami po prostu umierają w prozie codzienności). Tym razem będzie chyba mniej, za to, postaram się, nie mniej celnie. 

Na co więc idziemy w tym tygodniu? Idziemy więc posłuchać dzieł dwóch kompozytorów, Francuza Gabriela Fauré i Polaka, krakowianina zresztą! – Jerzego Gablenza. Zacznijmy zatem od naszego rodaka, którego nazwisko jest prawie zupełnie nieznane melomanom. Konia z rzędem temu, kto wymieni chociaż trzy jego utwory! Żył dosyć krótko, zaledwie 49 lat, na przełomie XIX i XX wieku, zginął w 1937 roku w katastrofie lotniczej pod Warszawą. Całe życie borykał się właściwie z problemem jakże bliskim naszym czasom, czyli z koniecznością wyboru między sztuką, komponowaniem, do czego rwało mu się serce, a twardymi realiami życia i utrzymania rodziny, co zapewniała mu nieduża fabryczka odziedziczona po ojcu. Czas spędzony w biurze fabryki był czasem wyrwanym muzyce i Gablenz często ubolewał nad tą sytuacją. W 1928 roku w ogóle był zmuszony porzucić pisanie na osiem długich lat, o czym pisał w jednym ze swoich listów: „...wieczorem nie mogę się do niczego zabrać, coś mi się stało, że się tak obijam bez żadnego zajęcia. Przypuszczam, że to jest to, że ciągle myślę tylko o tym, czy będziemy w możności doprowadzić do końca tę nieszczęsną budowę. Czasami siądę do fortepianu, ale nawet bez zamiaru komponowania, bo nie idzie mi zupełnie, zdaje się, że wskutek forsownej roboty we fabryce...”. Ciekawe, jak bliskie są te same dylematy wielu naszym współczesnym twórcom: tworzenie i poświęcenie się sztuce, wyższym ideom i pięknu a prozaiczny problem zarobienia pieniędzy i utrzymania rodziny. Niewielu udaje się to z sukcesem połączyć... Warto jednak zauważyć właśnie tych, którzy mimo wszystko nie poddają się – jak Gablenz, który wrócił do komponowania, z uporem dyktowanym potrzebą wrażliwego ducha. Warto docenić ich walkę o zapewnienie godnego bytu rodzinie i jednocześnie ich talent, który mimo że często zaniedbywany, nie daje o sobie zapomnieć. 

Pielgrzym, którego usłyszymy w tym tygodniu to utwór dosyć wczesny, z 1923 roku. Poemat symfoniczny na dużą orkiestrę, w stylu właściwie jeszcze polsko-romantycznym, który znamy może z niektórych dzieł Fitelberga, Żeleńskiego, może nawet wczesnego Karłowicza. Prawie zupełnie nieznany, jak większość dzieł Gablenza. Ja sama – przyznaję – niewiele wiem zarówno o kompozytorze jak i o jego kompozycjach. Ale fragment Pielgrzyma do jakiego udało mi się dotrzeć i posłuchać brzmi bardzo obiecująco, naprawdę nie mamy się czego wstydzić jako Polacy i krakowianie. Szkoda, że tak mało słyszy się o tym kompozytorze, ale może to się właśnie zmienia? Oby! Z przyjemnością byłabym dumna z kolejnego krakowskiego artysty.

Drugiego z kompozytorów nie trzeba bardzo przedstawiać, bo Gabriel Fauré jest znany na świecie, zresztą głównie za przyczyną utworu, który w tym tygodniu usłyszymy, czyli Requiem d-moll na orkiestrę, chór i dwójkę solistów. Anthony Payne, krytyk z „The Independent”  w jednej ze swoich recenzji przywołuje ciekawe określenie na tę kompozycję: „słodka kołysanka śmierci”, co bardzo dobrze oddaje jej nastrój. Bardzo „francuska” w stylu, delikatna i impresyjna, muzyka Fauré nie wybucha operowym dramatem Verdiego, nie kryje głębi Mozarta ani ciemnych, mięsistych kolorów Brahmsa. A jednak Fauré wzrusza nie mniej od innych i łapie za serce zwłaszcza solowymi ariami w środkowej części, Hostias, Pie Jesu i Libera me. Ta missa pro de functis należy już do światowego kanonu gatunku i można ją znaleźć w wielu wykonaniach na płytach CD. Ale zawsze warto wypatrzeć wykonanie na żywo, to jeden z tych utworów, którym się człowiek poddaje bez trudu, utwór otulający uszy po prostu piękną, intymną  muzyką. Jakby kompozytor mówił nam do ucha. Po francusku w dodatku (tekst mszy jest śpiewany, oczywiście, po łacinie, ale sama muzyka jest bardzo „francuska”. Jak język francuski, stworzony po prostu do poezji miłosnej i miękkich szeptów do ucha).

