W najbliższą sobotę krakowska
Filharmonia oficjalnie kończy sezon koncertowy – a przynajmniej kończy go dla
stałych abonamentowiczów, bo będzie co prawda jeszcze kilka koncertów w
czerwcu, ale będą to wydarzenia towarzyszące innym miejskim koncertom (jak na
przykład Wianki), koncerty dla młodzieży, czy koncert muzyki filmowej (14
czerwca). Jeśli więc chodzi o muzykę klasyczną, koncertową – sobotni koncert
będzie w tym sezonie ostatni. Skorzystajmy więc z okazji i wybierzmy się
posłuchać kapitalnego repertuaru, poczuć lato w kaskadach dźwięków, rozgrzać
się w deszczowy wieczór.
A cóż może być dla nas –
zmarzniętych Słowian z północy – piękniejszą kwintesencją lata niż gorąca,
słoneczna Hiszpania?
W sobotę będziemy mieli zatem szansę
poczuć klimat Hiszpanii, zakosztować jej rytmów, pulsu, tej cudownej kipiącej energii,
której trudno się oprzeć. Wprowadzi nas w nastrój Uwertura Rossiniego z jego
opery Cyrulik sewilski. Opery Rossiniego cieszą się od stuleci zasłużona
sławą i popularnością, dzięki swojej melodyjności i śpiewności, wdzięcznym
tematom i ariom, zgrabnej konstrukcji dramatycznej. Również uwertury, czyli
instrumentalne orkiestrowe wstępy do oper, oparte na głównych motywach
pojawiających się potem w operze grywane są często i chętnie, także osobno – na
salach koncertowych. W uwerturze do Cyrulika sewilskiego, mimo Sewilli w
tytule, nie spodziewajmy się jednak elementów, z jakim dzisiaj kojarzymy
muzyczną Hiszpanię, nie będzie tu gitary ani rytmów flamenco. Ten styl
muzycznego czerpania z tradycji poszczególnych krajów i regionów wyształcił się
nieco później, w czasach Rossiniego (a Cyrulik pochodzi z 1816 roku) stawiano
raczej na oddanie stylu klasycznymi – chociaż oryginalnymi dla każdego
kompozytora – środkami. Uwertura jest zatem mimo wszystko „hiszpańska”: w swojej
słonecznej energii, w prześlicznych śpiewnych tematach, w zdyszanym, jakby
niecierpliwym rytmie rozbieganych pasaży. Jestem pewna, że większość z Państwa
zna doskonale tematy tej Uwertury, że będziecie je mimo woli radośnie nucić z
kolejnymi instrumentami, że będzie trudno wręcz wysiedzieć w krzesłach bo
muzyka zaprasza do beztroskiego, dziecięcego wręcz „galopu” naokoło sali.
Nie będzie już natomiast
cienia wątpliwości co do miejsca naszej wakacyjnej wycieczki w kolejnych utworach:
E viva España, ole!
To w zasadzie Francuz Emmanuel
Chabrier zapoczątkował w XIX Europie modę na „hiszpańskie” utwory. Jego rapsodia
na orkiestrę España powstała w 1883 roku, po wizycie kompozytora w
Hiszpanii. Drugą połowę 1882 roku spędził on z żoną podróżując po tym kraju,
obserwując, słuchając, notując i zachwycając się kolorytem odwiedzanych miejsc.
Już wtedy w listach do przyjaciół zapowiadał, że po powrocie „skomponuje „wyjątkową
fantazję”, która doprowadzi słuchaczy do ekstazy szczęścia, a dyrygent po
prostu bedzie musiał na końcu uściskać koncertmistrza z radości”. Czyż to nie
apetyczna zapowiedź kompozycji? Początkowo Chabrier chciał nazwać swoj utwór
Jota – a jota to tradycyjny taniec hiszpański, głównie z rejonu Aragonii
(północna część kraju), tańczony – a jakże! – z kastanietami, tak jak tego
oczekujemy od ognistych południowców. Krótko przed premierą zmienił jednak zdanie
i zatytułował kompozycję po prostu España. Faktem jest natomiast, że rodowity
Hiszpan, Manuel de Falla uznał wkrótce potem, iż żaden hiszpański kompozytor
nie oddał nigdy tak trafnie charakteru i piękna joty jak właśnie Chabrier. W
ślad za nim poszli kolejni twórcy i w 1908 powstały nie mniej słynne: Iberia
Debussy’ego i Rapsodia hiszpańska Ravela. Hiszpański muzyczny szlak przetarł im
jednak najpierw Chabrier.
