czwartek, 24 stycznia 2013

Dla kontrastu - romantyczne klejnoty



Kto z Państwa dzielnie wysłuchał dwudziestowiecznych arcydzieł w zeszłym tygodniu, w najbliższych dniach zostanie nagrodzony zestawem pięknych i efektownych dzieł romantycznych. Tonalna słodycz i melodyjność, ogniste fajerwerki wirtuozerii i soczyste harmonie. Na ten koncert mogą spokojnie iść nawet najmniej wprawieni słuchacze, bo utwory Brahmsa, Wieniawskiego i Dvořaka bronią się same i raczej nie straszą awangardowymi technikami kompozytorskimi czy oryginalnością instrumentacji. To „romantyczna klasyka” w najlepszym wydaniu; to są właśnie te kompozycje, od których nowicjusze mogą zaczynać swoją przygodę z klasyką, a koneserzy zawsze do nich wrócą z zachwytem.

Początek bardzo poprawny, zaczniemy Uwerturą akademicką (w orginale: Akademische Festouvertüre, czyli Akademicka uwertura festiwalowa) Johannesa Brahmsa. Uwertura, jak wszyscy wiedzą, to wstęp, wprowadzenie – zazwyczaj do opery, baletu, ale może dotyczyć także innego wydarzenia scenicznego (a bywała także pisana po prostu jako osobny utwór - tak jak w tym wypadku). Wprowadza słuchaczy w styl i nastrój dalszej części widowiska. Uwertura Brahmsa inauguruje zatem nasz koncert w jak najbardziej odpowiednim tonie: szczypyta doniosłości ukryta w pierwiastku „akademickim“ (napisana została jako wyraz wdzięczności za doktorat honoris causa dla kompozytora przyznany przez Uniwersytet we Wrocławiu), połączona z tytułową fanfarową „festiwalowością“, oprószona wreszcie w całości dużą dawką zdrowego, studenckiego humoru. Brahms, wbrew powszechnie utrwalonemu obrazowi dostojnego, nobliwego (i nudnego) starszego pana, miał naprawdę świetne poczucie humoru, zwłaszcza tego muzycznego. Rzadko, co prawda, tryskał tym humorem tak jawnie jak w przypadku tej „pijanej młodością“ uwertury, zazwyczaj jego dowcipne smaczki są inteligentnie ukryte w wirtuozowskiej zabawie tematami, motywami, w gęstwinie tkanki muzycznej. Tutaj mamy jednak Brahmsa pogodnego, ktory jakby na przekór stateczności akademickiej skupił się raczej na braci studenckiej i jej – hmm... – nierzadko pijackich przyśpiewkach, na zabawnych piosenkach (dziś powiedzielibyśmy, że to melodie rodem z kreskówek) i ogónej euforii młodości. Ukoronowaniem i zakończeniem utworu jest szeroka, z rozmachem i fanfarami zacytowana pieśń „Gaudeamus igitur“, którą na pewno wszyscy znają a niektórzy wręcz bedą się musieli powstrzymywać, żeby się nie poderwać z krzeseł i nie włączyć ze śpiewem do powszechnie znanej melodii. I zresztą, czemu nie? „Hej, użyjmy żywota, wszak żyjem tylko raz!“ 

Rozbawieni i odmłodzeni, siądźmy znów wygodnie do wysłuchania Drugiego Koncertu skrzypcowego d-moll Henryka Wieniawskiego. Kolejne arcydzieło, tym razem autorstwa genialnego polskiego skrzypka i kompozytora. Wieniawski był klasycznym cudownym dzieckiem (koncertował po mistrzowsku na skrzypcach już w wieku niespełna dziesięciu lat), zresztą właściwie całe swoje życie spędził podróżując po całym świecie w tak zwanych trasach koncertowych. Wywodził się z Lublina, lecz mieszkał następnie zarówno w Petersburgu, jak i w Londynie, w Paryżu, pod koniec życia w końcu w Brukseli. Niemniej w każdym z tych miejsc był także właściwie gościem, nieustannie przemieszczając się po Europie i Ameryce z koncertami, które przyniosły mu niesłychaną sławę i rangę najwybitniejszego, po Paganinim, skrzypka na świecie. Wiódł życie prawdziwego światowca, otaczany czcią i uwielbieniem. Romantyzm był zresztą okresem rozwoju wirtuozerii instrumentalnej, nierzadko połączonej także z komponowaniem, wystarczy wspomnieć chociażby samego Paganiniego, ale także przecież na przykład Liszta, Paderewskiego, Sarasate, nawet Chopina... Stosunek talentu kompozytorskiego do wirtuozerii bywał różny; u Wieniawskiego akurat mamy do czynienia ze znakomitym połączeniem obu tych pierwiastków. Wiedział doskonale jak mozna grać na skrzypcach i wiedział jak napisać na skrzypce, żeby z nich wydobyć najpiękniejsze brzmienia. Koncert d-moll Wieniawskiego jest jednym z najchętniej grywanych koncertów skrzypcowych na całym świecie. To przepiekne połączenie cudownie lirycznych melodii (otwiera go na przykład wspaniałe, miękkie solo waltorni) z błyskotliwą, fajerwerkową wirtuozerią. Druga część (połączona niepostrzeżenie – czyli attaca – z pierwszą) to śliczna i rozmarzona Romanza, natomiast w trzeciej części... trzymajmy się mocno oparć, bo skrzypek będzie na nas wiał wichrem dźwięków i sypał kaskadami nut. Młodzi powiedzą z uznaniem: „no, to jazda bez trzymanki!”. Starsi usłyszą krwiste cygańskie tańce i namiętne pieśni. A skrzypkowie na widowni będą w skupieniu gubili oczy i uszy w pogoni za palcami wykonawcy realizującymi akrobacje gamek, pasaży i ozdobników. Orgia! 

