Maj to szalenie wymagający
miesiąc dla krakowskiego melomana. Tyle się dzieje! Od kiedy pamiętam (czyli od
kiedy zaczęłam świadomie i sama uczestniczyć w tak zwanej ofercie kulturalnej
miasta) w maju miałam zawsze dramaty wyboru – na który koncert pójść, kiedy
nakładają się na siebie tak świetne imprezy i w mieście odbywa się co najmniej po
kilka znakomitych wydarzeń dziennie? W pewnym momencie do tego dochodziła
jeszcze sesja na Akademii i to już była po prostu jawna niesprawiedliwość –
przy tylu festiwalach! A ty człowieku zamknij się w salce i ćwicz, i ucz się,
pisz prace na zaliczenie...
Czasy sesji już za mną, ale
dylemat majowego wyboru pozostał. Nie będę udawała, że chodzę na wszystko, co
się w Krakowie dzieje, nie będę też próbowała zachęcić Państwa do wszystkiego,
bo po prostu nie dam rady opisać tych kapitalnych koncertów i imprez, które
dzieją się w mieście. Wspomnę więc tylko, że mieliśmy przecież niedawno Noc
Muzeów, Festiwal Nauki, Krakowski Festiwal Filmowy, a w tej chwili właśnie się
kończy (niestety!) festiwal Dni Muzyki Kompozytorów Krakowskich. Oprócz tego są
także oczywiście regularne koncerty abonamentowe Filharmonii, Capelli
Cracoviensis, i Sinfonietty Cracovii, a nie dalej jak dwa dni temu (21 maja) uroczyście
zainaugurowano działalność Europejskiego Centrum Muzyki Krzysztofa
Pendereckiego w Lusławicach (no, to może nie Kraków – ale przecież niedaleko!).
Uff!
Zatem ad rem. Skupię się na
jednym koncercie – jutrzejszym, piątkowym. Zakończenie Dni Muzyki Kompozytorów
Krakowskich, połączone z jubileuszem premiery Święta wiosny Strawińskiego, które po raz pierwszy zostało
zaprezentowane publiczności w Paryżu 29 maja 1913 roku. Koncert będzie, można powiedzieć,
„ogólnie jubileuszowy”, ponieważ poza stuletnim utworem Strawińskiego usłyszymy
także utwory trzech tegorocznych „okrągłych” Jubilatów: Krzysztofa
Pendereckiego, Henryka Mikołaja Góreckiego i Zbigniewa Bujarskiego, reprezentantów
tak niezwykle korzystnego dla muzyki polskiej rocznika 1933.
O ile dwóch pierwszych tworców
na pewno nikomu nie trzeba przedstawiać, o tyle nazwisko Zbigniewa Bujarskiego
może być nieco mnie znane szerszej publiczności. Ale oczywiście nie mówię o
Krakowie i naszych melomanach! Tutaj prof. Bujarski ma nie tylko grono wiernych
artystycznych przyjaciół, ale i rzeszę melomanów oraz stale powiększającą się gromadę
studentów i absolwentów. Nie zyskał nigdy tak kolosalnej popularności jak
Krzysztof Penderecki, nie uderzył jednym ultra-znanym utworem jak Henryk
Mikołaj Górecki (fenomen III Symfonii),
a przecież jest znakomitym kompozytorem od lat podążającym konsekwentnie swoimi
muzycznymi ścieżkami. Pawana dla
oddalonej z 1994 roku to utwór na orkiestrę smyczkową: „silnie nacechowany emocjonalnie, niosący istotny ładunek
ekspresji, choć powściągliwy, smutny, to ukazujący jakąś nadzieję, zaliczany
jest do największych arcydzieł powojennej muzyki polskiej” (jak pisze Teresa
Malecka w pracy Zbigniew Bujarski. Twórczość i osobowość, Kraków 2006).
