sobota, 26 września 2020

Eugenia Umińska

 Nigdy nie poznałam osobiście Eugenii Umińskiej, zmarła, kiedy ja jeszcze nawet nie myślałam o studiach. „Poznałam ją” w czasie pracy nad biografią Kai Danczowskiej, poprzez ogromną korespondencję Kai z Panią Profesor, przez notatki, listy i pisma służbowe, które przezorna Umińska pisywała zazwyczaj w dwóch egzemplarzach, z tak zwanym brulionem do zachowania dla siebie. Można by pomyśleć, że taka drobiazgowość pasuje bardziej do przyziemnego skryby niż wielkiej artystki, a jednak w tym przypadku jedno z drugim się nie kłóciło. Eugenia Umińska, wybitna polska skrzypaczka, której los przydzielił życie w niełatwych czasach: rozpoczętą piękną karierę zdruzgotała jej wojna, potem polskie realia mocno ścięły możliwości powrotu na wielkie estrady światowe. Piękna, temperamentna kobieta z klasą.

Moją wiedzę o życiu Eugenii Umińskiej uzupełniłam sobie niedawno czytając obszerną, wyczerpującą książkę o jej życiu, napisaną przez córkę, Martę Taranczewską. Z panią Martą spotkałam się kilka razy zbierając materiały do „Kai”, i ciekawa rzecz: nie znając jej wcześniej, ani nie znając jej fotografii (pani Marta należy do pokolenia ludzi, którzy nie szafują swoimi fotografiami w internecie) – natychmiast ją poznałam, kiedy weszła do kawiarni, gdzie byłyśmy umówione. Ten uśmiech!! Uśmiech Eugenii Umińskiej, który już dobrze znałam ze starych fotografii. Nie do przeoczenia, nie do pomylenia.

 

Marta Taranczewska nie chciała pisać książki beletrystycznej, nie udaje, że jest pisarką (trzeźwe spojrzenie na życie ma zdecydowanie po Mamie!). Zatytułowała książkę: „Eugenia Umińska. Kalendarium życia. Przyczynek do biografii”, podkreślając tym samym, że to jest tylko możliwie wyczerpujący i obiektywny zbiór istotnych informacji na temat życia słynnej Mamy. To zaleta i wada tej książki: ponieważ prawdopodobnie niewielu czytelników sięgnie po wydane – olaboga! – przez Akademię Muzyczną w Krakowie (czyli uczelnię wyższą, strach!) kalendarium skrzypaczki. Trzeba wiedzieć, że coś takiego w ogóle istnieje, znać nazwisko Eugenii Umińskiej, no i nie wystraszyć się „akademików” i tytułu. Oraz 600 stron druku. Przyznaję, że to może nie być lektura dla przeciętnego śmiertelnika. Ale właściwie dlaczego? Czasem nie trzeba się bać pozorów, tylko po prostu otworzyć książkę i dać się wciągnąć w życie niebanalnej postaci. Można tu i tam „przefrunąć” oczami przez powtarzające się monotonnie daty i programy koncertów (wiadomo, że artysta wykonuje wiele razy te same utwory przy różnych okazjach), nic się nikomu nie stanie, jeśli tak zrobi. To są informacje cenne dla historyków i naukowców (tak, tak – wśród muzyków też są naukowcy!), dobrze, że ktoś je zebrał i uporządkował. Natomiast między nimi – ile tam jest życia, historii, ile temperamentu kapitalnej kobiety! Marta Taranczewska starała się zachować profesjonalny obiektywizm i ograniczyła swoje własne komentarze, ale tam, gdzie pozwala sobie na mówienie własnym głosem, czyta się to po prostu bardzo dobrze! Wiele razy żałowałam, że nie pozwoliła sobie na więcej.

Eugenia Umińska żeglująca po Wiśle, Warszawa 1930 r. Fotografia z książki.
 

