czwartek, 23 maja 2013

Nadmiar szczęścia



Maj to szalenie wymagający miesiąc dla krakowskiego melomana. Tyle się dzieje! Od kiedy pamiętam (czyli od kiedy zaczęłam świadomie i sama uczestniczyć w tak zwanej ofercie kulturalnej miasta) w maju miałam zawsze dramaty wyboru – na który koncert pójść, kiedy nakładają się na siebie tak świetne imprezy i w mieście odbywa się co najmniej po kilka znakomitych wydarzeń dziennie? W pewnym momencie do tego dochodziła jeszcze sesja na Akademii i to już była po prostu jawna niesprawiedliwość – przy tylu festiwalach! A ty człowieku zamknij się w salce i ćwicz, i ucz się, pisz prace na zaliczenie...
Czasy sesji już za mną, ale dylemat majowego wyboru pozostał. Nie będę udawała, że chodzę na wszystko, co się w Krakowie dzieje, nie będę też próbowała zachęcić Państwa do wszystkiego, bo po prostu nie dam rady opisać tych kapitalnych koncertów i imprez, które dzieją się w mieście. Wspomnę więc tylko, że mieliśmy przecież niedawno Noc Muzeów, Festiwal Nauki, Krakowski Festiwal Filmowy, a w tej chwili właśnie się kończy (niestety!) festiwal Dni Muzyki Kompozytorów Krakowskich. Oprócz tego są także oczywiście regularne koncerty abonamentowe Filharmonii, Capelli Cracoviensis, i Sinfonietty Cracovii, a nie dalej jak dwa dni temu (21 maja) uroczyście zainaugurowano działalność Europejskiego Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego w Lusławicach (no, to może nie Kraków – ale przecież niedaleko!). Uff!
Zatem ad rem. Skupię się na jednym koncercie – jutrzejszym, piątkowym. Zakończenie Dni Muzyki Kompozytorów Krakowskich, połączone z jubileuszem premiery Święta wiosny Strawińskiego, które po raz pierwszy zostało zaprezentowane publiczności w Paryżu 29 maja 1913 roku. Koncert będzie, można powiedzieć, „ogólnie jubileuszowy”, ponieważ poza stuletnim utworem Strawińskiego usłyszymy także utwory trzech tegorocznych „okrągłych” Jubilatów: Krzysztofa Pendereckiego, Henryka Mikołaja Góreckiego i Zbigniewa Bujarskiego, reprezentantów tak niezwykle korzystnego dla muzyki polskiej rocznika 1933.

O ile dwóch pierwszych tworców na pewno nikomu nie trzeba przedstawiać, o tyle nazwisko Zbigniewa Bujarskiego może być nieco mnie znane szerszej publiczności. Ale oczywiście nie mówię o Krakowie i naszych melomanach! Tutaj prof. Bujarski ma nie tylko grono wiernych artystycznych przyjaciół, ale i rzeszę melomanów oraz stale powiększającą się gromadę studentów i absolwentów. Nie zyskał nigdy tak kolosalnej popularności jak Krzysztof Penderecki, nie uderzył jednym ultra-znanym utworem jak Henryk Mikołaj Górecki (fenomen III Symfonii), a przecież jest znakomitym kompozytorem od lat podążającym konsekwentnie swoimi muzycznymi ścieżkami. Pawana dla oddalonej z 1994 roku to utwór na orkiestrę smyczkową: „silnie nacechowany emocjonalnie, niosący istotny ładunek ekspresji, choć powściągliwy, smutny, to ukazujący jakąś nadzieję, zaliczany jest do największych arcydzieł powojennej muzyki polskiej” (jak pisze Teresa Malecka w pracy Zbigniew Bujarski. Twórczość i osobowość, Kraków 2006). Prof. Bujarski jest szalenie miłym, ciepłym człowiekiem i – o czym nie wszyscy wiedzą – oprócz muzyki jego drugą wielką pasją jest malarstwo. I bynajmniej nie jest w tym amatorem, o czym możecie się Państwo przekonać oglądając zamieszczone tu reprodukcje jego wybranych prac (przytoczone za bardzo ciekawym artykułem Beaty Zacny w Almanachu Muszyny 2009 – polecam przeczytanie! tutaj: klik)






Trzy utwory w dawnym stylu Góreckiego (z 1963 roku) nie rozczarują miłośnikow III Symfonii. To Górecki przyjazny, kameralny i nawiązujący do „dawnego stylu” w specyficznej, surowej modalności (czyli – mówiąc bardziej przyjaźnie – w doborze materiału dźwiękowego, który nie jest zapleciony w znane nam układy dur-moll, ale nie jest także dramatycznie współczesny, a raczej nawiązuje właśnie – w różny sposób – do bardzo starych skal używanych w muzyce dawnej). Górecki taki, jakiego znamy i lubimy, a przecież broń Boże nie banalny. Współczesny, ale niegroźny.
Trzeci tegoroczny Jubilat to Wielki Penderecki. O krakowskim Królu Kompozytorów napisano już tak wiele, że – podobnie jak o Lutosławskim – właściwie strach pisać o nim cokolwiek poniżej doktoratu. Jego życiorys, dorobek i sława są ogólnie znane i dostępne w tysiącach źródeł wirtualnych i rzeczywistych, więc tutaj tylko wspomnę, że jutro usłyszymy krakowską premierę jego nowej kompozycji: Koncertu podwójnego na skrzypce i altówkę, ukończonego jesienią zeszłego roku. Utwór był już wykonywany w Wiedniu (to była światowa prapremiera), w Poznaniu, w Gorzowie, Toruniu... a teraz przyjechał w końcu do nas. Wykona go nasza kolejna krakowska duma, czyli skrzypaczka Aleksandra Kuls, wybijająca się studentka Kai Danczowskiej, w towarzystwie znakomitego altowiolisty Ryszarda Groblewskiego. Prof. Danczowska po dzisiejszej próbie napisała krótko: „Grają bosko!” – a jej można wierzyć. Będzie jutro zatem nowiutki, spod igły, Penderecki w co najmniej świetnym (o ile nie wręcz boskim...) wykonaniu. To dobrze wróży.

No i klasyka... Strawiński. To już naprawdę klasyka światowej muzyki, chociaż, jak wszyscy wiemy, premierę miała co najmniej skandaliczną. Świętokradczo nowy styl muzyki Strawińskiego w połączeniu z awangardowym tańcem baletu pod kierownictwem Diagilewa, z genialnym Niżyńskim na czele nie mógł nie poruszyć konserwatywnych Paryżan. Skandal premiery, której stulecie świętujemy Świętem w Krakowie był doprawdy spektakularny. Sala wypełniona była po brzegi publicznością, która już po pierwszych taktach zatchnęła się wprost z oburzenia i zaczęła protestować: najpierw niewybrednymi komentarzami, potem krzykiem, gwizdami, tupaniem, w końcu rzucaniem wszystkim co się dało rzucić w orkiestrę. Artyści z zacięciem kontynuowali spektakl, chociaż muzyki nie było w końcu słychać wcale, a na scenie co jakiś czas ledwo przebijał się głos Niżyńskiego, który wrzeszczał kolejne „pas” dla tancerzy. Dziennikarz i fotograf Carl Van Vechten wspominał, że słuchacz siedzący za nim dał się tak ponieść emocjom, że zaczął bębnić miarowo po jego głowie. Sam Van Vechten był zaś tak rozemocjonowany, że zauważył ten proceder dopiero po dłuższej chwili...
Krytyka po spektaklu w większości zmiażdżyła dzieło, ale już kolejne wykonania (w Londynie i w Rzymie) – jak to zwykle bywa – miały lepsze przyjęcie, świat pomału oswajał się z nowym językiem muzyki i tańca. Paryska premiera Święta wiosny przeszła jednak do historii jako jeden z największych skandali w muzyce i aż chciałoby się westchąć: „Ech, kiedyś to byly skandale!” Kiedy ostatnio słyszeliśmy o takich emocjach związanych z muzyką „wysoką”? Kiedy ostatnio ktoś – w szczerym akcie oburzenia i protestu – rzucił w orkiestrę choćby mizerną truskawką, że o jajku nie wspomnę? Czy to możliwe, że już nie pisze się kontrowersyjnej muzyki?... O tempora, o mores.


fot. Alvise Valier

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz