czwartek, 30 maja 2013

Powinno być gorąco



W najbliższą sobotę krakowska Filharmonia oficjalnie kończy sezon koncertowy – a przynajmniej kończy go dla stałych abonamentowiczów, bo będzie co prawda jeszcze kilka koncertów w czerwcu, ale będą to wydarzenia towarzyszące innym miejskim koncertom (jak na przykład Wianki), koncerty dla młodzieży, czy koncert muzyki filmowej (14 czerwca). Jeśli więc chodzi o muzykę klasyczną, koncertową – sobotni koncert będzie w tym sezonie ostatni. Skorzystajmy więc z okazji i wybierzmy się posłuchać kapitalnego repertuaru, poczuć lato w kaskadach dźwięków, rozgrzać się w deszczowy wieczór. 

A cóż może być dla nas – zmarzniętych Słowian z północy – piękniejszą kwintesencją lata niż gorąca, słoneczna Hiszpania? 

W sobotę będziemy mieli zatem szansę poczuć klimat Hiszpanii, zakosztować jej rytmów, pulsu, tej cudownej kipiącej energii, której trudno się oprzeć. Wprowadzi nas w nastrój Uwertura Rossiniego z jego opery Cyrulik sewilski. Opery Rossiniego cieszą się od stuleci zasłużona sławą i popularnością, dzięki swojej melodyjności i śpiewności, wdzięcznym tematom i ariom, zgrabnej konstrukcji dramatycznej. Również uwertury, czyli instrumentalne orkiestrowe wstępy do oper, oparte na głównych motywach pojawiających się potem w operze grywane są często i chętnie, także osobno – na salach koncertowych. W uwerturze do Cyrulika sewilskiego, mimo Sewilli w tytule, nie spodziewajmy się jednak elementów, z jakim dzisiaj kojarzymy muzyczną Hiszpanię, nie będzie tu gitary ani rytmów flamenco. Ten styl muzycznego czerpania z tradycji poszczególnych krajów i regionów wyształcił się nieco później, w czasach Rossiniego (a  Cyrulik pochodzi z 1816 roku) stawiano raczej na oddanie stylu klasycznymi – chociaż oryginalnymi dla każdego kompozytora – środkami. Uwertura jest zatem mimo wszystko „hiszpańska”: w swojej słonecznej energii, w prześlicznych śpiewnych tematach, w zdyszanym, jakby niecierpliwym rytmie rozbieganych pasaży. Jestem pewna, że większość z Państwa zna doskonale tematy tej Uwertury, że będziecie je mimo woli radośnie nucić z kolejnymi instrumentami, że będzie trudno wręcz wysiedzieć w krzesłach bo muzyka zaprasza do beztroskiego, dziecięcego wręcz „galopu” naokoło sali.

Nie będzie już natomiast cienia wątpliwości co do miejsca naszej wakacyjnej wycieczki w kolejnych utworach: E viva España, ole!

To w zasadzie Francuz Emmanuel Chabrier zapoczątkował w XIX Europie modę na „hiszpańskie” utwory. Jego rapsodia na orkiestrę España powstała w 1883 roku, po wizycie kompozytora w Hiszpanii. Drugą połowę 1882 roku spędził on z żoną podróżując po tym kraju, obserwując, słuchając, notując i zachwycając się kolorytem odwiedzanych miejsc. Już wtedy w listach do przyjaciół zapowiadał, że po powrocie „skomponuje „wyjątkową fantazję”, która doprowadzi słuchaczy do ekstazy szczęścia, a dyrygent po prostu bedzie musiał na końcu uściskać koncertmistrza z radości”. Czyż to nie apetyczna zapowiedź kompozycji? Początkowo Chabrier chciał nazwać swoj utwór Jota – a jota to tradycyjny taniec hiszpański, głównie z rejonu Aragonii (północna część kraju), tańczony – a jakże! – z kastanietami, tak jak tego oczekujemy od ognistych południowców. Krótko przed premierą zmienił jednak zdanie i zatytułował kompozycję po prostu España. Faktem jest natomiast, że rodowity Hiszpan, Manuel de Falla uznał wkrótce potem, iż żaden hiszpański kompozytor nie oddał nigdy tak trafnie charakteru i piękna joty jak właśnie Chabrier. W ślad za nim poszli kolejni twórcy i w 1908 powstały nie mniej słynne: Iberia Debussy’ego i Rapsodia hiszpańska Ravela. Hiszpański muzyczny szlak przetarł im jednak najpierw Chabrier. 