Nieco mniej znany, chociaż również dosyć popularny, jest drugi utwór Fauré, który będzie otwierał piątkowy i sobotni koncert. Czteroczęściowa suita Peleas i Melizanda powstała w 1901 roku jako „streszczenie” muzyki teatralnej, jak to powiedzielibyśmy dzisiaj, napisanej przez Fauré do sztuki Maeterlincka pod tym samym tytułem. Sam dramat opowiada historię nieszczęśliwej – oczywiście, oczywiście! – miłości Melizandy (poślubionej nieopatrznie królowi Golaudowi) i Peleasa, brata niefortunnego małżonka. Nie wnikając w zawiłości sztuki, powinniśmy jedynie pamiętać, że miłość tytułowych bohaterów była, rzecz jasna, od początku skazana na cierpienie i że ostatecznie, jak można się domyślić, oboje giną (Peleas z ręki słusznie zazdrosnego brata, Melizanda wprawdzie także zraniona przez małżonka, lecz ostatecznie umiera z... melancholii i braku chęci do życia). Cztery części suity są jak cztery obrazy ilustrujące historię dwojga kochanków. Pierwsze Preludium w ciasnych i splatanych liniach ukazuje Melizandę, jej introwertyczny i melancholijny charakter, pierwsze spotkanie w lesie z przyszłym mężem, Golaudem. Po nim następuje Kołowrotek, młoda żona jako prząśniczka plecie nić delikatnej melodii oboju. Siciliana to sielski obraz ulotnej i słodkiej, acz nadal podszytej lekką melancholią chwili szczęścia Peleasa i Melizandy (niezwykle popularna melodia, oderwana często z suity i wykonywana w różnych aranżacjach). Suitę zamyka Śmierć Melizandy

Jakoś zawsze przy okazji czytania ciekawostek o utworach, stylach i gatunkach interesują mnie także po prostu kompozytorzy i ich życie, zwyczajne ludzkie życie. Zawsze lubię ich sobie wyobrażać i lubię wiedzieć jakimi byli ludźmi. To bardzo potem przebija w muzyce, jaką piszą; jestem zwolennikiem teorii, że osobowość kompozytora i codzienne jego życie mają wielki wpływ na utwory, jakie tworzy. W przypadku Fauré bawi mnie zaś zwłaszcza informacja, że był… niepoprawnym kobieciarzem. Szczęśliwie (no, a w każdym razie długo i tylko raz) żonaty, z Marie Fremiet, córką słynnego rzeźbiarza, nie odmawiał sobie bynajmniej wielu (naprawdę wielu!) romansów i erotycznych epizodów, bardziej lub mniej umiejetnie ukrywanych przed światem i żoną. Powodzenie u płci przeciwnej, urok osobisty i francuski wdzięk, a do tego wspaniały talent muzyczny, otwarty umysł i ciekawość życia– czy można nie pokochać od razu takiego łobuza? Mnie się jakoś bardzo dobrze o nim myśli, bardzo dobrze mi się słucha jego utworów. Czy to dlatego, ze jestem kobietą?... Hmmm. Oj, Gabriel, fachowiec z Ciebie, doprawdy!

A w Krakowie już piękna zima! (fot. Ryszard Marczak)

wtorek, 27 listopada 2012

Przyjęcie z frywolną nutą. Strauss i Sibelius w urodzinowym prezencie. Znowu warto!