Prof. Bujarski jest szalenie miłym, ciepłym człowiekiem i – o czym nie wszyscy
wiedzą – oprócz muzyki jego drugą wielką pasją jest malarstwo. I bynajmniej nie
jest w tym amatorem, o czym możecie się Państwo przekonać oglądając
zamieszczone tu reprodukcje jego wybranych prac (przytoczone za bardzo ciekawym
artykułem Beaty Zacny w Almanachu Muszyny 2009 – polecam przeczytanie! tutaj: klik)
Trzy utwory w dawnym stylu Góreckiego (z 1963 roku) nie rozczarują miłośnikow III Symfonii. To Górecki przyjazny, kameralny i nawiązujący do „dawnego
stylu” w specyficznej, surowej modalności (czyli – mówiąc bardziej przyjaźnie –
w doborze materiału dźwiękowego, który nie jest zapleciony w znane nam układy
dur-moll, ale nie jest także dramatycznie współczesny, a raczej nawiązuje
właśnie – w różny sposób – do bardzo starych skal używanych w muzyce dawnej). Górecki
taki, jakiego znamy i lubimy, a przecież broń Boże nie banalny. Współczesny, ale
niegroźny.
Trzeci tegoroczny Jubilat to
Wielki Penderecki. O krakowskim Królu Kompozytorów napisano już tak wiele, że –
podobnie jak o Lutosławskim – właściwie strach pisać o nim cokolwiek poniżej
doktoratu. Jego życiorys, dorobek i sława są ogólnie znane i dostępne w tysiącach
źródeł wirtualnych i rzeczywistych, więc tutaj tylko wspomnę, że jutro
usłyszymy krakowską premierę jego nowej kompozycji: Koncertu podwójnego na skrzypce i altówkę, ukończonego jesienią
zeszłego roku. Utwór był już wykonywany w Wiedniu (to była światowa
prapremiera), w Poznaniu, w Gorzowie, Toruniu... a teraz przyjechał w końcu do
nas. Wykona go nasza kolejna krakowska duma, czyli skrzypaczka Aleksandra Kuls,
wybijająca się studentka Kai Danczowskiej, w towarzystwie znakomitego altowiolisty
Ryszarda Groblewskiego. Prof. Danczowska po dzisiejszej próbie napisała krótko:
„Grają bosko!” – a jej można wierzyć. Będzie jutro zatem nowiutki, spod igły,
Penderecki w co najmniej świetnym (o ile nie wręcz boskim...) wykonaniu. To dobrze
wróży.
No i klasyka... Strawiński. To
już naprawdę klasyka światowej muzyki, chociaż, jak wszyscy wiemy, premierę
miała co najmniej skandaliczną. Świętokradczo nowy styl muzyki Strawińskiego w
połączeniu z awangardowym tańcem baletu pod kierownictwem Diagilewa, z
genialnym Niżyńskim na czele nie mógł nie poruszyć konserwatywnych Paryżan.
Skandal premiery, której stulecie świętujemy Świętem w Krakowie był doprawdy spektakularny. Sala wypełniona była
po brzegi publicznością, która już po pierwszych taktach zatchnęła się wprost z
oburzenia i zaczęła protestować: najpierw niewybrednymi komentarzami, potem
krzykiem, gwizdami, tupaniem, w końcu rzucaniem wszystkim co się dało rzucić w
orkiestrę. Artyści z zacięciem kontynuowali spektakl, chociaż muzyki nie było w
końcu słychać wcale, a na scenie co jakiś czas ledwo przebijał się głos
Niżyńskiego, który wrzeszczał kolejne „pas” dla tancerzy. Dziennikarz i fotograf Carl Van Vechten wspominał, że słuchacz siedzący za
nim dał się tak ponieść emocjom, że zaczął bębnić miarowo po jego głowie. Sam
Van Vechten był zaś tak rozemocjonowany, że zauważył ten proceder dopiero po
dłuższej chwili...
Krytyka po spektaklu w większości zmiażdżyła dzieło, ale
już kolejne wykonania (w Londynie i w Rzymie) – jak to zwykle bywa – miały lepsze
przyjęcie, świat pomału oswajał się z nowym językiem muzyki i tańca. Paryska
premiera Święta wiosny przeszła jednak
do historii jako jeden z największych skandali w muzyce i aż chciałoby się
westchąć: „Ech, kiedyś to byly skandale!” Kiedy ostatnio słyszeliśmy o takich
emocjach związanych z muzyką „wysoką”? Kiedy ostatnio ktoś – w szczerym akcie
oburzenia i protestu – rzucił w orkiestrę choćby mizerną truskawką, że o jajku
nie wspomnę? Czy to możliwe, że już nie pisze się kontrowersyjnej muzyki?... O
tempora, o mores.
![]() |
| fot. Alvise Valier |



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz