wtorek, 27 listopada 2012

Przyjęcie z frywolną nutą. Strauss i Sibelius w urodzinowym prezencie. Znowu warto!



Ciekawa jestem czy ktoś z Państwa wie co będziemy świętować w tym tygodniu koncertami w Filharmonii? Niby jest to napisane w programie i na afiszach, ale powiedzmy to sobie jasno i z dumą: otóż najbliższe koncerty (piątkowy i sobotni) są formą prezentu urodzinowego na setne – setne! – urodziny znakomitego krakowskiego chemika, profesora Adama Bielańskiego. Moja ciocia chodziła do niego na wykłady na studiach! Urodziny Profesora przypadają wprawdzie dokładnie 14 grudnia, ale jesteśmy wystarczająco blisko tej daty, żeby zrobić już piękną muzyczną uwerturę świętowania. Nasza Filharmonia włącza się zaś w tę uroczystość dlatego, że Profesor oprócz chemii ma także wiele innych pasji w życiu, a jedną z nich jest muzyka. I od wielu już lat Profesor Bielański jest stałym abonamentowiczem koncertów w Filharmonii, gdzie zasiada co tydzień na balkonie (proszę dyskretnie zastrzyc oczami, może się ujawni?...). „Profesor profesorów”, jak go nazywają studenci, autor wielu podręczników, człowiek o jasnym umyśle i znakomitej kondycji, którą zawdzięcza, jak sam mówi, aktywności fizycznej i regularnym pieszym spacerom. Oraz muzyce, ja bym dodała od siebie! Na pewno!

Zajrzyjmy zatem do programu, co też nasza Filahrmonia przygotowała dla Pana Profesora na przyjęcie urodzinowe? No, trzeba powiedzieć, że repertuar świetny i bardzo zachęcający. A więc, po pierwsze – Jean Sibelius. Kompozytor fiński, chociaż pochodzenia szwedzkiego. Jest uznawany za twórcę „muzyki fińskiej”, czerpał w swojej muzyce pełnymi garściami z fińskiego folkloru, z poezji i literatury. Żył długo (i, notabene, szczęśliwie, z żoną i pięcioma córkami) w niedużym domu na wsi, w Järvenpää, nad jeziorem Tuusula. Swój jedyny koncert skrzypcowy skomponował w 1904 roku i początkowo zadedykował go słynnemu skrzypkowi Willy’emu Burmesterowi. Ten jednak nie mógł wykonać premiery utworu, która zresztą okazała się kompletną klapą. Solistą był wówczas Victor Novacek, nauczyciel skrzypiec z konserwatorium w Helsinkach. Będąc niezbyt błyskotliwym skrzypkiem, dostał na dodatek nuty w ostatniej chwili (Sibelius z trudem uporał się z ukończeniem Koncertu na czas) i... wszystko się koncertowo posypało. Prawdopodobnie także z powodu tej pechowej premiery Sibelius poddał następnie utwór poważnym przeróbkom i to, co słyszymy dzisiaj jest już znacznie poprawioną wersją koncertu skrzypcowego d-moll. Co nie znaczy wcale, że łatwiejszą... Wściekle wirtuozowski utwór zachwyca jednak misternie prowadzonymi liniami i fantastycznymi partiami zarówno solisty jak i orkiestry. W każdym, najbardziej karkołomnym pasażu, jest tam czysta muzyka, piękno dalekiej mroźnej Północy i niesłychane bogactwo emocji.
Premierę nowej wersji Koncertu poprowadził zaś w Berlinie w 1905 roku nie kto inny jak – Ryszard Strauss! Notabene Burmester znowu okazał się nieosiągalny na zaplanowany koncert, więc partię solową przejął koncertmistrz berlińskiej orkiestry, Karel Halíř. Burmester zaś tym razem obraził się już na śmierć i życie (primadonny to nie tylko śpiewaczki, oj nie...) i zapowiedział, że nigdy w życiu już tego koncertu nie zagra. Czym prawdopodobnie zrobił jedynie sobie największą krzywdę, pozbawiając się tak genialnego utworu w repertuarze... Sibelius ostatecznie zadedykował Koncert młodemu węgierskiemu skrzypkowi Ferencowi von Vecsey. 

My wracamy zaś do dyrygenta berlińskiej premiery, który jest naszym drugim (a raczej trzecim, po prof. Bielańskim i Sibeliusie) bohaterem wieczoru: Strauss. Ryszard Strauss (proszę nie mylić z nie mniej słynną rodziną Straussów „rozrywkowych”, tych od walców popularnych głównie w okolicach Sylwestra i Nowego Roku, z którymi to Straussami zresztą nie miał on żadnych powiązań rodzinnych). Styl muzyczny Ryszarda daleki jest od leciutkich walczyków i polek. Strauss „poważny” pisał głównie cudowne opery i poematy symfoniczne, a jego język jest – w dużym skrócie – taki właśnie: bardzo ekspresyjny, plastyczny, bogaty w brzmienia i ciekawe harmonie. Czasami jeszcze ciągle ludzie podchodzą do jego utworów z rezerwą, bojąc się późnoromantycznych współbrzmień i skomplikowanej narracji. Nie trzeba się bać! Narracja Straussa wyrasta właśnie z myślenia operowego, z pracy nad emocjami i ekspresją, trzeba mu się po prostu poddać i zaufać, bo pisał muzykę przepiękną i bardzo „ludzką”, pisał o człowieku i dla niego. Swoją drogą ciekawe to, że tak genialny kompozytor... nigdy nie studiował kompozycji per se (co zresztą wcale nie jest tak unikalnym zjawiskiem w świecie muzycznym). Był synem muzyka, waltornisty dworskiej orkiestry w Monachium. Słyszał od początku życia grającego ojca (co zresztą zaowocowało jego szczególną słabością do waltorni, na którą napisał kilka przepięknych utworów) i otoczony był muzyką „od zawsze”. Ale na Uniwersytecie w Monachium studiował filozofię i historię sztuki. Muzyka była już w nim tak czy inaczej...
Z oper Straussa wiele zostało na stałe w repertuarze teatrów całego świata, ale dwie z nich na pewno mają szczególne miejsce w historii muzyki. To „Salome” i „Kawaler srebrnej róży”. I fragmenty tych właśnie oper usłyszymy w tym tygodniu. 

Salome. Hmmmm... tu właśnie pojawia się pierwszy element „frywolny” wieczoru. Ale zacznijmy troszkę od samej opery. Oparta na historii biblijnej, a bardziej bezposrednio na sztuce Oskara Wilde’a pod tym samym tytułem, opowiada historię Salome z dynastii herodiańskiej. Wnuczka Heroda Wielkiego, córka Herodiady i Heroda III, pasierbica Heroda Antypasa... (iluż było Herodów w tamtych czasach, o bogowie! Doprawdy można się pogubić...) stała się także Salome przyczyną śmierci Jana Chrzciciela, który otwarcie potępiał związek jej matki Herodiady i Antypasa. Oto na przyjęciu u Heroda (Heroda A., jednak trzeba ich jednak oznaczać... To nie ten z jasełek!) Salome w pewnym momencie daje się – z trudem! - namówić na taniec dla gospodarza. Ten obiecuje jej w zamian wszystko, o cokolwiek poprosi, choćby i pół królestwa. Ryzykowny układ. Salome tańczy przed Herodem, tańczy słynny „taniec siedmiu welonów” (w polskim języku najczęściej tłumaczony jako „taniec siedmiu zasłon”). I tu powiedzmy to otwarcie: jest to po prostu strip-tease, niezwykle erotyczny taniec oparty na zrzucaniu kolejnych – siedmiu – sztuk odzieży. Na koniec, za podszeptem matki, Salome prosi o głowę Jana Chrzciciela jako nagrodę. Dostaje ją i w kulminacyjnej scenie opery namiętnie całuje martwe usta proroka. Zbulwersowany Herod A. nakazuje ją zabić.
W założeniu, w operze Salome faktycznie miała „zatańczyć strip-tease”. Zgodnie z ideą Straussa śpiewaczka miała zrzucać kolejne części stroju i na końcu paść do nóg Heroda naga. Oczywiście różnie to potem bywało, niektóre śpiewaczki odważały się na takie poświęcenie dla sztuki, inne stosowały bezpieczne beżowe trykoty imitujące nagie ciało, jeszcze inne w ogóle oddawały sekwencję tańca w ręce (a raczej nogi) dublerki-tancerki. Jakakolwiek by nie była jego inscenizacja, taniec Salome jest przepięknym instrumentalnym fragmentem opery, gdzie orientalne motywy łączą się z niezwykle mroczną, ale i gorącą oraz – co tu dużo mówić – szalenie uwodzicielską muzyką. Ten taniec po prostu kipi erotyzmem. 

Sama zaś idea „tańca siedmiu welonów” jest jeszcze starsza niż biblijna opowieść o Salome i Janie Chrzcicielu. Jest podobno stara legenda asyryjsko-babilońska o dwóch siostrach-boginiach. Jedna z nich, bogini płodności Ishtar (Astarte) chciała odwiedzić swoją siostrę w czeluściach Podziemia. Musiała po drodze pokonać siedem bram, przy których w każdej musiała zostawić jedną część odzieży. Za ostatnią stanęła już naga. Uwięziona następnie, cierpiąca, szykanowana, w końcu zdołała się uwolnić i wracając – przy kazdej z bram odzyskiwała kolejną sztukę ubrania. Odwrócenie strip-teasu, odczarowanie... 

Po części problemy erotyczne są także tematem drugiej interesującej nas dziś opery Straussa, ukończonej w 1911 roku, „Kawalera srebrnej róży” („Rosenkavalier” w oryginale). To z kolei opera komiczna, opisujące perypetie czwórki bohaterów. Mamy tu zatem arystokratkę Marschallin i jej młodszego kochanka hrabiego Octaviana Rofrano. Obok nich stają zaś: kuzyn Marschallin - baron Ochs (w niemieckim znaczy to po prostu „wół”...) oraz jego młoda i piękna narzeczona Sophie von Faninal. Jak się można domyśleć, Octavian i Sophie zakochują się w sobie, porzucając bez skrupułów dotychczasowych partnerów. Fabuła niby banalna (i jakże bardzo ludzka...) ale też, przy całej komediowości, podszyta nutą refleksji nad przemijaniem życia, niestałością męską i goryczą starzejącej się Marschallin. Muzycznie, „Kawaler srebrnej róży” to znowu kolejny mistrzowski popis talentu Straussa. Słynne trio sopranów z końca opery należy do najpiękniejszych w historii opery. Notabene, warto tu zwrócić uwagę, że partię kawalera Octaviana wykonuje mezzosopran, a więc kobieta. Podkreśla to jeszcze bardziej „młodzieńczość” i „świeżość” kochanka, oraz przepaść między nim a dojrzałą Marschallin.

My zaś będziemy mieli okazję wysłuchać suity z tej opery. Po wielkim sukcesie dzieła Strauss dał się namówić na stworzenie jego mini-wersji koncertowej, w postaci suity. Zrobił to zresztą z pomocą polskiego dyrygenta, Artura Rodzińskiego, w 1944 roku. W tej uroczej suicie słyszymy faktycznie wszystkie postaci opery: rozpoczyna ją – ekhem... – zmysłowa noc Marschallin i Octaviana, z jakże sugestywnymi waltorniami. Nastepnie pojawia się sam Octavian, piękny i młody, tak piękny, że Marschallin zdaje właśnie sobie sprawę iż pojawienie się młodszej rywalki to tylko kwestia czasu. I faktycznie, zaraz słyszymy miłosny duet Octaviana i Sophie (obój i waltornia), przerwany niezgrabnym wejściem barona Ochsa. Skrzypce wprowadzają walc, uroczy, ale niespokojny, zaburzony co jakiś czas. Chwila smutnej refleksji Marschallin nad przemijaniem i okrucieństwem młodości – i już zmierzamy do końca, z kolejnym ekstatycznym, szalonym walcem. I kończy się nasze przyjęcie istnymi dźwiękowymi fajerwerkami, powinno się właśnie wtedy otworzyć szampana na cześć Jubilata! Brawa, wiwaty, uśmiechy i kwiaty.
Wszystkiego najlepszego, Panie Profesorze! 




PS. Acha, no właśnie, jest jeszcze dopisek-ciekawostka. Czy wiecie Państwo gdzie mieszkał przez większość swojego życia Ryszard Strauss? Otóż w Garmisch-Partenkirchen! Ha. My, współcześni, znamy to miasteczko głównie dzięki Małyszowi i nartom. To też dobrze, ale warto też wiedzieć, że długo przed Małyszem żył tam jeden z najgenialniejszych kompozytorów przełomu XIX i XX wieku.  I chyba w sumie wolę, zeby mi się Garmisch-Partenkirchen tak właśnie kojarzyło...

czwartek, 22 listopada 2012

Iść czy nie iść? W sobotę Rachmaninow w Filharmonii!


Byłam ostatnio na koncercie w Filharmonii. I poza doświadczeniami czysto muzycznymi miałam także pewne przemyślenia teoretyczne... Ech, muszę przyznać, że nie jestem niestety miłośniczką drukowanych programów koncertowych. To znaczy inaczej: lubię właśnie ideę programu jako szansy podsunięcia słuchaczowi garści informacji na temat utworów wykonywanych na koncercie, natomiast szalenie rzadko zdarza mi się znaleźć takie programy, które faktycznie spełnią swoją rolę, to znaczy – zainteresują mnie utworem, wyjaśnią coś z genezy jego powstania, podrzucą ciekawe miejsca do zauważenia w trakcie słuchania, zwrócą uwagę na interesujący detal czy wyzwanie dla wykonawcy. Zazwyczaj – i nie mówię tu wyłącznie o programach Filharmonii Krakowskiej, ale o znakomitej większości programów koncertowych na świecie – dostaję zamiast tego mini-rozprawkę o muzycznej treści kompozycji („Koncepcja strukturalna pierwszej części odbiega wprawdzie od zwyczajowego allegro sonatowego, ale utrzymuje symultaniczne związki i napięcia dominantowo-toniczne z zabarwieniem modalnym i post-darmstadzkim...”), napisaną językiem ciężkim, napuszonym i bynajmniej nie zachęcającym do lektury. Rozprawki adresowane do nikogo, bo dla fachowców-muzyków są i tak zbyt banalne, a dla laików-melomanów tchną złowieszczym hermetyzmem. Ja sama, muzyk ostatecznie, i to całkiem wysoko akademicko wykształcony, z niechęcią i wysiłkiem przelatuję oczami po takiej twórczości. To nie jest coś, co chciałabym przeczytać przy kawie w Filharmonii, przed wieczornym sobotnim koncertem. Przeciętny meloman przychodzi odpocząć w pięknej atmosferze, nacieszyć się dźwiękami i sztuką, ale już niekoniecznie przychodzi na popisy elokwencji żargonowej muzykologów. 

Pomyślałam sobie zatem, że spróbuję wpisywać tutaj co jakiś czas niewielkie „notki przedprogramowe” przed koncertami w krakowskiej Filharmonii. Załóżmy, że moim znajomi, nie-muzycy (tak, proszę Państwa muzyków, mam również takich znajomych) będą się zastanawiali czy iść w tym tygodniu na koncert czy nie. Niechby sobie mogli tutaj zajrzeć i zobaczyć „co będzie”. Anons utworu z lekkim zarysem tła. Ja sama zawsze lubie wiedzieć dlaczego kompozytor napisał to czy owo, dlaczego tak a nie inaczej, co się wtedy działo naokoło niego... I bardzo lubię mieć przed sobą – albo przynajmniej widzieć wcześniej – tekst utworu, jeśli kompozycja jest akurat z tekstem. W dzisiejszych czasach genialnego Internetu, gdzie jest WSZYSTKO, znalezienie takich drobiazgów to tylko kwestia czasu, musi się tylko chcieć. A zatem mnie się jak na razie chce, więc zacznijmy od najbliższej soboty: Panie i Panowie, w najbliższą sobotę w Filharmonii będzie mozna usłyszeć „Nieszpory” op. 37 Sergiusza Rachmaninowa!

„Nieszpory” to nazwa skrócona, bardziej skrót myślowy (powszechnie zresztą stosowany). Pełny tytuł brzmi bowiem „Всенощное бдѣніе”, czyli “Całonocne czuwanie”, a utwór – na chór a capella (czyli sam, bez orkiestry) i dwójkę solistów (alt i tenor) wykorzystuje tekst liturgii prawosławnej, zaczerpnięty z Prymy, Jutrzni i Nieszporów. Piętnastoczęściowa kompozycja powstała błyskawicznie jak na tak monumentalne dzieło, w styczniu i lutym 1915 roku. Powiada się, ze jest to jedno z najpiękniejszych dzieł wokalnych Rachmaninowa, łączące cudowny styl śpiewu cerkiewnego z jego indywidualnym językiem muzycznym. Ciekawa rzecz nasuwa się także na myśl, kiedy patrzy się na ówczesną muzykę europejską: oto w 1912 roku powstaje „Księżycowy Pierrot” Arnolda Schoenberga, dzieło bardzo już „nowoczesne” i kompletnie atonalne, z melorecytacją solowego Sprechgesangu. W 1913 roku Igor Strawiński wystawia z kolei w Paryżu swoje „Święto wiosny”, obrazoburczy i skandaliczny balet wykraczające poza tradycyjne ramy. A tu w Moskwie Rachmaninow w dwa lata później (notabene w czasie piekła I wojny światowej...) przedstawia światu przepiękny koncert na chór, nie tylko że potraktowany całkiem jeszcze tradycyjnie w kwestii śpiewu to jeszcze czerpiący pełnymi garściami ze starej tradycji prawosławnej. I jest to utwór genialny, poruszający, mistyczny. Sam kompozytor mawiał, że chciałby aby piątą część „Czuwania” zaśpiewano na jego pogrzebie. Nie stało się tak niestety (Rachmaninow zmarł w 1943 roku w USA), ale przepiękna piąta część warta jest szczególnej uwagi. „Nyne otpushchayeshi raba Tvoyego Vladyko, po glagolu Tvoyemu s mirom; Yako videsta ochi moi spaseniye Tvoye...” („Boże, pozwól odejść w pokoju swojemu słudze, jako że widział on zbawienie Twoje...”). Wzruszającemu solo tenoru towarzyszy łagodne kołysanie chóru, a w zakończeniu pieśni pojawia się kolejny smaczek: najniższy dźwięk kompozycji, gdy basy schodzą w otchłanie dolnego B. 

To kolejna rzecz, na ktorą warto zwrócić uwagę i przygotować się na nią zawczasu moszcząc w fotelu: basy u Rachmaninowa. Kompozytor postawił przed chórem nie lada wyzwanie i mówi się, że jedynie rosyjskie gardła są w stanie zejść bezpiecznie w te piekielne rejony i następnie powrócić z nich cało. Nikolai Danilin, dyrygent prawykonania „Nieszporów”, kiedy zobaczył słynne zakończenie piątej części chwycił się ponoć za głowę i jęknął: „A gdzież ja znajdę takie basy?! Są równie rzadkie jak szparagi w grudniu”. Rachmaninow był jednak spokojny: „Znam głosy wieśniaków z mojej okolicy i wiedziałem dobrze czego mogę wymagać od rosyjskich basów!”. Warto zatem zwrócić teraz uwagę na basy krakowskie, ciekawe jak sobie poradzą z wyzwaniem... Wolę nie zagłębiać się w teorie spirytystyczne, które łączą rosyjskie zdolności wokalne ze stałym nawilżaniem strun głosowych hojnymi ilościami ostrych trunków, ale może my też mamy jakiś potencjał wśród naszych śpiewaków? Kto wie? Trzeba sprawdzić. 

Nie jest łatwo znaleźć w sieci tekst „Nieszporów” gotowy do zacytowania. Dla tych operujących językiem angielskim podaję jednak link do programu jednego z koncertów amerykańskiego stowarzyszenia Choral Arts z Waszyngtonu (TUTAJ – klick!), gdzie jest pełna wersja oryginalna, z tłumaczeniem na angielski. Ale i z rosyjskiego można się sporo domyśleć, więc tak czy inaczej polecam Państwu rzucenie okiem przed koncertem na piękne słowa starocerkiewnych modlitw. Ja sobie je wręcz wydrukuję. I posłucham wcześniej rosyjskiego wykonania na czarnej płycie, mam takie, tak, tak... Płyta przywieziona w zamierzchłych czasach jeszcze z Leningradu, wykonanie tamtejszego chóru im. Glinki z Wladyslawem Czernuszenko jako dyrygentem. Ale to ja, zakręcony i ciekawski muzyk, chcę sobie posłuchać różnych wykonań utworu i porównać je potem... Państwo po prostu idźcie do Filharmonii, na "Całonocne czuwanie". Coś mi się wydaje, że warto.

fot. Alvise Valier

wtorek, 13 listopada 2012

Listopadowe refleksje



Trochę już za późno na nastroje około-zaduszkowe, ale jeszcze napiszę słowo, bo jednak listopad to w Polsce tradycyjnie – cały miesiąc naznaczony zadumą, jesienią i myśleniem o tych, którzy odeszli. Oczywiście najbardziej w ten nastrój wpisują się ostatnie dni października i początek listopada, czyli same święto Wszystkich Świętych. Wtedy też na salach koncertowych i w radiu słychać więcej muzyki „poważnej”, w szerokim tego słowa rozumieniu. Bo też dla stacji na codzień popularnej i mocno rozrywkowej puszczenie w tym czasie muzyki filmowej wykonywanej – och, och! – przez orkiestrę, jest już posunięciem odważnym i poważnym. Dla radiowej Dwójki natomiast będzie to czas głównie muzyki sakralnej i oczywiście – requiem.

Requiem, missa pro defunctis. Bardzo lubię ten gatunek, zawsze lubiłam, od kiedy miałam szansę go poznac bliżej. Requiem to, zasadniczo, muzycznie opracowana msza żałobna. Msze jako formy muzyczne pisano od dawien dawna, opracowując tzw. „stałe” i „zmienne” części liturgii (skrótem myślowym piszę tu teraz o mszy w obrzędzie rzymsko-katolickim, chociaż oczywiście liturgii i mszy muzycznych może być wiecej). A zatem to, co bywający w kościele rozpoznają jako powtarzające się, od zawsze znane części, np. Intruitus, Kyrie, Gloria, Evangelium, Lectio, Credo, Sanctus, Benedictus, Agnus Dei... Znamy to, nawet często śpiewamy w kościele. Msza żałobna ma większość części podobnych do mszy zwykłej, tylko niektóre miejsca są zmienione lub rozszerzone, właśnie o westchnienia „Wieczny odpoczynek racz im dać Panie...” czy też „Niech aniołowie zaniosą cię do raju...” etc. Piękne, emocjonalne i wzruszające słowa, przynoszące często arcydzieła muzyki klasycznej. 

Wszyscy znamy oczywiście Requiem Mozarta. Genialne w swej prostocie i mistrzostwie, doskonałe, zapierające dech w piersiach. Ze słynną boską Lacrimosą, której ósmy takt jest ostatnim napisanym przez Mozarta (utwór dokończył po jego śmierci uczeń Mozarta, Süssmayr). Ale jest też kilka innych missae pro defunctis, które chociaż mniej słynne od mozartowskiego, to przecież też niosą ogromny ładunek emocjonalny. Ja sama uwielbiam Niemieckie Requiem (Ein Deutsches Requiem) Brahmsa, oparte na tekstach biblijnych, nie liturgicznych, w języku niemieckim (w przeciwieństwie do tradycyjnego requiem łacińskiego). Jego druga część zawsze przyprawia mnie o ciarki, jest w niej coś mistycznego i nieodgadnionego, połączenie nieuchronności fatum z nadzieją na życie wieczne. Jest też dzieło Giuseppe Verdiego, przepiękne, bardzo operowe, napisane z rozmachem formy i środków muzycznych. Piekło, które się tam rozpętuje przy słowach Dies irae (dzień gniewu) może wstrząsnąć niejednym współczesnym zblazowanym hipsterem. Niech się schowają wszyscy autorzy muzyki filmowej, Verdi chłoszcze nas dźwiękami bez skrępowania, malując dosadnie obraz dnia Sądu Ostatecznego. Dalej – msze żałobne Gabriela Faure i Maurice’a Durufle, dwa prześliczne utwory, bardzo podobne do siebie w swojej delikatnej i barwnej „francuskości”, a jednocześnie bardzo różne... Tych missae pro defunctis jest wiele, każde inne, każde bardzo osobiste i każde warte uwagi. Ja lubię jeszcze czasem wracać do Requiem Romana Maciejewskiego, pięknego i ciągle niedocenianego utworu, lubię też Requiem polskie Pendereckiego z pięknym wezwaniem „Święty Boże”... Zazwyczaj w okolicach listopada poddaję się naszej polskiej tradycji i wracam sobie do słuchania tych utworów. W tym roku akurat były to głównie trzy: Mozart, Brahms i Verdi.
Akurat tak się złożyło, że w tym roku we wrześniu odeszła moja pierwsza pani profesor fortepianu, piękna osoba, pani Irena Sitko. Nauczyła mnie wiele na temat muzyki w ogóle i fortepianu w szczególności, wprowadziła mnie w cały ten świat, który teraz jest moim zawodem, przyjemnością i pasją. Pani Sitko lubiła wielu kompozytorów, ale pamiętam doskonale, jak mówiła, ze absolutną doskonałością w muzyce jest Wolfgang Amadeusz Mozart i jego Requiem. Uważała, że to jest szczyt ludzkiego geniuszu, piękno doskonałe i niedoścignione, przy którym „idzie się prosto do nieba”. Pamiętam też jak kiedyś mówiła – z lekkim uśmiechem, ale na pewno poważnie – że chciałaby, aby na jej pogrzebie zagrano jedynie to: Requiem Mozarta. Nie stało się tak, pogrzeb był skromny i jakiś przytłumiony, niezwykle smutny jak dla mnie. Pogrzeby nie są wesołe z zasady, ale są jeszcze smutniejsze, kiedy z licznego morza wychowanków wieloletniej nauczycielki przychodzi na nie jedynie malutka garstka... W każdym razie Mozarta tam wtedy nie było, ale ja przed Wszystkimi Świętymi słuchałam sobie sama jego Requiem i myślałam o mojej dawnej nauczycielce fortepianu, która chciała iść do nieba z Mozartem. 

I drugi mój nauczyciel muzyki, z tej samej zresztą szkoły im. Karłowicza, cudowny i niepowtarzalny pan Zdzisław Tryczyński, nauczyciel harmonii. Zmarł już wiele lat temu, niedługo po moim odejściu ze szkoły, ale jakoś go w tym roku szczególnie pamiętałam, kiedy poszłam pierwszego listopada sama na cmentarz ze słuchawkami w uszach i Ein Deutsches Requiem Brahmsa otulającym mnie jak ciepły szal. Chodziłam niespiesznie po cmentarzu, czytałam nagrobki nieznanych mi ludzi, patrzyłam na śliczne płomyki świec i myślałam o tych bliskich mi ludziach, którzy już są „po drugiej stronie”: o pani Sitko, o „Dziadku” Tryczyńskim, który z kolei wielbił Brahmsa, o wszystkich którzy byli i już ich nie ma tutaj, z nami. Muzyka niosła mnie oddzielając od rozgadanego tłumu, stwarzała ciepłą izolację od reszty świata i pozwalała skupić się na własnych myślach...

A w domu słuchałam także Verdiego, ponieważ „przedstawiłam go” w tym roku moim siostrzenicom. Chciałam, żeby juz zaczęły pomału poznawać wielkie formy muzyczne, a listopad z żałobną zadumą jest do tego świetną okazją. Powiedziałam im ogólnie jak to jest z komponowaniem mszy i requiem, powiedziałam jaki tam jest tekst i czego można słuchać i – gruchnęłam Verdim. I wytrzymały!


fot. Alvise Valier