Muzyczna Hiszpania nie byłaby jednak pełna bez gitary! Mówić o tym kraju i nie wspomnieć o gitarze to jak mówić o operze i nie wspomnieć o Włochach, albo opisując Niemców zapomnieć o symfoniach. Gitara należy do kultury południowej a stereotyp gorącego Hiszpana z gitarrrrą pod oknem ukochanej usadowił się w zbiorowej podświadomości już na wieki wieków. Będzie więc i gitara, i to w najsłynniejszej swojej wersji, w Concierto de Aranjuez Joaquina Rodrigo z 1939 roku. Tajemniczy tytuł znaczy po prostu „Koncert z Aranjuez”, czyli z pysznego królewskiego pałacu Aranjuez niedaleko Madrytu. Kompozytor określił utwór jako „oddający zapach magnolii, śpiew ptaków, szmer fontanny”, przenoszący nas w czasie i przestrzeni do pałacowych ogrodów XVI-wiecznej bajecznej rezydencji.
Koncert Rodriga stał się szybko niesłychanym przebojem, szczególnie jego urzekająca, cudowna druga część, Adagio. Dzisiaj znamy ten fragment zarówno z filmów, programów telewizyjnych, reklam jak i wielu interpretacji i wersji instrumentalnych. Usłyszymy go zarówno w letnim programie radiowym, jak i w zacisznej kawiarence na uboczu. Wsłuchajmy się w niego teraz spokojnie w pełnej wersji, w naturalnym kontekście pozostałych części Koncertu – a przed oczami i tak będziemy mieli ciepły letni wieczór, przy stoliku z kwiatami i lampką białego wina, z powietrzem pachnącym słońcem i pomarańczami. Gwiazdy nad nami, morze w oddali. I świat jest znowu piękny.

Hiszpański wieczór zamkniemy może już nie tak południowo, lecz za to z klasą klasyka symfonii, czyli IV Symfonią Beethovena. Nieco mniej popularna niż jego przebojowe nieparzyste „czarne konie”, jest przecież przepięknym przykładem pełnego beethovenowskiego stylu symfonicznego. Hector Berlioz, zachwycony, nazwał jej drugą część (coś jest jednak w tych drugich częściach arcydzieł...) „dziełem Archanioła Michała – nie zwykłego śmiertelnika”. Anielska w drugiej części, ale żywiołowa i ognista w dalszych, a zwłaszcza w ostatniej, symfonia Beethovena na pewno nas nie zawiedzie i zakończy wieczór należytym blaskiem.
Koncert zapowiada się zaś dodatkowo smakowicie, ponieważ orkiestrę poprowadzi w tym tygodniu José Maria Florêncio – co prawda nie Hiszpan, ale Brazylijczyk, lecz kto wie czy nie bardziej jeszcze ognisty od naszych europejskich południowców. Dyrygent znakomity, doświadczony w klasyce, a zarazem o autentycznie żywiołowym temperamencie, wymarzony wprost do takiego repertuaru. Spodziewam się, że obudzi w naszej orkiestrze drzemiący ogień i zaprosi nas na prawdziwą fiestę; kto jak kto, ale Florêncio „czuje” tę muzykę doskonale. Kwiaty we włosach u pań mile widziane, czerwone koszule dla panów – a co tam, raz się żyje! – także. Mogą być nawet leciutko i stylowo rozchełstane, tak na jeden słowiański guzik. A w poniedziałek biegniemy rezerwować stolik w restauracji w Barcelonie! 




czwartek, 23 maja 2013

Nadmiar szczęścia



Maj to szalenie wymagający miesiąc dla krakowskiego melomana. Tyle się dzieje! Od kiedy pamiętam (czyli od kiedy zaczęłam świadomie i sama uczestniczyć w tak zwanej ofercie kulturalnej miasta) w maju miałam zawsze dramaty wyboru – na który koncert pójść, kiedy nakładają się na siebie tak świetne imprezy i w mieście odbywa się co najmniej po kilka znakomitych wydarzeń dziennie? W pewnym momencie do tego dochodziła jeszcze sesja na Akademii i to już była po prostu jawna niesprawiedliwość – przy tylu festiwalach! A ty człowieku zamknij się w salce i ćwicz, i ucz się, pisz prace na zaliczenie...
Czasy sesji już za mną, ale dylemat majowego wyboru pozostał. Nie będę udawała, że chodzę na wszystko, co się w Krakowie dzieje, nie będę też próbowała zachęcić Państwa do wszystkiego, bo po prostu nie dam rady opisać tych kapitalnych koncertów i imprez, które dzieją się w mieście. Wspomnę więc tylko, że mieliśmy przecież niedawno Noc Muzeów, Festiwal Nauki, Krakowski Festiwal Filmowy, a w tej chwili właśnie się kończy (niestety!) festiwal Dni Muzyki Kompozytorów Krakowskich. Oprócz tego są także oczywiście regularne koncerty abonamentowe Filharmonii, Capelli Cracoviensis, i Sinfonietty Cracovii, a nie dalej jak dwa dni temu (21 maja) uroczyście zainaugurowano działalność Europejskiego Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego w Lusławicach (no, to może nie Kraków – ale przecież niedaleko!). Uff!
Zatem ad rem. Skupię się na jednym koncercie – jutrzejszym, piątkowym. Zakończenie Dni Muzyki Kompozytorów Krakowskich, połączone z jubileuszem premiery Święta wiosny Strawińskiego, które po raz pierwszy zostało zaprezentowane publiczności w Paryżu 29 maja 1913 roku. Koncert będzie, można powiedzieć, „ogólnie jubileuszowy”, ponieważ poza stuletnim utworem Strawińskiego usłyszymy także utwory trzech tegorocznych „okrągłych” Jubilatów: Krzysztofa Pendereckiego, Henryka Mikołaja Góreckiego i Zbigniewa Bujarskiego, reprezentantów tak niezwykle korzystnego dla muzyki polskiej rocznika 1933.

O ile dwóch pierwszych tworców na pewno nikomu nie trzeba przedstawiać, o tyle nazwisko Zbigniewa Bujarskiego może być nieco mnie znane szerszej publiczności. Ale oczywiście nie mówię o Krakowie i naszych melomanach! Tutaj prof. Bujarski ma nie tylko grono wiernych artystycznych przyjaciół, ale i rzeszę melomanów oraz stale powiększającą się gromadę studentów i absolwentów. Nie zyskał nigdy tak kolosalnej popularności jak Krzysztof Penderecki, nie uderzył jednym ultra-znanym utworem jak Henryk Mikołaj Górecki (fenomen III Symfonii), a przecież jest znakomitym kompozytorem od lat podążającym konsekwentnie swoimi muzycznymi ścieżkami. Pawana dla oddalonej z 1994 roku to utwór na orkiestrę smyczkową: „silnie nacechowany emocjonalnie, niosący istotny ładunek ekspresji, choć powściągliwy, smutny, to ukazujący jakąś nadzieję, zaliczany jest do największych arcydzieł powojennej muzyki polskiej” (jak pisze Teresa Malecka w pracy Zbigniew Bujarski. Twórczość i osobowość, Kraków 2006). Prof. Bujarski jest szalenie miłym, ciepłym człowiekiem i – o czym nie wszyscy wiedzą – oprócz muzyki jego drugą wielką pasją jest malarstwo. I bynajmniej nie jest w tym amatorem, o czym możecie się Państwo przekonać oglądając zamieszczone tu reprodukcje jego wybranych prac (przytoczone za bardzo ciekawym artykułem Beaty Zacny w Almanachu Muszyny 2009 – polecam przeczytanie! tutaj: klik)






Trzy utwory w dawnym stylu Góreckiego (z 1963 roku) nie rozczarują miłośnikow III Symfonii. To Górecki przyjazny, kameralny i nawiązujący do „dawnego stylu” w specyficznej, surowej modalności (czyli – mówiąc bardziej przyjaźnie – w doborze materiału dźwiękowego, który nie jest zapleciony w znane nam układy dur-moll, ale nie jest także dramatycznie współczesny, a raczej nawiązuje właśnie – w różny sposób – do bardzo starych skal używanych w muzyce dawnej). Górecki taki, jakiego znamy i lubimy, a przecież broń Boże nie banalny. Współczesny, ale niegroźny.
Trzeci tegoroczny Jubilat to Wielki Penderecki. O krakowskim Królu Kompozytorów napisano już tak wiele, że – podobnie jak o Lutosławskim – właściwie strach pisać o nim cokolwiek poniżej doktoratu. Jego życiorys, dorobek i sława są ogólnie znane i dostępne w tysiącach źródeł wirtualnych i rzeczywistych, więc tutaj tylko wspomnę, że jutro usłyszymy krakowską premierę jego nowej kompozycji: Koncertu podwójnego na skrzypce i altówkę, ukończonego jesienią zeszłego roku. Utwór był już wykonywany w Wiedniu (to była światowa prapremiera), w Poznaniu, w Gorzowie, Toruniu... a teraz przyjechał w końcu do nas. Wykona go nasza kolejna krakowska duma, czyli skrzypaczka Aleksandra Kuls, wybijająca się studentka Kai Danczowskiej, w towarzystwie znakomitego altowiolisty Ryszarda Groblewskiego. Prof. Danczowska po dzisiejszej próbie napisała krótko: „Grają bosko!” – a jej można wierzyć. Będzie jutro zatem nowiutki, spod igły, Penderecki w co najmniej świetnym (o ile nie wręcz boskim...) wykonaniu. To dobrze wróży.

No i klasyka... Strawiński. To już naprawdę klasyka światowej muzyki, chociaż, jak wszyscy wiemy, premierę miała co najmniej skandaliczną. Świętokradczo nowy styl muzyki Strawińskiego w połączeniu z awangardowym tańcem baletu pod kierownictwem Diagilewa, z genialnym Niżyńskim na czele nie mógł nie poruszyć konserwatywnych Paryżan. Skandal premiery, której stulecie świętujemy Świętem w Krakowie był doprawdy spektakularny. Sala wypełniona była po brzegi publicznością, która już po pierwszych taktach zatchnęła się wprost z oburzenia i zaczęła protestować: najpierw niewybrednymi komentarzami, potem krzykiem, gwizdami, tupaniem, w końcu rzucaniem wszystkim co się dało rzucić w orkiestrę. Artyści z zacięciem kontynuowali spektakl, chociaż muzyki nie było w końcu słychać wcale, a na scenie co jakiś czas ledwo przebijał się głos Niżyńskiego, który wrzeszczał kolejne „pas” dla tancerzy. Dziennikarz i fotograf Carl Van Vechten wspominał, że słuchacz siedzący za nim dał się tak ponieść emocjom, że zaczął bębnić miarowo po jego głowie. Sam Van Vechten był zaś tak rozemocjonowany, że zauważył ten proceder dopiero po dłuższej chwili...
Krytyka po spektaklu w większości zmiażdżyła dzieło, ale już kolejne wykonania (w Londynie i w Rzymie) – jak to zwykle bywa – miały lepsze przyjęcie, świat pomału oswajał się z nowym językiem muzyki i tańca. Paryska premiera Święta wiosny przeszła jednak do historii jako jeden z największych skandali w muzyce i aż chciałoby się westchąć: „Ech, kiedyś to byly skandale!” Kiedy ostatnio słyszeliśmy o takich emocjach związanych z muzyką „wysoką”? Kiedy ostatnio ktoś – w szczerym akcie oburzenia i protestu – rzucił w orkiestrę choćby mizerną truskawką, że o jajku nie wspomnę? Czy to możliwe, że już nie pisze się kontrowersyjnej muzyki?... O tempora, o mores.


fot. Alvise Valier

czwartek, 16 maja 2013

Zapowiedź lata

W tym tygodniu wieczór w Filharmonii to będzie prawdziwy relaks. W ramach trwających właśnie VIII Dni Muzyki Felixa Mendelssohna będziemy mogli wysłuchać koncertu wykonanego przez orkiestrę z Zurychu (Symphonishes Orchester Zurich), solistów, oraz damską część naszego krakowskiego chóru Filharmonii. A przedstawią nam oni niekwestionowany przebój patrona imprezy, czyli muzykę do Snu nocy letniej Mendelssohna, zestawioną z jego młodzieńczym podwójnym Koncertem na skrzypce i fortepian oraz bodaj najsłynniejszą kołysankę świata: Summertime George’a Gershwina.

Lubię sobie wyobrażać kompozytorów z czasów pisania słuchanych przeze mnie dzieł. Koncert podwójny d-moll Mendelssohn napisał kiedy miał ledwie... 14 lat. Znacie Państwo jakiegoś współczesnego 14-latka? Jeśli tak to będziecie się musieli uśmiechnąć już na samym początku Koncertu. Niech to jednak nie będzie uśmiech pobłażliwy, bo chociaż usłyszymy dzieło nastolatka, to nie jest to bynajmniej utwór amatorski. Przeciwnie, zgrabny i uroczy, owszem – szalenie romantyczny, ale w tym najlepszym, najbardziej przyjaznym dla słuchaczy znaczeniu – Koncert sprawia niekłamaną przyjemność w słuchaniu. Słodkie, perliste, jakby wybuchające śmiechem dialogi obu instrumentów przeplatają się ze śpiewnymi lirycznymi fragmentami, nigdy jednak nie wkraczając w ciemne rejony dramatów. To jest właśnie taka muzyka, którą chcemy wysłuchać po stresującym tygodniu w pracy, balsam na zmęczoną duszę. Nie trzeba się tutaj doktoryzować z form, gatunków, stylów i budowy wewnątrzstrukturalnej. Tu mamy tylko – i aż – piękną muzykę utalentowanego młodzieńca. Tak po prostu.

A już za chwilę – lato!

Lato nadejdzie prędzej niż się spodziewamy, a z nim cudowna, tajemnicza noc świętojańska, noc czarów i poezji. Może warto w tym roku przygotować się snobistycznie i kulturalnie do tej nocy (22-23 czerwca) i przypomnieć sobie wcześniej Sen nocy letniej Szekspira? Inspiracją niech nam będzie genialna muzyka do tej sztuki napisana przez Mendelssohna w 1843 roku. Kompozytor przymierzał się do tego tematu znacznie wcześniej, bo już w 1826 roku napisał Uwerturę (która funkcjonuje nadal jako Uwertura do Snu nocy letniej). Niemal dwadzieścia lat później otrzymał zaś niebagatelne zamówienie od króla pruskiego Fryderyka Wilhelma IV na skomponowanie muzyki do całej sztuki. Propozycja z gatunku tych nie do odrzucenia, zwłaszcza, że i temat był kompozytorowi, zakochanemu w twórczości Szekspira, bardzo bliski. Dziś powiedzielibyśmy o „muzyce teatralnej” lub zgoła „filmowej”; wówczas pisało się po prostu „do sztuki teatralnej” i w takiej też formie powstało dzieło op. 61, na które składa się kilka części, m.in. Uwertura, Scherzo, Nokturn, oraz najsłynniejszy bodaj w historii muzyki Marsz weselny (tak tak – to ten z wszystkich porządnych ślubów!). Dowodem na rewelacyjny kunszt kompozytorski Mendelssohna jest fakt, że powrocił do tematyki szekspirowskiej po wielu latach w najbardziej naturalny sposób, a połączenie Uwertury z resztą części jest równie logiczne i spójne jak gdyby pisał wszystkie części w ciagu ledwie kilku dni. Pyszny koloryt baśniowego świata Snu nocy letniej, nimfy, wróżki, miłość, intrygi i czary, to wszystko słychać w tym najsłynniejszym utworze Felixa Mendelssohna. Zapowiedź lata, wakacji i przygody w zaczarowanym lesie.

Jak zwykle dodam też tutaj ciekawostkę, bo niezmiennie bawią mnie tego typu anegdoty: na bankiecie wydanym przez króla po premierze jeden z gości podszedł do kompozytora z komentarzem: „Jaka szkoda, że marnuje pan taką wspaniałą muzykę dla takiej głupiej komedii!”.
Ja mimo wszystko polecam Państwu całość: czyli najpierw wprowadzenie w czarodziejskie królestwo Oberona dźwiękami, a potem smaczną lekturę sztuki. Zaręczam Państwu, że nie odbiega poziomem od muzyki...

W każdą zaś letnią noc ukołysze nas do snu przepiękna kołysanka Gershwina z jego opery Porgy and Bess; kołysanka która – podobnie jak mendelssohnowska muzyka do Snu nocy letniej - zrobiła oszałamiającą wprost światową karierę. Nie znam chyba człowieka, który nie rozpoznałby tej melodii, już po dwóch ledwie akordach wstępu. Doczekała się wersji na każdy chyba możliwy zestaw instrumentów i głosów, tysięcy opracowań stylistycznych i przeróbek. I ciągle się broni, urzeka, czaruje. Każdy ma też chyba swoją ulubioną „jedyną słuszną” wersję; ja lubię oczywiście interpretację Elli Fitzgerald, ale jest także kapitalne nagranie Janis Joplin, do którego mam słabość... Najrzadziej chyba ujmują mnie czysto operowe wykonania, bo też operowy głos nie zawsze mi pasuje do tej „czarnej” melodii...

Ciekawe, czy Państwo macie swoje ulubione wersje? A może znacie jakąś wyjątkową, mało jeszcze znaną? Chętnie sprawdzę, proszę polecać.


Summertime, and the livin' is easy
Fish are jumpin' and the cotton is high
Oh, your daddy's rich, and your ma is good lookin'
So hush little baby, don't you cry

One of these mornings you're going to rise up singing
Then you'll spread your wings and you'll take to the sky
But till that morning there's a'nothing can harm you
With daddy and mamma standing by


***
Lato już, życie coraz łatwiejsze,
Ryby skaczą, rośnie bawełny krzew
Tacie, mamie dobrze jest na tym świecie,
Więc nie płacz dziecino, oczka zmruż...



Gdy urośniesz, sam potrafisz już śpiewać,
W świat szeroki stąd wyfruniesz jak ptak,
Lecz dopóki jesteś jeszcze maleńki 

Tata i mama będą cię strzec.


(Sł. DuBose Heyward, tłum. z książki George Gershwin L. Kydryńskiego)


fot: Alvise Valier





piątek, 10 maja 2013

Morze i obrazy

Dzisiejszy wpis - ze względów czasowych - jest niestety tylko symboliczny, nie mam kiedy po prostu znaleźć chwili czasu na napisanie choćby krótkiej notki o programie sobotniego koncertu. Ale polecam go gorąco, będzie śliczny repertuar z przełomu XIX i XX wieku - Debussy, Ravel i Szymanowski, wyśmienite nazwiska i ich wspaniałe kompozycje. Można iść nawet nie wiedząc co będzie - bo utwory są piękne i obronią się same (a ja kiedyś jeszcze o nich przecież napiszę!...).

A na koncercie niech Państwu towarzyszy przed oczami kolejny piękny kard z kolekcji fotografii Alvise Valier. Czyż to nie kapitalna ilustracja La Mer Debussy'ego?... Lubię kojarzyć muzykę z obrazami, dźwięki są dla mnie bardzo plastyczną materią, a piękne fotografie dają nie mniej pola do wyobraźni co obrazy muzyczne!


fot. Alvise Valier