Po przerwie, na lekkie uspokojenie emocji: Antonín Dvořak i jego lekko niedoceniana 7 Symfonia. Wszyscy znamy Symfonię nr 9, tę „Z Nowego Świata”. Większość z nas zna także piękną Symfonię nr 8, natomiast jej poprzedniczka, z numerem siódmym, często musi czekać na szczególne okazje aby dojść do głosu. A szkoda, bo jest równie piękna jak te dwie kolejne.
Siódma symfonia Dvořaka jest bardzo „narodowa” w treści i zamyśle. Kompozytor był wielkim patriotą i w swoim dziele (ukończonym w 1885 r.) chciał zawrzeć uczucia do swojego kraju, chciał ukazać wielkość Czech i w pewien sposób oddać niepokój polityczny panujący wówczas w jego ojczyźnie. Pisał m.in. do przyjaciela: „W głowie mam w tej chwili tylko Miłość, Boga i Ojczyznę”. Czwarta, ostatnia część Symfonii miała, według niego, „sugerować siłę i zdolność narodu czeskiego do stawienia oporu politycznym oprawcom”. Trudno oczywiście doszukiwać się konkretnego programu dla tego dzieła, jednak warto być może pomyśleć przy okazji o pięknych Czechach i o słusznej dumie, z jaką Dvořak myślał i mówił o swojej Ojczyźnie. Soczysta melodyka i harmonia Dvořaka przyniosą nam wiele muzycznej satysfakcji, wciągną do słuchania i śledzenia pięknych melodyjnych tematów, ale może także pomogą przypomnieć sobie o naszych dumnych południowych sąsiadach. Czesi to nie tylko zabawny absurdalny „czeski film” i wojak Szwejk, to także piękna i potężna symfonika w rękach wielkiego Antonina Dvořaka. 
Cześć Czechom!


W Krakowie nadal lodowa bajka; każda gałązka na drzewie jest wstawiona do szklanej rurki... fot. R.Marczak

3 komentarze:

  1. Bardzo miło czyta się Pani interesujące zapowiedzi, szczególnie po tych arcydziełach ubiegłego tygodnia. Nabierają one szczególnego wymiaru w czasie sygnalizowanego przez prasą kryzysu istnienia Filharmonii i życia muzycznego w Krakowie. Daje o sobie znać niewidzialna ręka rynku pokazująca w kulturze swoje pięści i kopniaki, oraz wrodzoną tutaj nieudolność. Grozi to wyblokowaniem mojego uczestnictwa w koncertach / po 50 latach/z powodu ich braku, niskiego poziomu lub wysokich cen biletów. Pamiętam dawne czasy, kiedy było znacznie gorzej a Henryk Szeryng, światowa gwiazda, w jeden wieczór w tejże filharmonii grał koncert Bacha, koncert Brahmsa i po nim Beethovena. To wyczyn niespotykany dzisiaj, gdy po jednym z nich solista słania się na nogach i niechętnie gra wymuszonego bisa. Jak to było możliwe, nie pytając o deficyt czy opłacalność? Była muzyka i były tłumy. Dworzaka chętnie posłucham, aczkolwiek przy każdej innej jego symfonii doszukuję się banalnych melodii z Nowego Świata i po tym mam żal, gdy ich nie słyszałem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo mi przyjemnie, że się Panu miło czyta moje zapowiedzi! Właśnie dlatego to piszę: żeby ludzie zainteresowani muzyką - a niekoniecznie sami muzycy - mieli trochę wiecej opowieści o utworach, poza programowymi (często bardzo suchymi) opisami. A w dzisiejszej Symfonii Dworzaka polecam zwrócenie uwagi na trzecią część - a nuż Pan to jednak rozpozna? Mnie się wydaje, że z całej Symfonii ta część jest własnie najpopularniejsza i są szanse, że nie rozczaruje się Pan tak całkiem Dworzakiem... To śliczne, pogodne i melodyjne Scherzo, myślę że może je Pan znać.

    OdpowiedzUsuń
  3. Droga Pani, Rzeczywiście koncert był piękny. Mniej słuchałem muzyki gdyż cały czas byłem zapatrzony w piękną dyrygentkę JoAnn Falettę. Przez jej gracje ruchów, elegancję, szyk i precyzję odbierałem muzykę bardziej plastycznie. Szkoda, że tak rzadko spotyka się takie zjawisko z batutą. Już tutaj była i obiecuje, że jeszcze będzie. To dobra zapowiedź. Zwróciłem uwagę na III część symfonii, ładne to ale i tak daleko od Dworzaka, który tkwi w mojej pamięci.

    OdpowiedzUsuń