Ciekawa jestem czy
ktoś z Państwa wie co będziemy świętować w tym tygodniu koncertami w
Filharmonii? Niby jest to napisane w programie i na afiszach, ale powiedzmy to
sobie jasno i z dumą: otóż najbliższe koncerty (piątkowy i sobotni) są formą
prezentu urodzinowego na setne – setne! – urodziny znakomitego krakowskiego
chemika, profesora Adama Bielańskiego. Moja ciocia chodziła do niego na wykłady
na studiach! Urodziny Profesora przypadają wprawdzie dokładnie 14 grudnia, ale jesteśmy
wystarczająco blisko tej daty, żeby zrobić już piękną muzyczną uwerturę
świętowania. Nasza Filharmonia włącza się zaś w tę uroczystość dlatego, że
Profesor oprócz chemii ma także wiele innych pasji w życiu, a jedną z nich jest
muzyka. I od wielu już lat Profesor Bielański jest stałym abonamentowiczem
koncertów w Filharmonii, gdzie zasiada co tydzień na balkonie (proszę
dyskretnie zastrzyc oczami, może się ujawni?...). „Profesor profesorów”, jak go
nazywają studenci, autor wielu podręczników, człowiek o jasnym umyśle i
znakomitej kondycji, którą zawdzięcza, jak sam mówi, aktywności fizycznej i regularnym
pieszym spacerom. Oraz muzyce, ja bym dodała od siebie! Na pewno!
Zajrzyjmy zatem
do programu, co też nasza Filahrmonia przygotowała dla Pana Profesora na
przyjęcie urodzinowe? No, trzeba powiedzieć, że repertuar świetny i bardzo
zachęcający. A więc, po pierwsze – Jean Sibelius. Kompozytor fiński, chociaż
pochodzenia szwedzkiego. Jest uznawany za twórcę „muzyki fińskiej”, czerpał w
swojej muzyce pełnymi garściami z fińskiego folkloru, z poezji i literatury. Żył
długo (i, notabene, szczęśliwie, z żoną i pięcioma córkami) w niedużym domu na
wsi, w Järvenpää, nad jeziorem Tuusula. Swój jedyny koncert skrzypcowy
skomponował w 1904 roku i początkowo zadedykował go słynnemu skrzypkowi Willy’emu
Burmesterowi. Ten jednak nie mógł wykonać premiery utworu, która zresztą okazała
się kompletną klapą. Solistą był wówczas Victor Novacek, nauczyciel skrzypiec z
konserwatorium w Helsinkach. Będąc niezbyt błyskotliwym skrzypkiem, dostał na
dodatek nuty w ostatniej chwili (Sibelius z trudem uporał się z ukończeniem Koncertu
na czas) i... wszystko się koncertowo posypało. Prawdopodobnie także z powodu tej
pechowej premiery Sibelius poddał następnie utwór poważnym przeróbkom i to, co
słyszymy dzisiaj jest już znacznie poprawioną wersją koncertu skrzypcowego
d-moll. Co nie znaczy wcale, że łatwiejszą... Wściekle wirtuozowski utwór
zachwyca jednak misternie prowadzonymi liniami i fantastycznymi partiami
zarówno solisty jak i orkiestry. W każdym, najbardziej karkołomnym pasażu, jest
tam czysta muzyka, piękno dalekiej mroźnej Północy i niesłychane bogactwo
emocji.
Premierę nowej
wersji Koncertu poprowadził zaś w Berlinie w 1905 roku nie kto inny jak –
Ryszard Strauss! Notabene Burmester znowu okazał się nieosiągalny na
zaplanowany koncert, więc partię solową przejął koncertmistrz berlińskiej orkiestry,
Karel Halíř. Burmester zaś tym razem obraził się już na śmierć i życie (primadonny
to nie tylko śpiewaczki, oj nie...) i zapowiedział, że nigdy w życiu już tego
koncertu nie zagra. Czym prawdopodobnie zrobił jedynie sobie największą
krzywdę, pozbawiając się tak genialnego utworu w repertuarze... Sibelius
ostatecznie zadedykował Koncert młodemu węgierskiemu skrzypkowi Ferencowi von
Vecsey.
My wracamy zaś do
dyrygenta berlińskiej premiery, który jest naszym drugim (a raczej trzecim, po
prof. Bielańskim i Sibeliusie) bohaterem wieczoru: Strauss. Ryszard Strauss
(proszę nie mylić z nie mniej słynną rodziną Straussów „rozrywkowych”, tych od
walców popularnych głównie w okolicach Sylwestra i Nowego Roku, z którymi to
Straussami zresztą nie miał on żadnych powiązań rodzinnych). Styl muzyczny
Ryszarda daleki jest od leciutkich walczyków i polek. Strauss „poważny” pisał
głównie cudowne opery i poematy symfoniczne, a jego język jest – w dużym
skrócie – taki właśnie: bardzo ekspresyjny, plastyczny, bogaty w brzmienia i
ciekawe harmonie. Czasami jeszcze ciągle ludzie podchodzą do jego utworów z
rezerwą, bojąc się późnoromantycznych współbrzmień i skomplikowanej narracji.
Nie trzeba się bać! Narracja Straussa wyrasta właśnie z myślenia operowego, z
pracy nad emocjami i ekspresją, trzeba mu się po prostu poddać i zaufać, bo
pisał muzykę przepiękną i bardzo „ludzką”, pisał o człowieku i dla niego. Swoją
drogą ciekawe to, że tak genialny kompozytor... nigdy nie studiował kompozycji
per se (co zresztą wcale nie jest tak unikalnym zjawiskiem w świecie
muzycznym). Był synem muzyka, waltornisty dworskiej orkiestry w Monachium. Słyszał
od początku życia grającego ojca (co zresztą zaowocowało jego szczególną
słabością do waltorni, na którą napisał kilka przepięknych utworów) i otoczony
był muzyką „od zawsze”. Ale na Uniwersytecie w Monachium studiował filozofię i
historię sztuki. Muzyka była już w nim tak czy inaczej...
Z oper Straussa
wiele zostało na stałe w repertuarze teatrów całego świata, ale dwie z nich na
pewno mają szczególne miejsce w historii muzyki. To „Salome” i „Kawaler
srebrnej róży”. I fragmenty tych właśnie oper usłyszymy w tym tygodniu.
Salome. Hmmmm...
tu właśnie pojawia się pierwszy element „frywolny” wieczoru. Ale zacznijmy
troszkę od samej opery. Oparta na historii biblijnej, a bardziej bezposrednio
na sztuce Oskara Wilde’a pod tym samym tytułem, opowiada historię Salome z
dynastii herodiańskiej. Wnuczka Heroda Wielkiego, córka Herodiady i Heroda III,
pasierbica Heroda Antypasa... (iluż było Herodów w tamtych czasach, o bogowie!
Doprawdy można się pogubić...) stała się także Salome przyczyną śmierci Jana Chrzciciela,
który otwarcie potępiał związek jej matki Herodiady i Antypasa. Oto na
przyjęciu u Heroda (Heroda A., jednak trzeba ich jednak oznaczać... To nie ten
z jasełek!) Salome w pewnym momencie daje się – z trudem! - namówić na taniec
dla gospodarza. Ten obiecuje jej w zamian wszystko, o cokolwiek poprosi, choćby
i pół królestwa. Ryzykowny układ. Salome tańczy przed Herodem, tańczy słynny „taniec
siedmiu welonów” (w polskim języku najczęściej tłumaczony jako „taniec siedmiu
zasłon”). I tu powiedzmy to otwarcie: jest to po prostu strip-tease, niezwykle
erotyczny taniec oparty na zrzucaniu kolejnych – siedmiu – sztuk odzieży. Na
koniec, za podszeptem matki, Salome prosi o głowę Jana Chrzciciela jako nagrodę.
Dostaje ją i w kulminacyjnej scenie opery namiętnie całuje martwe usta proroka.
Zbulwersowany Herod A. nakazuje ją zabić.
W założeniu, w
operze Salome faktycznie miała „zatańczyć strip-tease”. Zgodnie z ideą Straussa
śpiewaczka miała zrzucać kolejne części stroju i na końcu paść do nóg Heroda
naga. Oczywiście różnie to potem bywało, niektóre śpiewaczki odważały się na
takie poświęcenie dla sztuki, inne stosowały bezpieczne beżowe trykoty
imitujące nagie ciało, jeszcze inne w ogóle oddawały sekwencję tańca w ręce (a
raczej nogi) dublerki-tancerki. Jakakolwiek by nie była jego inscenizacja, taniec
Salome jest przepięknym instrumentalnym fragmentem opery, gdzie orientalne
motywy łączą się z niezwykle mroczną, ale i gorącą oraz – co tu dużo mówić – szalenie
uwodzicielską muzyką. Ten taniec po prostu kipi erotyzmem.
Sama zaś idea „tańca
siedmiu welonów” jest jeszcze starsza niż biblijna opowieść o Salome i Janie
Chrzcicielu. Jest podobno stara legenda asyryjsko-babilońska o dwóch
siostrach-boginiach. Jedna z nich, bogini płodności Ishtar (Astarte) chciała
odwiedzić swoją siostrę w czeluściach Podziemia. Musiała po drodze pokonać
siedem bram, przy których w każdej musiała zostawić jedną część odzieży. Za
ostatnią stanęła już naga. Uwięziona następnie, cierpiąca, szykanowana, w końcu
zdołała się uwolnić i wracając – przy kazdej z bram odzyskiwała kolejną sztukę
ubrania. Odwrócenie strip-teasu, odczarowanie...
Po części problemy erotyczne są
także tematem drugiej interesującej nas dziś opery Straussa, ukończonej w 1911
roku, „Kawalera srebrnej róży” („Rosenkavalier” w oryginale). To z kolei opera
komiczna, opisujące perypetie czwórki bohaterów. Mamy tu zatem arystokratkę Marschallin
i jej młodszego kochanka hrabiego Octaviana Rofrano. Obok nich stają zaś: kuzyn
Marschallin - baron Ochs (w niemieckim znaczy to po prostu „wół”...) oraz jego młoda
i piękna narzeczona Sophie von Faninal. Jak się można domyśleć, Octavian i
Sophie zakochują się w sobie, porzucając bez skrupułów dotychczasowych
partnerów. Fabuła niby banalna (i jakże bardzo ludzka...) ale też, przy całej
komediowości, podszyta nutą refleksji nad przemijaniem życia, niestałością
męską i goryczą starzejącej się Marschallin. Muzycznie, „Kawaler srebrnej róży”
to znowu kolejny mistrzowski popis talentu Straussa. Słynne trio sopranów z
końca opery należy do najpiękniejszych w historii opery. Notabene, warto tu
zwrócić uwagę, że partię kawalera Octaviana wykonuje mezzosopran, a więc kobieta.
Podkreśla to jeszcze bardziej „młodzieńczość” i „świeżość” kochanka, oraz
przepaść między nim a dojrzałą Marschallin.
My zaś będziemy
mieli okazję wysłuchać suity z tej opery. Po wielkim sukcesie dzieła Strauss
dał się namówić na stworzenie jego mini-wersji koncertowej, w postaci suity.
Zrobił to zresztą z pomocą polskiego dyrygenta, Artura Rodzińskiego, w 1944
roku. W tej uroczej suicie słyszymy faktycznie wszystkie postaci opery:
rozpoczyna ją – ekhem... – zmysłowa noc Marschallin i Octaviana, z jakże
sugestywnymi waltorniami. Nastepnie pojawia się sam Octavian, piękny i młody,
tak piękny, że Marschallin zdaje właśnie sobie sprawę iż pojawienie się
młodszej rywalki to tylko kwestia czasu. I faktycznie, zaraz słyszymy miłosny duet
Octaviana i Sophie (obój i waltornia), przerwany niezgrabnym wejściem barona
Ochsa. Skrzypce wprowadzają walc, uroczy, ale niespokojny, zaburzony co jakiś
czas. Chwila smutnej refleksji Marschallin nad przemijaniem i okrucieństwem
młodości – i już zmierzamy do końca, z kolejnym ekstatycznym, szalonym walcem. I kończy się nasze przyjęcie istnymi dźwiękowymi fajerwerkami, powinno się właśnie wtedy
otworzyć szampana na cześć Jubilata! Brawa, wiwaty, uśmiechy i kwiaty.
Wszystkiego najlepszego, Panie
Profesorze!
PS. Acha, no właśnie, jest jeszcze dopisek-ciekawostka. Czy wiecie Państwo gdzie mieszkał przez większość swojego życia Ryszard Strauss? Otóż w Garmisch-Partenkirchen! Ha. My, współcześni, znamy to miasteczko głównie dzięki Małyszowi i nartom. To też dobrze, ale warto też wiedzieć, że długo przed Małyszem żył tam jeden z najgenialniejszych kompozytorów przełomu XIX i XX wieku. I chyba w sumie wolę, zeby mi się Garmisch-Partenkirchen tak właśnie kojarzyło...