Ciekawa jestem czy ktoś z Państwa wie co będziemy świętować w tym tygodniu koncertami w Filharmonii? Niby jest to napisane w programie i na afiszach, ale powiedzmy to sobie jasno i z dumą: otóż najbliższe koncerty (piątkowy i sobotni) są formą prezentu urodzinowego na setne – setne! – urodziny znakomitego krakowskiego chemika, profesora Adama Bielańskiego. Moja ciocia chodziła do niego na wykłady na studiach! Urodziny Profesora przypadają wprawdzie dokładnie 14 grudnia, ale jesteśmy wystarczająco blisko tej daty, żeby zrobić już piękną muzyczną uwerturę świętowania. Nasza Filharmonia włącza się zaś w tę uroczystość dlatego, że Profesor oprócz chemii ma także wiele innych pasji w życiu, a jedną z nich jest muzyka. I od wielu już lat Profesor Bielański jest stałym abonamentowiczem koncertów w Filharmonii, gdzie zasiada co tydzień na balkonie (proszę dyskretnie zastrzyc oczami, może się ujawni?...). „Profesor profesorów”, jak go nazywają studenci, autor wielu podręczników, człowiek o jasnym umyśle i znakomitej kondycji, którą zawdzięcza, jak sam mówi, aktywności fizycznej i regularnym pieszym spacerom. Oraz muzyce, ja bym dodała od siebie! Na pewno!

Zajrzyjmy zatem do programu, co też nasza Filahrmonia przygotowała dla Pana Profesora na przyjęcie urodzinowe? No, trzeba powiedzieć, że repertuar świetny i bardzo zachęcający. A więc, po pierwsze – Jean Sibelius. Kompozytor fiński, chociaż pochodzenia szwedzkiego. Jest uznawany za twórcę „muzyki fińskiej”, czerpał w swojej muzyce pełnymi garściami z fińskiego folkloru, z poezji i literatury. Żył długo (i, notabene, szczęśliwie, z żoną i pięcioma córkami) w niedużym domu na wsi, w Järvenpää, nad jeziorem Tuusula. Swój jedyny koncert skrzypcowy skomponował w 1904 roku i początkowo zadedykował go słynnemu skrzypkowi Willy’emu Burmesterowi. Ten jednak nie mógł wykonać premiery utworu, która zresztą okazała się kompletną klapą. Solistą był wówczas Victor Novacek, nauczyciel skrzypiec z konserwatorium w Helsinkach. Będąc niezbyt błyskotliwym skrzypkiem, dostał na dodatek nuty w ostatniej chwili (Sibelius z trudem uporał się z ukończeniem Koncertu na czas) i... wszystko się koncertowo posypało. Prawdopodobnie także z powodu tej pechowej premiery Sibelius poddał następnie utwór poważnym przeróbkom i to, co słyszymy dzisiaj jest już znacznie poprawioną wersją koncertu skrzypcowego d-moll. Co nie znaczy wcale, że łatwiejszą... Wściekle wirtuozowski utwór zachwyca jednak misternie prowadzonymi liniami i fantastycznymi partiami zarówno solisty jak i orkiestry. W każdym, najbardziej karkołomnym pasażu, jest tam czysta muzyka, piękno dalekiej mroźnej Północy i niesłychane bogactwo emocji.
Premierę nowej wersji Koncertu poprowadził zaś w Berlinie w 1905 roku nie kto inny jak – Ryszard Strauss! Notabene Burmester znowu okazał się nieosiągalny na zaplanowany koncert, więc partię solową przejął koncertmistrz berlińskiej orkiestry, Karel Halíř. Burmester zaś tym razem obraził się już na śmierć i życie (primadonny to nie tylko śpiewaczki, oj nie...) i zapowiedział, że nigdy w życiu już tego koncertu nie zagra. Czym prawdopodobnie zrobił jedynie sobie największą krzywdę, pozbawiając się tak genialnego utworu w repertuarze... Sibelius ostatecznie zadedykował Koncert młodemu węgierskiemu skrzypkowi Ferencowi von Vecsey. 

My wracamy zaś do dyrygenta berlińskiej premiery, który jest naszym drugim (a raczej trzecim, po prof. Bielańskim i Sibeliusie) bohaterem wieczoru: Strauss. Ryszard Strauss (proszę nie mylić z nie mniej słynną rodziną Straussów „rozrywkowych”, tych od walców popularnych głównie w okolicach Sylwestra i Nowego Roku, z którymi to Straussami zresztą nie miał on żadnych powiązań rodzinnych). Styl muzyczny Ryszarda daleki jest od leciutkich walczyków i polek. Strauss „poważny” pisał głównie cudowne opery i poematy symfoniczne, a jego język jest – w dużym skrócie – taki właśnie: bardzo ekspresyjny, plastyczny, bogaty w brzmienia i ciekawe harmonie. Czasami jeszcze ciągle ludzie podchodzą do jego utworów z rezerwą, bojąc się późnoromantycznych współbrzmień i skomplikowanej narracji. Nie trzeba się bać! Narracja Straussa wyrasta właśnie z myślenia operowego, z pracy nad emocjami i ekspresją, trzeba mu się po prostu poddać i zaufać, bo pisał muzykę przepiękną i bardzo „ludzką”, pisał o człowieku i dla niego. Swoją drogą ciekawe to, że tak genialny kompozytor... nigdy nie studiował kompozycji per se (co zresztą wcale nie jest tak unikalnym zjawiskiem w świecie muzycznym). Był synem muzyka, waltornisty dworskiej orkiestry w Monachium. Słyszał od początku życia grającego ojca (co zresztą zaowocowało jego szczególną słabością do waltorni, na którą napisał kilka przepięknych utworów) i otoczony był muzyką „od zawsze”. Ale na Uniwersytecie w Monachium studiował filozofię i historię sztuki. Muzyka była już w nim tak czy inaczej...
Z oper Straussa wiele zostało na stałe w repertuarze teatrów całego świata, ale dwie z nich na pewno mają szczególne miejsce w historii muzyki. To „Salome” i „Kawaler srebrnej róży”. I fragmenty tych właśnie oper usłyszymy w tym tygodniu. 

Salome. Hmmmm... tu właśnie pojawia się pierwszy element „frywolny” wieczoru. Ale zacznijmy troszkę od samej opery. Oparta na historii biblijnej, a bardziej bezposrednio na sztuce Oskara Wilde’a pod tym samym tytułem, opowiada historię Salome z dynastii herodiańskiej. Wnuczka Heroda Wielkiego, córka Herodiady i Heroda III, pasierbica Heroda Antypasa... (iluż było Herodów w tamtych czasach, o bogowie! Doprawdy można się pogubić...) stała się także Salome przyczyną śmierci Jana Chrzciciela, który otwarcie potępiał związek jej matki Herodiady i Antypasa. Oto na przyjęciu u Heroda (Heroda A., jednak trzeba ich jednak oznaczać... To nie ten z jasełek!) Salome w pewnym momencie daje się – z trudem! - namówić na taniec dla gospodarza. Ten obiecuje jej w zamian wszystko, o cokolwiek poprosi, choćby i pół królestwa. Ryzykowny układ. Salome tańczy przed Herodem, tańczy słynny „taniec siedmiu welonów” (w polskim języku najczęściej tłumaczony jako „taniec siedmiu zasłon”). I tu powiedzmy to otwarcie: jest to po prostu strip-tease, niezwykle erotyczny taniec oparty na zrzucaniu kolejnych – siedmiu – sztuk odzieży. Na koniec, za podszeptem matki, Salome prosi o głowę Jana Chrzciciela jako nagrodę. Dostaje ją i w kulminacyjnej scenie opery namiętnie całuje martwe usta proroka. Zbulwersowany Herod A. nakazuje ją zabić.
W założeniu, w operze Salome faktycznie miała „zatańczyć strip-tease”. Zgodnie z ideą Straussa śpiewaczka miała zrzucać kolejne części stroju i na końcu paść do nóg Heroda naga. Oczywiście różnie to potem bywało, niektóre śpiewaczki odważały się na takie poświęcenie dla sztuki, inne stosowały bezpieczne beżowe trykoty imitujące nagie ciało, jeszcze inne w ogóle oddawały sekwencję tańca w ręce (a raczej nogi) dublerki-tancerki. Jakakolwiek by nie była jego inscenizacja, taniec Salome jest przepięknym instrumentalnym fragmentem opery, gdzie orientalne motywy łączą się z niezwykle mroczną, ale i gorącą oraz – co tu dużo mówić – szalenie uwodzicielską muzyką. Ten taniec po prostu kipi erotyzmem. 

Sama zaś idea „tańca siedmiu welonów” jest jeszcze starsza niż biblijna opowieść o Salome i Janie Chrzcicielu. Jest podobno stara legenda asyryjsko-babilońska o dwóch siostrach-boginiach. Jedna z nich, bogini płodności Ishtar (Astarte) chciała odwiedzić swoją siostrę w czeluściach Podziemia. Musiała po drodze pokonać siedem bram, przy których w każdej musiała zostawić jedną część odzieży. Za ostatnią stanęła już naga. Uwięziona następnie, cierpiąca, szykanowana, w końcu zdołała się uwolnić i wracając – przy kazdej z bram odzyskiwała kolejną sztukę ubrania. Odwrócenie strip-teasu, odczarowanie... 

Po części problemy erotyczne są także tematem drugiej interesującej nas dziś opery Straussa, ukończonej w 1911 roku, „Kawalera srebrnej róży” („Rosenkavalier” w oryginale). To z kolei opera komiczna, opisujące perypetie czwórki bohaterów. Mamy tu zatem arystokratkę Marschallin i jej młodszego kochanka hrabiego Octaviana Rofrano. Obok nich stają zaś: kuzyn Marschallin - baron Ochs (w niemieckim znaczy to po prostu „wół”...) oraz jego młoda i piękna narzeczona Sophie von Faninal. Jak się można domyśleć, Octavian i Sophie zakochują się w sobie, porzucając bez skrupułów dotychczasowych partnerów. Fabuła niby banalna (i jakże bardzo ludzka...) ale też, przy całej komediowości, podszyta nutą refleksji nad przemijaniem życia, niestałością męską i goryczą starzejącej się Marschallin. Muzycznie, „Kawaler srebrnej róży” to znowu kolejny mistrzowski popis talentu Straussa. Słynne trio sopranów z końca opery należy do najpiękniejszych w historii opery. Notabene, warto tu zwrócić uwagę, że partię kawalera Octaviana wykonuje mezzosopran, a więc kobieta. Podkreśla to jeszcze bardziej „młodzieńczość” i „świeżość” kochanka, oraz przepaść między nim a dojrzałą Marschallin.

My zaś będziemy mieli okazję wysłuchać suity z tej opery. Po wielkim sukcesie dzieła Strauss dał się namówić na stworzenie jego mini-wersji koncertowej, w postaci suity. Zrobił to zresztą z pomocą polskiego dyrygenta, Artura Rodzińskiego, w 1944 roku. W tej uroczej suicie słyszymy faktycznie wszystkie postaci opery: rozpoczyna ją – ekhem... – zmysłowa noc Marschallin i Octaviana, z jakże sugestywnymi waltorniami. Nastepnie pojawia się sam Octavian, piękny i młody, tak piękny, że Marschallin zdaje właśnie sobie sprawę iż pojawienie się młodszej rywalki to tylko kwestia czasu. I faktycznie, zaraz słyszymy miłosny duet Octaviana i Sophie (obój i waltornia), przerwany niezgrabnym wejściem barona Ochsa. Skrzypce wprowadzają walc, uroczy, ale niespokojny, zaburzony co jakiś czas. Chwila smutnej refleksji Marschallin nad przemijaniem i okrucieństwem młodości – i już zmierzamy do końca, z kolejnym ekstatycznym, szalonym walcem. I kończy się nasze przyjęcie istnymi dźwiękowymi fajerwerkami, powinno się właśnie wtedy otworzyć szampana na cześć Jubilata! Brawa, wiwaty, uśmiechy i kwiaty.
Wszystkiego najlepszego, Panie Profesorze! 




PS. Acha, no właśnie, jest jeszcze dopisek-ciekawostka. Czy wiecie Państwo gdzie mieszkał przez większość swojego życia Ryszard Strauss? Otóż w Garmisch-Partenkirchen! Ha. My, współcześni, znamy to miasteczko głównie dzięki Małyszowi i nartom. To też dobrze, ale warto też wiedzieć, że długo przed Małyszem żył tam jeden z najgenialniejszych kompozytorów przełomu XIX i XX wieku.  I chyba w sumie wolę, zeby mi się Garmisch-Partenkirchen tak właśnie kojarzyło...