Oprócz ewidentnej wartości naukowo-historycznej na temat wiolinistyki i muzycznego życia Polski przed- i powojennej, mnie akurat zainteresowały również fragmenty może trochę bardziej nieoczywiste. Pani Marta opisuje na przykład w pewnym momencie epizod, gdy w 1977 r. do Eugenii Umińskiej dotarła Maria Manturzewska, psycholog z Instytutu Pedagogiki Muzycznej przy warszawskiej PWSM, badająca kariery muzyków, która tworzyła tak zwane Kartoteki Talentów i w tym celu zbierała rozmaite informacje od wybranych artystów. Założenie niby słuszne, szlachetne i godne wsparcia. A jednak… Czy to możliwe, że psychologowi zabrało psychologicznego wyczucia? Jakie są granice badania naukowego i ile można i warto poświęcić z tak delikatnej materii, jaką jest psychika każdego człowieka, a co dopiero wrażliwca artysty? Eugenia Umińska, już wtedy bardzo podupadła na zdrowiu, słaba, nerwowa, walcząca o oddech i siły do pracy i zwyczajnego życia wyjątkowo źle znosiła wizyty i „natręctwo” Manturzewskiej. Pani Marta pisze: „Pamiętam, jak bardzo była udręczona indagacjami, niemal błagała ją o zakończenie tych przesłuchań, które często odchorowywała. Mówiła, że Manturzewska ją męczy, zadręcza”. Mimo to, wiedziona poczuciem obowiązku wobec podjętego zobowiązania, próbowała jednak wypełniać znienawidzone rubryczki ankiety. Napisała później obszerny list do autorki kwestionariusza, którego brulion Marta Taranczewska przytacza w swojej książce. Czytamy tam między innymi:

„Powiem Pani b. szczerze i w zaufaniu, że zastanawiając się nad pytaniami ankiety i robiąc wysiłki, aby na nie odpowiedzieć, doszłam do wniosku, że moja działalność zawodowa była niespecjalnie bogata i ciekawa, mój repertuar ograniczony, tylko niewiele występów, o których warto wspominać. Daty, miejsca, nazwiska ludzi, czasem partnerów, akompaniatorów itd. przeciekły mi z pamięci. Wiele terminów poplątało się, już czasem nie wiem, czy to było przed 1939 r. czy po 1945 r. 

A poza wszystkim, nie mam ochoty do tej generalnej spowiedzi, jaką jest ta cała ankieta!! A czy to ważne, abym odkrywała moje sympatie lub antypatie? Albo mówiła o przyjaźniach moich? (…)

Całe to badanie to jakaś dogłębna spowiedź powszechna z całego życia i z różnych zakamarków mego charakteru, mojej psychiki, a o to przecież chodzi!!!! To jest jakaś w i w i s e k c j a ! Naprowadza ona na jakieś p i ę t r z ą c e  s i ę  w y r z u t y  s u m i e n i a  zaczynające się od!!! „dlaczego nie słuchałam w dostateczny sposób rodziców, nauczycieli, wszystkich dobrze mi życzących? Dlaczego sama nie miałam dość siły woli, aby zwalczyć słabsze strony mojej natury?” Całe mnóstwo „dlaczego”  z a t r u w a j ą  m i  ż y c i e  od czasu, gdy grzebię się w tych tablicach ankiety!”

 

Nie jestem psychologiem i nie znam się na „pozyskiwaniu danych” do celów naukowych, ale wydaje mi się, że gdzieś tu jest duży zgrzyt między dociekliwością naukowca a materią badań. Czy naprawdę trzeba zapominać, że ta materia badań to jest po prostu żywy człowiek? Gdzie się podział szacunek dla tego człowieka? Myślę, że uderzyło mnie to również dlatego, że takie podejście nadal funkcjonuje: w dziennikarstwie, mediach, biografiach. Wielu ludzi tego chce, sprzedają się sami, szafują prywatnością i niemal nadstawiają otwarte usta, żeby im przeliczyć plomby w zębach. Ale są również tacy, którzy nie chcą! – czy oni nie mają prawa zatrzymać swojego życia dla siebie? Czyżby oczekiwanie „generalnej spowiedzi” od nieznanych nam ludzi było już normą? Eugenia Umińska próbowała się przed tym bronić, wielu innych ucieka w opryskliwość, żarty, uniki, cokolwiek. A może by tak usłyszeć za pierwszym razem, kiedy - jeszcze grzecznie - mówią: „Nie, tutaj już stop”. Nie byłoby to bardziej po ludzku?

  Marta Taranczewska. „Eugenia Umińska. Kalendarium życia. Przyczynek do biografii”. Akademia Muzyczna, Kraków, 2020. Dostępne tylko poprzez stronę internetową Akademii Muzycznej TUTAJ.

 

 

sobota, 19 września 2020

Pałac w Szczekocinach

 
Przepiękny wrzesień, doskonały czas na małe wycieczki po okolicy, a przy okazji nieuchronne refleksje nad porządkiem tego świata.

Pałac Dembińskich w Szczekocinach uznawany jest powszechnie za jeden z najwspanialszych przykładów polskiej rezydencji szlacheckiej. Własność najpierw Dembińskich, potem Czackich, Łubieńskich, Halpertów, w końcu Jana Ciechanowskiego. Umiejscowiony w olbrzymim, starym i zaprojektowanym z rozmachem parku, pałac wyłania się na końcu alei parkowej, piękny, stateczny i dumny. Zachowało się jeszcze wiele: stoi główny budynek samego pałacu, oficyny, galeria, pawilony… Niestety, kiedy się podejdzie bliżej, widać, że to już niszczejące skorupy, zewnętrzna powłoka czegoś, co kiedyś reprezentowało kulturę, piękno, myśl, elegancję, klasę. Pałac pojawił się na świecie w XVIII w. (ukończony w 1794 r.), ufundowany przez Urszulę Dembińską, a zaprojektowany przez Jana Ferdynanda Naxa, przetrwał dzielnie zakręty historii; jeszcze po ostatniej wojnie mieściła się w nim szkoła z internatem. Były w niej resztki dawnej świetności – wspaniałe parkiety, ozdobne sufity, malowane piece kaflowe. Przez rok chodził tam właśnie do szkoły mój Tato, mieszkał w internacie w jednej z oficyn i wspomina, że jeszcze wtedy pałac wyglądał całkiem dobrze, jakby dopiero przed momentem opuścili go właściciele, jeszcze się trzymał rozpędem historii.

 
 
 

 Ale to już była równia pochyła, lecąca w dół aż do lat 80-tych ubiegłego stulecia, gdy pożar dobił główny budynek pałacu. To jasne, że kiedy nie ma jednego właściciela-gospodarza, kwestią chwili jest ostateczna śmierć tego niezwykłego miejsca. Czytam na stronach internetowych, że gmina Szczekociny z wielkim wysiłkiem walczy o przetrwanie i ochronę pałacu, że przez jakiś czas bezskutecznie szukała inwestorów, że próbuje teraz sama zawalczyć o to miejsce. Trzymam kciuki, chociaż wrażenia z dzisiejszego dnia mam bardzo gorzkie: oto jak kończy się bezmyślna demolka „starego” i unicestwianie „elit”; niszczenie dla niszczenia, bez żadnej rozsądnej alternatywy. Łatwo było pogonić arystokrację i rozwalić w drobny mak dawne układy społeczne, trudniej potem zapanować nad tym, co się wyszarpało znienawidzonym arystokratom. Przeklęta ślepota polityki. Boli mnie zawsze widok wspaniałych pałaców i zamków we Francji czy we Włoszech, które nadal funkcjonują w taki czy inny sposób, bo myślę sobie, że owszem – nie mamy może aż tak starej historii, ale mieliśmy przecież i my u nas kiedyś świetną architekturę, sztukę, tradycje. I co? – i zawsze, zawsze w pewnym momencie do głosu dochodzi „pospolite ruszenie”, ta cholerną większość, której wystarcza piwo, kiełbasa i disco polo. Destrukcyjna, bezmyślna tłuszcza. Ta większość przechadzała się nawet dzisiaj po pałacowych alejkach, w plastikowych klapkach na nogach, z jaskraworóżowym plastikowym wózkiem dla dzieci i disco polo zawodzącym upiornym kozim głosem z głośnika na wózku. Co za zgrzyt. I jaka dobitna ilustracja nieuchronności przeznaczenia na ziemiach polskich. Cóż, prawie 200 lat – to i tak nieźle, drogi pałacu w Szczekocinach, trochę sobie postałeś, szkoda, że tak krótko… Cudowny byłeś, tylko urodziłeś się w złym miejscu, niestety. Żałuj.