Muzyczna Hiszpania nie byłaby jednak pełna bez gitary!
Mówić o tym kraju i nie wspomnieć o gitarze to jak mówić o operze i nie wspomnieć
o Włochach, albo opisując Niemców zapomnieć o symfoniach. Gitara należy do
kultury południowej a stereotyp gorącego Hiszpana z gitarrrrą pod oknem
ukochanej usadowił się w zbiorowej podświadomości już na wieki wieków. Będzie
więc i gitara, i to w najsłynniejszej swojej wersji, w Concierto de Aranjuez
Joaquina Rodrigo z 1939 roku. Tajemniczy tytuł znaczy po prostu „Koncert z
Aranjuez”, czyli z pysznego królewskiego pałacu Aranjuez niedaleko Madrytu. Kompozytor
określił utwór jako „oddający zapach magnolii, śpiew ptaków, szmer fontanny”, przenoszący
nas w czasie i przestrzeni do pałacowych ogrodów XVI-wiecznej bajecznej
rezydencji.
Koncert Rodriga stał się szybko niesłychanym przebojem,
szczególnie jego urzekająca, cudowna druga część, Adagio. Dzisiaj znamy ten
fragment zarówno z filmów, programów telewizyjnych, reklam jak i wielu
interpretacji i wersji instrumentalnych. Usłyszymy go zarówno w letnim programie
radiowym, jak i w zacisznej kawiarence na uboczu. Wsłuchajmy się w niego teraz spokojnie
w pełnej wersji, w naturalnym kontekście pozostałych części Koncertu – a przed
oczami i tak będziemy mieli ciepły letni wieczór, przy stoliku z kwiatami i
lampką białego wina, z powietrzem pachnącym słońcem i pomarańczami. Gwiazdy nad
nami, morze w oddali. I świat jest znowu piękny.
Hiszpański wieczór zamkniemy
może już nie tak południowo, lecz za to z klasą klasyka symfonii, czyli IV
Symfonią Beethovena. Nieco mniej popularna niż jego przebojowe nieparzyste „czarne
konie”, jest przecież przepięknym przykładem pełnego beethovenowskiego stylu
symfonicznego. Hector Berlioz, zachwycony, nazwał jej drugą część (coś jest jednak
w tych drugich częściach arcydzieł...) „dziełem Archanioła Michała – nie zwykłego
śmiertelnika”. Anielska w drugiej części, ale żywiołowa i ognista w dalszych, a
zwłaszcza w ostatniej, symfonia Beethovena na pewno nas nie zawiedzie i zakończy
wieczór należytym blaskiem.
Koncert zapowiada się zaś dodatkowo
smakowicie, ponieważ orkiestrę poprowadzi w tym tygodniu José Maria Florêncio – co prawda nie Hiszpan, ale
Brazylijczyk, lecz kto wie czy nie bardziej jeszcze ognisty od naszych europejskich
południowców. Dyrygent znakomity, doświadczony w klasyce, a zarazem o autentycznie
żywiołowym temperamencie, wymarzony wprost do takiego repertuaru. Spodziewam
się, że obudzi w naszej orkiestrze drzemiący ogień i zaprosi nas na prawdziwą
fiestę; kto jak kto, ale Florêncio „czuje” tę muzykę doskonale. Kwiaty we
włosach u pań mile widziane, czerwone koszule dla panów – a co tam, raz się żyje! –
także. Mogą być nawet leciutko i stylowo rozchełstane, tak na jeden słowiański guzik.
A w poniedziałek biegniemy rezerwować stolik w restauracji w Barcelonie!




